8. WZLOTY I UPADKIDo Olecka przyjechałem wcześnie rano i musiałem jeszcze poczekać na dworcu na otwarcie biur, a czekając zjadłem w tamtejszym barze śniadanie. Kiedy miejskie ulice zatętniły życiem, rychło odnalazłem poszukiwane przedsiębiorstwo, a gdy zgłosiłem się do jego kadr, zastałem tam już jednego młodzieńca załatwiającego formalności przyjęcia do pracy. Po zakończeniu tej procedury udaliśmy się obaj do robotniczego hotelu, gdzie zostaliśmy ulokowani w wielkiej, chyba dziesięcioosobowej sali. Nie było w niej w tym czasie nikogo, bo wszyscy lokatorzy poszli rano do pracy. Zakwaterowany wraz ze mną kolega przyjechał z Ełku tym samym pociągiem co i ja, tylko że on od razu wyszedł na miasto i z tego powodu na dworcu nie widzieliśmy się. Gdy zajęliśmy miejsca w pokoju, poszliśmy obejrzeć nasz hotel, który był niewielkim drewnianym barakiem i na korytarzu prócz umywalni i toalet miał wspólną kuchnię do przyrządzania sobie posiłków oraz małą świetlicę. Kiedy już nacieszyliśmy się pierwszymi wrażeniami pobytu w hotelu, położyliśmy się do łóżek, ponieważ po nocnej podróży byliśmy niewyspani. Lokatorzy pokoju, którzy po ukończeniu pracy nas obudzili, okazali się w większości młodymi chłopcami i aczkolwiek powrócili z ciężkiej roboty, byli pełni werwy i animuszu, wracając do swoich codziennych zajęć w hotelu. Po zapoznaniu się z nami i przebraniu się większość z nich, zjadłszy posiłek w hotelu, w nim pozostała, znajdując sobie jakieś zajęcie lub rozrywkę w pokoju albo w świetlicy, a kilku wyszło do kina. Jeden chłopak, natomiast, wraz z paroma chłopcami z innych pokoi, darowując sobie sporządzanie obiadu samemu, poszedł do restauracji, aby - jak powiedział - przy okazji trochę się rozweselić. Ja wraz z przybyłym ze mną kolegą wybrałem się na przechadzkę po mieście, gdyż chcieliśmy dokładniej zobaczyć, jak wygląda to niewielkie miasteczko. Dobrze zrobiliśmy, że nie poszliśmy do restauracji z udającymi się tam chłopcami, chociaż czynili ku nam takie przymówki, bo w lokalu wynikła alkoholowa awantura i wrócili oni bardzo późno w nocy, niektórzy mocno poturbowani. Rano zawieziono nas samochodem ciężarowym na miejsce pracy, którym była odbudowa zniszczonego w czasie wojny zamku nad jeziorem, z obecnym przeznaczeniem na dom wczasowy. Zatrudniono mnie przy rozbijaniu gruzów na cegły, które następnie obstukiwałem młotkiem ze starej zaprawy. Czynność tę, wraz z kilkoma innymi młodzieńcami, wykonywałem także przez następne dni. To trochę monotonne zajęcie przerywaliśmy na czas posiłku lub przerw deszczowych, kiedy to razem ze wszystkimi pracującymi na budowie zbieraliśmy się w jednym miejscu i prowadziliśmy ciekawe rozmowy. Zwłaszcza interesująco mówiło kilku starszych murarzy, którzy wśród wielu spraw często poruszali ówczesne zagadnienia społeczno-polityczne. Właśnie w tych dniach miały miejsce bardzo poważne wydarzenia w Poznaniu, bowiem w czasie międzynarodowych targów w tym mieście wystąpiły krwawe rozruchy robotników, a na ulice wyjechały czołgi. Robotnicy po raz pierwszy w PRL wystąpili przeciwko istniejącej władzy. Były strajki, demonstracje, barykady, walki uliczne, wielu zabitych i około tysiąca osób zostało rannych. Gorąca dyskusja wokół tego tematu przez wiele dni dominowała na placu budowy i byliśmy przekonani, że wydarzenia te doprowadzą do jakichś zmian politycznych w Polsce. Do mojej pracy powoli się przyzwyczajałem, jakkolwiek liczyłem tu na ciekawsze zajęcie. Sądziłem, że może będę murarzom podawał cegły w czasie stawiania ścian, mieszał zaprawę murarską albo jeździł w teren po żwir, piasek, cement lub inne materiały. Fluktuacja w zatrudnieniu na budowie, szczególnie wśród młodych pracowników, była duża. Prawie co dzień jeden lub kilku młodzieńców odchodziło i tylu nowych zgłaszało się do pracy, co było trochę przygnębiające, a dla mnie okazało się nawet bardzo kosztowne. Jednego dnia, prawdopodobnie chłopak, który pozostał rano w pokoju - bo rezygnował z pracy i opuszczał hotel - zabrał mi moją walizkę, a innemu koledze z sali parę nowo zakupionych butów. Za kilka dni w podobnej sytuacji skradziono mi bardzo ładny i praktyczny na lato płaszcz. Niestety, wraz z ogłoszeniami w prasie, zachęcającymi do pracy na tutejszej budowie, przybywało trochę niebieskich ptaków, którzy bardzo utrudniali życie, mieszkając razem z nami na wielkiej sali. Jak widać, nie przestawali być uciążliwi do ostatniej chwili, gdy zwykle po krótkim czasie rezygnowali z pracy i opuszczali hotel. Kiedy jednego dnia wspomniałem na placu budowy o tych kradzieżach, to jedni robotnicy mówili, że powinienem te fakty zgłosić na milicję, a inni byli zdania, iż nie ma to sensu, bo milicja nie będzie tym się wiele przejmowała. Nawet jeśli powiedziałbym, kto przypuszczalnie tego dokonał, to i tak złodzieja nie znajdą, chyba że go sam chwycę i im przyprowadzę. Natomiast, gdyby chodziło o jakieś podejrzenia polityczne, to z miejsca zabraliby się do roboty i poszukiwanego szybko znaleźli. Kradzieże te mocno mnie zdeprymowały oraz zniechęciły do dalszego przebywania w hotelu. Póki więc mój garnitur wisiał jeszcze w szafie, otrzymawszy pierwszą wypłatę, kupiłem nową walizkę, spakowałem w nią rzeczy i bez większej koncepcji - licząc tylko na szczęście - powziąłem decyzję wyjazdu do Gdyni. W razie gdyby w tym mieście mi się nie powiodło, to miałem jeszcze wujka, Janka, mieszkającego i pracującego w pegeerze w Lisewie za Wejherowem, więc mogłem pojechać do niego. * Do Gdyni przyjechałem około godziny ósmej rano. Przechodząc przez dworzec, kupiłem w znajdującym się tam kiosku "Nową Wieś", które to czasopismo co tydzień wówczas nabywałem. Przejrzałem je uważnie, czy przypadkiem tym razem nie ma dla mnie odpowiedzi na mój list wysłany do redakcji z półtora lub dwa miesiące temu. Rzeczywiście, na jednej ze stron zauważyłem artykuł zatytułowany: "Zaklęte koło", a pod nim moje nazwisko i adres. Był on napisany w formie mojego listu, którego treść jednak mocno zmieniono, a w niektórych momentach wręcz przeinaczono. Sporo rzeczy pominięto, a wiele nowych dodano. Widać, iż redaktor piszący ten artykuł bardzo się przejął nadesłanym listem, bo nader dramatycznie, żeby nie powiedzieć tragicznie opisał mój los. W niektórych momentach wszak mocno przesadził, bo na przykład nigdy nie dochodziło między mną a którymkolwiek z kolegów w Karolewie do potyczek na pięści, jak to w tym artykule zostało napomknięte, a czego ja w moim liście nie pisałem. Na końcu artykułu redaktor zwrócił się do czytelników, żeby mi doradzili, co zrobić, aby życie moje na wsi układało się ciekawiej, i ewentualnie jak powinienem postąpić w wypadku starania się o pracę w mieście, mając za sobą moją karalność, nazwaną plamą w życiorysie. Autor artykułu prosił, aby listy do mnie nadsyłano pod adresem redakcji. Nie bardzo wiedziałem, jaką pociechę i pożytek mogę mieć z tego artykułu. Za moment wychodziłem z dworca na miasto w poszukiwaniu pracy i ewentualne porady czytelników obeznanych z ówczesną sytuacją prawną i społeczno-polityczną w Polsce były już mi potrzebne, a one przecież mogły nadejść dopiero za wiele jeszcze dni i to do domu w Kwidzie. Nie byłem dokładnie zorientowany, jak wielkie znaczenie może mieć moja karalność w sprawie przyjęcia mnie do pracy, ale podejrzewałem, że skoro we własnej wsi, będąc przy ojcu, mnie nadzorowano, to tym bardziej karalność ta może wywoływać jakieś skutki, pracując gdzieś w mieście. Wszelako byłem zdania, iż będąc na wsi lub pracując w mieście na budowie czy w kopalni, na zwykłych stanowiskach, moja przeszłość chyba nie ma dużego znaczenia. Jednakże Gdynia znajdowała się w tak zwanej strefie przygranicznej. Chociaż wjazd do niej był wolny, bardzo się obawiałem, że z moją przeszłością dla różnych czynników oficjalnych będę tu osobą niezbyt mile widzianą i jeśli przyznam się do niej, to ani zamieszkać w Gdyni nie będę mógł, ani pracy tu nie dostanę. Bardzo jednak pragnąłem w tym mieście pozostać, bowiem niezwykle podobało mi się i pociągało mnie morze. Tu pracując w jakimś przedsiębiorstwie morskim, może mógłbym spełnić moje marzenia o podróżach po świecie i szerzej poznać i zobaczyć ten nasz piękny glob. Zatem, żeby wciąż mieć szanse zrealizowania tych marzeń, postanowiłem - jak to już obmyśliłem uprzednio - iż w razie otrzymania pracy, nigdzie nie będę wspominał ani słownie, ani na piśmie, że byłem karany z artykułu 23-go. Nie sądziłem, abym ubiegając się o przyjęcie do upatrzonej instytucji czy przedsiębiorstwa, mógł dać do przeczytania w dziale personalnym ten artykuł z gazety, ponieważ w kadrach miała znaczenie jedynie narzucona im polityka oraz różne dokumenty i zaświadczenia. Po przeczytaniu artykułu na pewno usłyszałbym tylko od kadrowca, że mi bardzo współczuje, ale zakład aktualnie nie potrzebuje nowych pracowników lub że do pracy nie mogę być przyjęty z innych powodów. Ponadto, jeślibym w jednym zakładzie pracy powiedział, że byłem karany i do pracy nie został przyjęty, a w innym, karalności nie wyznając, pracę otrzymał, wówczas przez przypadek jakichś znajomości w tym drugim zakładzie mogłoby się wydać, iż byłem karany. Z artykułu tego mógłbym najwyżej mieć pożytek w wypadku, gdyby przedsiębiorstwo, w którym zostałbym zatrudniony, mimo mojego bardzo jeszcze młodego wieku wysłało do centralnego rejestru skazanych zapytanie o karalność i ujawniłoby się, że byłem karany, a do tego sprawa przybrała nieciekawy dla mnie obrót. Wtedy, tłumacząc się, mógłbym przedstawić ten artykuł, który może by coś pomógł wyjaśnić. Medytując nad tym wszystkim, mocno się zdumiewałem, do jakich to rozważań i pomysłów musi człowiek niejednokrotnie dochodzić nie tylko, aby ułożyć sobie życie, ale w ogóle jakoś przeżyć. Za chwilę zaczęły się jeszcze nowe tarapaty, bo opisane anomalie z powodu mojej karalności za to przestępstwo zostały na domiar złego spotęgowane przez nienormalne przepisy meldunkowe, jakie istniały wówczas w Gdyni i wielu innych ważniejszych miastach w Polsce. Otóż, kiedy opuściłem dworzec i poszedłem do kilku przedsiębiorstw i instytucji, okazało się, iż nawet tu i ówdzie potrzebują nowych pracowników, ale żeby zostać zatrudnionym, należy mieć zameldowanie w Gdyni lub Trójmieście, i to najlepiej na stałe. Gdy wyszukałem w ogłoszeniach lokalnych dzienników kilka adresów pokoi do wynajęcia i zgłosiłem się do właściciela jednego z nich, ten od razu powiedział mi, iż owszem, chętnie mnie przyjmie na pokój, ale jako że przybywam spoza Trójmiasta, to ani w Gdyni, ani w Gdańsku, ani w Sopocie wydział meldunkowy mnie nie zamelduje. Chyba że znajdę taki zakład pracy, który bardzo chciałby mnie zatrudnić i z tego powodu wystąpiłby z prośbą do prezydium miasta o zameldowanie mnie, dając wystarczające ku temu uzasadnienie, więc może wtedy wydział meldunkowy mnie zamelduje. Gdybym już został zameldowany, to na pewno nie na pobyt stały, tylko czasowy, przeważnie na rok, który to pobyt można byłoby potem przedłużać, ale zameldowanie takie wystarczyłoby już, aby ten zakład pracy mógł mnie zatrudnić. Po sprawdzeniu tych informacji w rozmowie z innymi właścicielami mieszkań wynajmującymi pokoje, jak i w kilku następnych przedsiębiorstwach i instytucjach, uznałem sprawę zamieszkania oraz podjęcia pracy tutaj za beznadziejną i postanowiłem pojechać do wuja w Lisewie. Przed wyjazdem poszedłem jeszcze nad morze, chociaż zdążyłem już mu się trochę przypatrzyć, chodząc po mieście w poszukiwaniu pracy i pokoju lokatorskiego. Jako że do odjazdu pozostawało jeszcze kilka godzin, udałem się na spacer ponad brzegiem zatoki w kierunku Redłowa. Może po godzinie przystanąłem w bardzo uroczym, prawie dzikim nadmorskim ustroniu, gdzie siadłem wśród drzew oraz innej roślinności i zacząłem się żarliwie przyglądać roztaczającym się przede mną widokom. Dopiero tego dnia po raz pierwszy w życiu ujrzałem morze, a zobaczyłem je najpierw z okien pociągu w czasie podróży do Gdyni, między Sopotem a Orłowem (dziś już ten widok jest mocno zasłonięty wysokimi drzewami). Zostałem urzeczony morzem. Jest ono o wiele wspanialsze, niż widziałem je w najpiękniejszych moich snach i marzeniach. Postanowiłem koniecznie kiedyś nad nie wrócić. Przecież przepisy meldunkowe z czasem muszą się zmienić - rozmyślałem - a może jeszcze przedtem wyszukam sposób na znalezienie pracy i zamieszkanie w Gdyni. Tak, muszę upatrzyć tu jakąś pracę - najlepiej związaną z morzem. Chcę je codziennie widzieć. Dobrze jeszcze byłoby znaleźć taką pracę, żebym, wykonując ją, mógł po morzu pływać i żałowałem, że tego dnia było już za późno, aby chociaż popłynąć statkiem żeglugi przybrzeżnej na Hel lub do Jastarni. Ale postanowiłem uczynić to, przyjeżdżając w którąś niedzielę do Gdyni. W przyszłości, być może, będę mógł normalnym, morskim statkiem popłynąć na drugi brzeg Bałtyku lub do innego lądu - marzyłem. Trzeba wyszukać sobie taką pracę - rozważałem - żeby można było służbowo pojechać w podróż morską, albo znaleźć takie zatrudnienie, przy którym będę mógł tyle zarobić, by pozwolić sobie samemu na wykupienie biletu w daleki wojaż statkiem. A jeżeli to nie będzie dla mnie możliwe, to ucieknę z kraju i nie będzie to wcale ucieczka nie przemyślana. Wybiorę się w podróż morską statkiem na gapę. Na pewno, mieszkając tu niedaleko, wymyślę skuteczny sposób na dokonanie takiej ucieczki. A wówczas świat będzie stał przede mną otworem. Najlepiej jednak byłoby podróżować legalnie, służbowo czy prywatnie, mając paszport i bilet. Musi to przecież być możliwe - jeśli nie w najbliższych latach, to w przyszłości. Przecież czasy się zmieniają, bo zawsze się zmieniają, i całe szczęście, że taki jest ten świat - mówiłem sobie. Może po godzinie tych kontemplacji wróciłem do centrum miasta i przyszedłem na stację, gdzie wykupiłem bilet i około siedemnastej odjechałem do Lisewa. * Przyjechałem wieczorem, ale słońce jeszcze świeciło i do jego zachodu pozostawała może godzina. Gdy odnalazłem dom jedynego z rodzeństwa mojej matki - młodszego od niej brata - on właśnie niedawno powrócił z pola tutejszego PGR-u, a wujenka oskrobywała z delikatnej łupiny młode ziemniaki. Od czasu jego wyjazdu w 1947 roku z Borsuk - wsi sąsiadującej z Serpelicami - więcej się z nimi nie widziałem i dlatego też on, jak i wujenka mnie nie rozpoznali. Kiedy tylko przedstawiłem się, serdecznie mnie przywitali i kazali usiąść w fotelu, odpocząć po podróży i poczekać na kolację, opowiadając wieści z domu w Kwidzie. Mieli oni troje dzieci - dwie córki: Annę, lat czternaście, i Helenę, lat siedem, oraz dwunastoletniego syna, Kostka - którzy mnie, im właściwie tylko ze słyszenia znanemu kuzynowi, bacznie się przyglądali. Gdy w rozmowie z wujostwem niebawem wspomnieliśmy o mojej matce, spytałem czy nie mają fotografii, na której by mama była, ale, niestety, takiej pamiątki oni również nie mieli. Wuj rzekł, iż dawniej tak często nie fotografowano się jak teraz i żeby zdjęcie zrobić, trzeba było jechać do miasta lub przywieźć stamtąd fotografa, bo nie przypominał sobie, żeby ktoś miał wtedy aparat fotograficzny w Borsukach lub w Serpelicach. Dodał, że kilka jednak zdjęć matki niegdyś było, lecz nie u nich, tylko w naszym domu w Serpelicach. Widocznie zaginęły gdzieś w czasie wojny, kiedy to wszystko wynoszono z mieszkania, aby w razie bombardowania lub pożaru nie zniszczyło się, i przenoszono do okopu lub gdzie indziej w pośpiechu chowano. Następnie zauważył, że my, będąc jeszcze małymi dziećmi, bardzo często przeglądaliśmy zdjęcia, więc może też gdzieś je pogubiliśmy. Mieszkanie wujostwa było duże, z przestronnym pokojem na strychu, który na cele mieszkalne nie był wykorzystywany. Wuj, dowiedziawszy się o moich kłopotach z pracą i zamieszkaniem, zaraz mi powiedział, że mogę u nich na dłużej się zatrzymać, bo jest gdzie spać i mieszkać, szczególnie w tym dużym pokoju na górze, po jego uporządkowaniu. W dalszej rozmowie doszedł on do wniosku, że w pegeerze w Lisewie mógłbym pracować tylko na polu, chociaż - jak rzekł - mam szkołę, bo w administracji wszystkie miejsca są zajęte i na pewno nikogo tam więcej nie potrzebują. Za to w Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Gniewinie, oddalonym o trzy kilometry, gdzie zatrudniają więcej urzędników, być może będę mógł znaleźć w biurze jakąś pracę. Postanowiłem więc pójść tam nazajutrz i spytać, czy nie mają wolnego miejsca. Tego dnia po kolacji raczej szybko poszliśmy spać, bo wujek i wujenka wcześnie rano wstawali do pracy, a poza tym zatroszczyli się również, że pewnie jestem po podróży zmęczony i niewyspany. * Jak tylko wszedłem do biura GS-u, jego prezes widząc, że przyszedł nieznajomy, spojrzał badawczo na mnie, odpowiedział bardzo uprzejmym głosem na moje "dzień dobry" i rzekł: - Pan pewnie w sprawie tej pracy?- Jakiej pracy? - spytałem zdumiony i zaskoczony.- A to pan nie przychodzi tu ze skierowania Wydziału Zatrudnienia w Wejherowie?- Nie, ale pracy akurat poszukuję.- To dobrze się składa - odpowiedział prezes - bo w tej chwili potrzebujemy takiego młodego człowieka jak pan na stanowisko starszego referenta skupu surowców wtórnych, skór surowych i futerkowych oraz złomu w naszym dziale skupu i właśnie takie zapotrzebowanie wysłaliśmy do Wydziału Zatrudnienia w Wejherowie.Nie zastanawiając się długo, powiedziałem, że to na pewno trudna i odpowiedzialna praca, ale też bardzo ciekawa i chętnie się jej podejmę. Po załatwieniu niezbędnych formalności przystąpiłem do pracy w połowie lipca 1956 roku i z wielkim animuszem zabrałem się do niej. Polegała ona na skupowaniu zużytej odzieży i innych wyrobów z tkanin zgrzebnych i wełnianych, a także złomu żelaza i metali kolorowych, które były dostarczane przez okoliczną ludność, szkoły i PGR-y, oraz skór surowych, głównie od ajenta GS-owskiej masarni, a czasem też i skór futerkowych od różnych łowców tych trofeów. Surowce te następnie odsyłałem wagonami kolejowymi do hut lub fabryk albo odstawiałem samochodem do magazynów skupu Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Wejherowie. Przy zakupie skór surowych, przeważnie świńskich, wołowych i cielęcych, których skupowałem dużo, było najwięcej pracy i troski. Trzeba było je przy zakupie właściwie ocenić i zaliczyć do należnej im klasy, potem przechowywać w chłodnej piwnicy, a przy składowaniu ich tam starannie je rozpościerać, odpowiednio solić, a następnie często przeglądać i w razie potrzeby dosalać. Niekiedy, korzystając z geesowskiego wozu na gumowych kołach, krytego białą brezentową budą i ciągnionego przez konia o tej samej maści, nazywanego przez nas Siwkiem, sam jeździłem z wagą po wsiach oraz szkołach i niektóre surowce na miejscu skupowałem. Brałem wtedy ze sobą różne druki reklamowe, zachęcające ludzi do sprzedaży skupowanych odpadów, i jadąc wozem, po drodze je rozrzucałem, co, jak zauważyłem, przynosiło pewne efekty i powiększało skup. W chwilach, kiedy trzeba było przeprowadzić remanent w którymś ze sklepów, jakich GS posiadał około dziesięciu, rozmieszczonych w Gniewinie i innych przynależnych do gminy miejscowościach, wtedy zawsze uczestniczyłem w komisjach dokonujących owych spisów. Remanenty te trwały zazwyczaj bardzo długo, czasami od wczesnego rana do późnego wieczoru, ale upływały przeważnie w wesołej atmosferze, często w obecności pięknych dziewcząt - ekspedientek sprzedaży. Niejednokrotnie też, dla przyjemnego tylko spędzenia czasu po pracy, dotrzymywałem towarzystwa naszemu bardzo miłemu i sympatycznemu magazynierowi, a zarazem konwojentowi, i obaj wozem zaprzężonym w Siwka rozwoziliśmy po sklepach towary. W ramach pracy społecznej przypadło mi organizowanie akcji poszukiwania stonki ziemniaczanej na polach wsi z gospodarstwami indywidualnymi w naszej gminie. Stonka wówczas dopiero od kilku lat ukazywała się w Polsce i walka z nią w tym okresie polegała na wyszukiwaniu jej w naci kartofli i wrzucaniu do słoika lub butelki z trucizną. Zwykle tylko jeszcze nieliczne egzemplarze tego owada znajdowano na polach ziemniaczanych, ale było wiadomo, iż chrząszcz kolorado może stać się niedługo powszechnym i bardzo groźnym szkodnikiem tej uprawy. Przy okazji przypominam sobie zdarzenie, jak po jednej takiej akcji sołtys zaprosił mnie do siebie na obiad. Podczas tej wizyty zauważyłem u niego w domu trzy zegary, dwa ścienne i jeden budzik, i wszystkie trzy nie chodziły, bo podobno miały poprzekręcane sprężyny. Bardzo zastanowił mnie ten sam rodzaj uszkodzenia we wszystkich zegarach. Ponieważ powiedziałem, że znam się trochę na tych przyrządach, bo nasz stary zegar w Kwidzie potrafiłem na jakiś krótszy lub dłuższy czas sam zreperować, przeto sołtys pozwolił mi wziąć budzik do ręki. - Ale niech pan tylko nie nakręca więcej sprężyny - przestrzegał mnie ten poczciwy i krzepko wyglądający człowiek.Oglądając zupełnie jeszcze nowy zegar, coś mi z tą przyczyną jego zatrzymania się nie zgadzało i kiedy mężczyzna odwrócił na chwilę ode mnie uwagę, podkręciłem sprężynę. Przecież nie mogłem więcej jej tym uszkodzić, jeśli była ona nawet zerwana. Sprężyna szła lekko, ale z wyczuwalnym oporem. Gdy jeszcze raz obróciłem pokrętłem, budzik zaczął tykać. Uradowany sołtys zapytał, jak tego dokonałem. Odpowiedziałem, że nakręciłem sprężynę, która była zupełnie rozluzowana. Ze ściennymi zegarami postąpiłem podobnie, tym razem przy mniejszym oporze gospodarza, i za chwilę już wszystkie chodziły, ku wielkiej radości ich właściciela. Wspominając o gościnności sołtysa, to muszę dodać, iż była ona tam wszędzie wielka. Pamiętam, że kiedy roznosiłem jakieś pouczające ulotki po wsiach i zachęcałem chłopów do ich czytania i stosowania w praktyce, to często nie mogłem wprost wymówić się od zjedzenia u gospodarza obiadu. W niedługim czasie po przyjęciu mnie do pracy zostałem skierowany na kurs pracowników skupu, zorganizowany przez Centralę Rolniczą Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Luzinie. Na szkolenie to dojeżdżałem raz w tygodniu i ukończyłem je po dwóch miesiącach. Na kursie poznałem wiele interesujących rzeczy z zakresu wykonywanych przeze mnie obowiązków, które to wiadomości były mi bardzo przydatne w mojej pracy. * W dwa lub trzy tygodnie po ukazaniu się artykułu "Zaklęte koło" w "Nowej Wsi" otrzymałem z domu pakiet około dziesięciu listów, które czytelnicy nadesłali do mnie, lecz nie przez redakcję, tylko bezpośrednio pod moim adresem w Kwidzie. W listach tych starający się pomóc w mojej sytuacji czytelnicy udzielali mi różnych praktycznych rad, szczególnie jak należy przystąpić do poszukiwania pracy, zapoznając mnie zarazem z formalnościami, których będę musiał dokonać przed podpisaniem angażu. Niektórzy z nich mieli kiedyś podobne do moich kłopoty, żyjąc przy ojcu na wsi, ale obecnie pracowali już w mieście i lepiej im się powodziło. Student kończący medycynę w Białymstoku, a pochodzący z Radomia, domagał się swobody wyjazdów za granicę, wolności poglądów i słowa oraz krytykował ówczesną niewolę. Młody poeta z Kłodzka współczuł mi i opisywał w liście, a także w nadesłanym mi wierszu, swoje tragiczne dni spędzone w więzieniu, w którym znalazł się wskutek panującego systemu. Inni również oburzali się z powodu skazania mnie wyrokiem sądu i potępiali politykę sprawującego władzę rządu. Nikt jednakże nie wypowiedział swoich uwag czy opinii na temat tej "plamy w życiorysie", a bardzo interesowało mnie również to, jakie ona może mieć dla mnie skutki i ewentualnie, jak mogę prawnie się przed nimi wybronić. To niewypowiadanie się na ten temat zrozumiałem jako potwierdzenie możliwości występowania negatywnych reperkusji i trudności wybrnięcia z nich, a skoro nie bardzo można było temu w jakiś sposób zaradzić, przeto piszący zapewne nie widzieli sensu, aby mi o tym wspominać i jeszcze bardziej niepokoić i utwierdzać w moich obawach. Z wieloma z nich utrzymywałem korespondencję przez długi jeszcze czas. W chwili otrzymania tych listów pracowałem już w GS-ie. Przystępując do pracy, zdecydowałem się moją karalność w życiorysie pominąć, co prawdopodobnie zaoszczędziło mi różnych komplikacji i pozwoliło na podpisanie angażu. Po kilku miesiącach pracy doszedłem do wniosku, że chyba nie wysłano do rejestru skazanych zapytania o ewentualną karalność, gdyż z kierownikiem skupu i prezesem często razem przebywałem i rozmawiałem i w razie wykrycia niezgodności w tej sprawie na pewno dowiedziałbym się o tym. Ku memu dalszemu uspokojeniu, w październiku 1956 roku sytuacja polityczna w kraju bardzo się zmieniła, bo po wielkich demonstracjach i rozruchach w Polsce, odbywających się w tym samym czasie co i powstanie na Węgrzech, doszedł do władzy Gomułka, który zapowiedział odnowę. Jednakże w dalszym ciągu nic na temat mojego problemu nikomu w pracy nie mówiłem. Uważałem, iż czas ku temu jeszcze nie nadszedł i czekałem, aż rzeczywiście w kraju się odmieni i dojdzie do większej swobody, na którą, jak teraz wiadomo, wiele dalszych wydarzeń musiało się złożyć i jakże długo trzeba było jeszcze czekać. Niemniej w październiku 1956 roku nastąpiło duże przesilenie polityczne i był to wielki okres przemian po śmierci Stalina. Na mocy amnestii w 1956 roku zwolniono około 35 tys. osób, w tym 7 tys. więźniów politycznych. Na wsi rozpadło się ponad 80% spółdzielni produkcyjnych i odbudowano kółka rolnicze. 28 października uwolniono z przymusowego pobytu w klasztorze w Komańczy prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego. Dalej istniała groźba radzieckiej interwencji wojsk, ale w listopadzie podczas rozmów delegacji polskiej w Moskwie ustalono zasady stacjonowania tych wojsk w Polsce, a Konstanty Rokossowski i generałowie radzieccy wyjechali do ZSRR. W listopadzie 1957 zlikwidowano Komisję ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Jednak Gomułka dążył już do opanowania żywiołowego ruchu społecznego w Polsce; zwolennicy kontynuacji przemian zostali nazwani rewizjonistami i potępieni, a proces częściowej demokratyzacji został zahamowany. * Do pracy dochodziłem z Lisewa piechotą, bo rozkład jazdy kolejką nie bardzo mi pasował, a poza tym do gminnej spółdzielni, idąc polnymi drogami na skróty, było chyba nie więcej niż dwa i pół kilometra. Może po sześciu tygodniach pracy otrzymałem pokój w Gniewinie, bowiem GS akurat wyremontował jeden ze zniszczonych w czasie wojny domów we wsi. Otrzymało w nim mieszkania dwóch pracowników spółdzielni i ja dostałem ten jeden, ale duży pokój. W czasie wprowadzania się zastałem w nim już łóżko i proste meble, a ja tylko przyniosłem pościel od wuja, kupiłem radio i kilka innych rzeczy domowego wyposażenia. W tak skromnie urządzonym, ale nader przytulnym, a przede wszystkim już swoim mieszkaniu, czas upływał mi bardzo przyjemnie. Do dzisiaj nie mogę pojąć, jak doszło, po tak krótkim okresie pracy, do przydzielenia mi tego pokoju, w dodatku już umeblowanego, bez jakichkolwiek opłat i bez żadnego mojego ubiegania się o to oraz w całkowitej niespodziance dla mnie, skoro było na niego tylu chętnych w spółdzielni i we wsi i czego mi potem bardzo zazdroszczono. Czasami myślałem, iż może był to gest kierownika skupu, który, nie chcąc odesłać z powrotem do domu klienta z kilkoma workami włóczki przywiezionej do skupu - gdy ja raz wyjechałem na kurs do Luzina - zakupił ją, za dość pokaźną sumę. Po moim przyjeździe spostrzegłem, że wcale nie jest to włóczka, tylko, z wyjątkiem kilku wełnianych swetrów, rzeczy ze zgrzebnej tkaniny, której wartość była chyba sześć razy mniejsza od włóczki. Powiedziałem wtedy kierownikowi, żeby się nie martwił, bo ja tę sprawę załatwię tak, że będzie dobrze. Wysegregowałem więc ze znajdujących się w magazynie parcianych surowców wtórnych wszystką włóczkę, której zawsze w nich trochę było, i uzupełniłem nią brak powstały przy zakupie dokonanym przez kierownika. Bardzo go to uradowało i ubawiło i był mi za to wdzięczny. Chcę tu przy okazji dodać, że w taki sam sposób można było też pokryć ewentualny niedobór metali kolorowych, wyselekcjonowując je z zakupionego złomu żelaza, choć niekiedy trzeba było części wykonane z takich metali od złomowanych żelaznych elementów odkręcać. Prócz tego, że miałem teraz niedaleko do biura, było także bliżej do Jeziora Żarnowieckiego, do którego po pracy i w święta często chodziłem, żeby pokąpać się w nim, a przede wszystkim popływać. Zwykle pływałem wtedy przez kilka godzin, pokonując wielokilometrowe dystanse. W piękne, słoneczne niedziele jeździłem również do Gdyni kąpać się w morzu, kiedy to prócz pływania lubiłem także siedzieć na plaży i patrzeć na morze albo przechadzać się nad jego brzegiem i podziwiać niezwykłe widoki. Jednego razu wypłynąłem statkiem żeglugi przybrzeżnej na bardzo atrakcyjną i przyjemną wycieczkę na Hel i z powrotem. W Gniewinie miałem kilku kolegów, przeważnie starszych ode mnie. Jednym z nich był Tadek, pracujący u ajenta geesowskiej masarni. Często przywoził do mnie skóry do skupu lub przychodził i załatwiał w GS-ie inne sprawy. Drugim był Stefan, strażnik portowy, czasowo zamieszkały w hotelu robotniczym w Gdyni, który, mając w służbie dni wolne, niekiedy przyjeżdżał do domu w Gniewinie. Od niego kupiłem mój pierwszy ręczny zegarek, szwajcarskiej marki "President", jaki on gdzieś nabył okazyjnie w porcie. Znałem jeszcze kilku innych kolegów pracujących przy różnych robotach w Gniewinie, mieszkających przy rodzicach lub samotnie w wynajętych pokojach. Gdy nadeszła jesień, w długie wieczory, zwłaszcza sobotnio-niedzielne, grywałem z nimi w karty, najczęściej w kaszubską grę zwaną baśką. Pod koniec każdego tygodnia spotykaliśmy się w GS-owskiej gospodzie, w której przy piwku lub oranżadzie dyskutowaliśmy na temat drużyn piłkarskich i wypełnialiśmy kupony totalizatora sportowego. Raz za dziesięć trafień, na możliwych dwanaście, wygrałem poprzez losowanie jeszcze, bo było dużo takich trafień, pięćset złotych, co było sumą dla mnie nie do pogardzenia, jako że moje zarobki razem z premią wynosiły około dziewięciuset złotych miesięcznie. Wspominając o moich kolegach z Gniewina, przypominam sobie zdarzenie, jak jeden z nich, mając zamiar ożenić się, wyremontował sobie pokój u rodziców na strychu i ładnie go urządził. Jeszcze przed ślubem zaprosił nas do niego na swoje imieniny. Gdy wszedłem, zauważyłem, iż prawie cały pokój jest wykończony w drewnie; w środku stoją eleganckie meble i wielkie radio "Stolica", a na podłodze leży gruby i bardzo puszysty dywan. Na ścianach wisiały obrazy, a w oknach piękne firanki i zasłony. Zaproszonych gości było wielu. W pewnej chwili, kiedy biesiadnicy rozweselili się w najlepsze, jeden pan po osiemdziesiątce zaczął przy stole się wiercić i czegoś szukać. Zapytany o to, odpowiedział, iż przed chwilą zapalił papierosa, lecz nie wie, gdzie go położył, bo właśnie nigdzie nie może go znaleźć. Słysząc to, wystraszona matka oraz narzeczona solenizanta padły na kolana i zabrały się do poszukiwania tlącego się niedopałka pod stołem w okazałym dywanie. Jednakże nigdzie go znaleźć nie mogły, choć - jak twierdziły - czuły swąd smażącej się wełny z tkaniny. Gdy ani pod stołem, ani na stole palącego się papierosa nie znaleziono, ktoś powiedział, że być może staruszek wcale go nie zapalił, tylko mu się tak wydało. Doradzono więc, aby starszy pan przeliczył swoje papierosy w pudełku i spróbował przypomnieć, ile ich od czasu jego otwarcia, a przed przybyciem w tę gościnę wypalił. Jak to uczynił, wyszło mu, iż musiał tu wypalić przynajmniej pięć papierosów, tymczasem w popielniczce znaleziono jedynie dwa niedopałki jego sportów. Usłyszawszy to, ktoś uspokajał gospodynie, że staruszek od tego palenia ma już pewnie słabą pamięć i nie może sobie przypomnieć, ile tych papierosów przed przybyciem wypalił, ale one znowu rzuciły się na kolana pod stół, żeby znaleźć tlące się niedopałki w puszystym dywanie. Przyjęcie z tego powodu bardzo się popsuło i uroczystość raczej szybciej, niż powinna, się zakończyła. Następnego dnia, idąc rano do pracy, mimowolnie spojrzałem na dom kolegi. Stał cały, ale pomyślałem sobie, jak to dobrze, że ja nie palę, i ile różnych kłopotów będę miał w życiu mniej, jeśli dalej nie będę tego czynił. Ku mojej uciesze, w czasie hucznego wesela kolegi, które odbyło się w okresie świąt Bożego Narodzenia, spostrzegłem, że starszy pan nie zapalił ani jednego papierosa. Powiedział, iż rzucił palenie, a myślałem, że w tym wieku, nie można już się od tego odzwyczaić. A odzwyczaić się od tego nałogu trzeba w każdym wieku, mając świadomość, ile zdrowia i innych wartości się przez to zyskuje. * Z początkiem stycznia 1957 roku, wskutek reorganizacji i przyłączenia GS-u w Gniewinie do Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Wejherowie, wszyscy pracownicy naszej spółdzielni otrzymali wypowiedzenia pracy ze skutkiem 31 marca. Mogli oni ubiegać się o ponowne przyjęcie do pracy na uprzednich lub innych stanowiskach w nowo utworzonej jednostce z biurem głównym w Wejherowie. Postanowiłem jednak nie składać podania o przyjęcie mnie do owej Gminnej Spółdzielni "S.Ch." w Wejherowie, Punkt Skupu w Gniewinie, gdyż zdecydowałem się jeszcze raz poszukać jakiejś pracy w Gdyni, tak jak kiedyś to sobie przyrzekłem. Teraz już miałem na to realniejsze szanse, bo Stefan, zatrudniony w Straży Obiektów Portowych w Gdyni, zapewnił mnie, iż porozmawia ze swoim szefem, żeby przyjął mnie do pracy w SOP-ie. Powiedział, że otrzymam od razu zakwaterowanie w hotelu robotniczym, znajdującym się na terenie portu, w którym mieszkają strażnicy i pracownicy portowi. - A co z zameldowaniem? Ciebie zameldowano bez problemu, bo wtedy obecne przepisy meldunkowe jeszcze nie obowiązywały - rzekłem.- Nie martw się. Szef już napisze takie pismo do prezydium, że cię zameldują - odpowiedział pewny swojej obietnicy Stefan.Bardzo chciałem przenieść się do Gdyni, dostać się do tego portowego miasta nad morzem, do szerszego świata, i rozpocząć jakieś ciekawsze życie. Marzyłem, żeby ukończyć szkołę średnią, a może i wyższą, ku czemu, mieszkając w Gdyni, miałbym większe możliwości. Trochę bałem się ubiegać o tę pracę w porcie, gdzie dokonywano zapewne szczegółowych lustracji personalnych, ale jako że do tej pory wszystko szło dobrze, więc postanowiłem zaryzykować. Innej przecież możliwości podjęcia pracy w tym mieście nie znałem. Niemniej w lutym wziąłem urlop i pojechałem do Gdyni, gdzie przez parę dni, zamieszkując w hotelu "Dworcowym", starałem się zorientować, czy nie mogę znaleźć jakiejś innej pracy i sposobności zamieszkania w Gdyni, lecz ostatecznie doszedłem do wniosku, że przynajmniej na razie nic lepszego tu nie zwojuję. Po dokładnym przyjrzeniu się zajęciu strażników w kilku napotkanych bramach portowych zdecydowałem się do tej pracy przystąpić. Pozostałą część urlopu przeznaczyłem na zasłużony wypoczynek, podczas którego urządziłem sobie wielką frajdę, lecąc po raz pierwszy w życiu samolotem, udając się z Gdańska do Wrocławia. Przelot odbywał się niewielkim samolotem z lądowaniem w Warszawie i Łodzi. Z Wrocławia pojechałem do brata w Otoku, gdzie spędziłem parę przyjemnych dni. * Przy końcu lutego lub na początku marca zobaczyłem w jakimś ilustrowanym czasopiśmie podane w bardzo przejrzysty i zrozumiały sposób zasady pisowni języka francuskiego, co mnie mocno zainteresowało. Od dłuższego już czasu uważałem, że przez dobre opanowanie jednego lub kilku obcych języków mogę bodajże najszybciej coś w moim życiu zmienić na lepsze, podnieść je na wyższy poziom i uczynić ciekawszym. A przede wszystkim mógłbym wówczas poznać nasz piękny i wielki świat, o czym tak bardzo od dawna marzyłem. W tym celu zacząłem już nawet od trzech miesięcy uczyć się języka angielskiego, bowiem jeszcze na jesieni pojechałem raz specjalnie do Gdyni i kupiłem podręcznik do nauki tego języka. Jednakże lekcje w nim były mało przystępnie zredagowane, tak że marnie mi to szło i po tygodniach studiów doszedłem do wniosku, iż bez pomocy lektora niewiele będę mógł sam nauczyć się z tej książki. Teraz w ciągu tylko jednego dnia poznałem z owego czasopisma podstawowe zasady pisowni francuskiej i mogłem już przeczytać słowa oraz krótki tekst w tym języku, który poniżej był zamieszczony. Wielce tym uradowany, pojechałem do Gdyni, aby znaleźć jakiś podręcznik dla początkujących do nauki języka francuskiego. Wszelako w tych czasach, kiedy nauka języków zachodnich była mało u nas rozpowszechniana, znalazłem tylko w sopockim Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki podręcznik "Le Manuel de Français", opracowany w języku rosyjskim. Przez pięć lat nauki tego języka w szkole poznałem go na tyle, że z powodzeniem mogłem w nim zrozumieć objaśnienia lekcji francuskich, wobec czego kupiłem ten podręcznik. Zawierał on dwadzieścia pięć bardzo ciekawych lekcji oraz dużo interesujących i dla prawidłowego poznania języka wielce użytecznych ćwiczeń, co wszystko razem do końca marca starannie przerobiłem. Byłem tym tak zbudowany, iż sądziłem, że jeśli przestudiuję jeszcze jedną lub dwie takie książki, to będę mógł już swobodnie mówić po francusku. Powziąłem od razu zamysł, że potem wezmę się za angielski, choć pomyślałem, że jeśli uda mi się poznać sam tylko język francuski, to już mi to może wystarczyć, żeby moją rzeczywistość odmienić. Przystępując do nauki języków, zauważyłem zaraz, iż praca w SOP-ie będzie mi bardzo odpowiadała, gdyż nie tylko w hotelu po pracy, ale i w czasie służby na mało ruchliwych posterunkach, zwłaszcza wieczorami, będę miał dobre warunki do nauki, a przy tym i czas mi będzie szybciej upływał. W dodatku bramami będą przechodzili obcy marynarze, więc rozmawiając z nimi, będę mógł sprawdzać i ćwiczyć w praktyce wiadomości zdobyte z podręczników. * Na początku kwietnia poszliśmy razem ze Stefanem do szefa Straży Obiektów Portowych w Gdyni w sprawie tej pracy. Kolega przeprowadził mnie bez przepustki przez portową bramę, po przekroczeniu której przeszliśmy jeszcze kilkaset metrów nabrzeżem Indyjskim i weszliśmy do budynku, gdzie znajdowały się kadry straży. Właściwie tylko przedstawiłem się szefowi, ubranemu podobnie jak strażnicy w marynarski mundur, a resztę sprawy załatwił Stefan. Powiedział, że przybywam z jego wsi, w której pracowałem jako urzędnik w gminnej spółdzielni, i wśród wielu przymiotów predysponujących mnie na dobrego strażnika wymienił to, że nie piję, nie palę i znam język francuski. - To będziemy mieli trzeciego Francuza - zaraz na wesoło rozpoczął rozmowę szef. - Mieszkałeś we Francji?- Nie, sam tego języka się nauczyłem, choć właściwie to jeszcze go się uczę - odpowiedziałem mocno speszony.- A, to się chwali - rzekł szef. - Dobrze jest umieć powiedzieć obcemu marynarzowi - szukającemu swojego statku w porcie lub pytającemu o drogę do miasta - jak ma iść, tłumacząc mu nie na migi, tylko w zrozumiałym dla niego języku. A statków francuskich przypływa tu dużo.Sprawę załatwiliśmy pomyślnie. Szef zgodził się przyjąć mnie do pracy z zakwaterowaniem w hotelu. Wracając z kadr, powiedziałem Stefanowi, że za bardzo przesadził z tym moim francuskim, a następnie zapytałem: - Jaką to szczególną zaletą jest to, że ja nie palę, skoro szefowi ją nadmieniłeś? Przecież strażnicy, stojąc na dworze, chyba nikomu swoim paleniem nie przeszkadzają?- Wręcz przeciwnie. Szef bardzo nie lubi strażników kopcących papierosy na służbie, na widoku ludzi, a zwłaszcza przy przechodzących przez bramę osobach, i każe nam palić tylko w budkach. Wiele razy mówił nam o tym na szkoleniach - odpowiedział Stefan.Do pracy zostałem przyjęty 12 kwietnia 1957 roku i od razu wprowadziłem się do hotelu przy ulicy Rumuńskiej - dziesięć metrów od kei, przy której cumowały duże morskie statki. Po kilku służbach na bramach wciągnąłem się do pracy i wartowałem bez pomocy innego strażnika. Do moich obowiązków w pracy należało sprawdzanie przepustek ludzi wchodzących i wjeżdżających do portu, jak i opuszczających jego teren. Trzeba było także przeprowadzać wyrywkowe kontrole teczek i dokonywać przeglądu wnoszonego i wwożonego, a szczególnie wywożonego bagażu w samochodach. Należało uważać, aby nie wnoszono lub nie wwożono alkoholu czy innego przemytu na statki lub nie wynoszono nie oclonych towarów ze statków albo skradzionych z magazynów portowych. Na ogół praca przebiegała spokojnie. Wszyscy przechodzący i przejeżdżający bramami mieli przepustki, a kontrabandy lub wynoszenie czy też wywożenie towarów pochodzących z kradzieży w magazynach portowych zdarzało się rzadko. Pracowaliśmy na zmiany: dwanaście godzin służba, dwadzieścia cztery godziny wolne. Tak więc po służbie dziennej następna przypadała w nocy. Za pracę w niedziele i święta mieliśmy kilka służb wolnych w miesiącu, które nazywaliśmy wysadzkami. W tym rozkładzie pracy czas bardzo szybko upływał i chociaż męczące były służby w nocy, mieliśmy za to dużo wolnego czasu w dzień, który można było przeznaczyć na załatwienie swoich spraw, na naukę lub wypoczynek. Na drugi dzień po zamieszkaniu w hotelu poszedłem do wydziału meldunkowego z moim podaniem i pismem od szefa w sprawie zameldowania mnie w Gdyni. Mimo iż nie było to wcale takie pewne, że zostanie pozytywnie załatwione, chociażby czasowo, to napisałem, żeby mnie zameldowano od razu na stałe. Po kilku dniach poszedłem po odpowiedź. Zameldowanie otrzymałem, ale tylko na jeden rok, które, jak już wspominałem, można było potem co roku przedłużać, jeśli było ku temu wystarczające uzasadnienie. Nie bardzo mi się to spodobało, więc wyraziłem kierowniczce wydziału moje wielkie niezadowolenie, iż nie otrzymałem zameldowania stałego. Urzędniczka - widocznie rozbawiona moją zadąsaną miną i tym, że wcale nie ucieszyło mnie to roczne zezwolenie na zamieszkanie w Gdyni, którego przecież tak wielu ludzi nie mogło uzyskać - kazała mi napisać następne podanie, sugerując trochę, jak mam je lepiej umotywować, i po paru dalszych dniach otrzymałem zameldowanie na stałe. Wywołało to duże zdziwienie wśród moich kolegów w hotelu, którzy takiego zameldowania nie uzyskali, mimo iż się o nie usilnie starali. Sprawiło mi ono wielką radość, bo prócz tego, że odpadły kłopoty i niepewność w związku z przedłużaniem zameldowania w następne lata, mogłem teraz w każdej chwili zmienić moją pracę i przenieść się na prywatną kwaterę, gdyż sprawa zameldowania już mnie z SOP-em i hotelem nie wiązała. Na razie jednak nie myślałem o zwalnianiu się z pracy lub przenoszeniu na kwaterę prywatną z hotelu, gdzie tak dobrze od początku mi szło. * Hotel był niewielkim parterowym budynkiem z czerwonej cegły i miał może dziesięć pokoi, w sumie na około czterdzieści miejsc. Pomieszczenia były przeważnie czteroosobowe, chociaż znajdowały się tam również większe sale, jak i małe pokoiki. Na początku zostałem zakwaterowany w sześcioosobowej sali, ale po kilku miesiącach, gdy w sąsiednim, dwuosobowym pokoju zwolniło się jedno miejsce, udało mi się do niego przenieść, gdzie, mieszkając wraz z bardzo spokojnym kolegą, miałem dobre warunki do nauki języka francuskiego. W hotelu była kuchnia do przyrządzania posiłków, lecz na obiady chodziliśmy zazwyczaj do portowej stołówki, w której wykupywaliśmy miesięczne abonamenty, przez co obiady te były trochę tańsze niż wykupywane pojedynczo każdego dnia. Opłata za hotel wynosiła sześćdziesiąt złotych miesięcznie, a moja pensja kształtowała się w granicach 1200-1300 złotych. Wysokość jej zależała od liczby niedziel i świat oraz wypracowanych w danym miesiącu nadgodzin. Nadgodziny uzyskiwałem wówczas, gdy pracowałem w święta i nie wykorzystałem przysługujących mi za nie wysadzek. W hotelu, jak i w ogóle w straży, miałem wielu wspaniałych kolegów. Bardzo zaprzyjaźniłem się z owymi dwoma Francuzami, o których szef wspomniał w czasie przyjmowania mnie do pracy. Jeden z nich mieszkał w hotelu, a drugi dojeżdżał na służbę z Kartuz. Byli oni oczywiście Polakami, którzy przez dłuższy czas mieszkali we Francji i po wojnie z niej powrócili. Obaj mówili bardzo dobrze po francusku. Ucząc się tego języka, często konsultowałem się z nimi. Prócz tego lubiłem słuchać, jak opowiadają o zamieszkiwanym poprzednio kraju. Roman, który mieszkał w hotelu, dużo podróżował po świecie, szczególnie po francuskich koloniach, i nawet przez pewien czas służył w legii cudzoziemskiej. Umiał barwnie opowiadać o dalekich krajach, a ja bardzo chętnie słuchałem jego opowieści. W owych czasach u nas podróżowanie i poznawanie świata było rzeczą ponętną i sprawą wielkiej wagi, choćby tylko dlatego, że wyjechać z Polski było trudno i dla takiego chłopca jak ja było to prawie niemożliwe do zrealizowania, nawet gdybym nie był karany. Jeśli była jakaś okazja wyjazdu, na przykład pracując w przedsiębiorstwie handlu zagranicznego, to chętnych do podróżowania było zawsze o wiele więcej niż możliwości i tylko nieliczni wyjeżdżali. Mnie ten nasz wielki i piękny świat interesował już od dawna, chyba od czasu, kiedy Władzik w Serpelicach, przynosząc buty do reperacji, bardzo malowniczo i ciekawie o nim opowiadał. Później przeczytałem na temat podróży dużo interesujących książek oraz obejrzałem sporo filmów i pragnienie poznania świata wzrosło jeszcze bardziej. W hotelu miałem również wielu innych kolegów, z którymi latem często chodziłem do Gdyni albo Sopotu na plażę, gdzie prócz kąpieli w morzu wylegiwaliśmy się na piasku lub w cieniu drzew na trawie i gawędziliśmy całymi godzinami. Jednym z nich był Bronek, z którym bardzo lubiłem nad morzem spacerować. Często przemierzaliśmy obaj nadmorski brzeg aż do Sopotu lub Jelitkowa, a niekiedy dochodziliśmy nawet do Brzeźna. Brzeg Bałtyku jest na tej trasie szczególnie piękny, o najróżniejszym wyglądzie i kształtach - od płaskiego do bardzo stromych, wysokich urwisk; piaszczysty lub niemal od samego morza pokryty bujną roślinnością. Przyjemnie było tak iść wśród tych urokliwych i niezwykłych krajobrazów. Wybierając się nad morze, niejednokrotnie zabierałem ze sobą mój aparat fotograficzny "Smiena", który w Kwidzie od Zbyszka odkupiłem, i idąc brzegiem, utrwalałem najpiękniejsze widoki na błonie filmowej. Przynajmniej raz w sezonie wyprawiałem się z kolegami lub sam z Gdyni na Hel albo do Jastarni statkami Żeglugi Przybrzeżnej w Gdańsku, kiedy prócz zażywania relaksu i uciechy z pływania statkiem po morzu także robiłem zdjęcia. Pstrykałem je również w oliwskim parku i zoo, w Sopocie na molo, w Gdańsku na Długim Targu i nad Motławą oraz w Gdyni na Skwerze Kościuszki, Kamiennej Górze i w porcie. Kupiłem powiększalnik "Krokus" i kiedy mieszkający ze mną kolega szedł na nocną zmianę do pracy, zasłaniałem okno w pokoju i robiłem odbitki z wywołanych filmów. Te, które były bardziej udane, robiłem w większym formacie, a niektóre z nich eksponowałem na wystawach zdjęć, jakie w tych latach często były organizowane na dworcu morskim lub w Zakładowym Domu Kultury Zarządu Portu w Gdyni. Przy okazji poznawałem wielu nowych kolegów, z którymi bardzo się zaprzyjaźniłem i prowadziłem namiętne dyskusje na temat każdej wystawy oraz fotografowania. Wiele z wystawionych przeze mnie zdjęć odniosło sukces, a jedno, jako najlepiej ze wszystkich konkursów ukazujące port w nocy, znalazło się w wydanej wówczas książce pod tytułem: "Port Gdynia". * Gdybym miał niniejszy podrozdział zatytułować, to bym chyba napisał: "Jak można pozbyć się nerwicy serca, jadąc tramwajem?". Otóż moje hipochondryczne obawy o chorobę płuc już dawno przeminęły, jednakże nerwicy serca w dalszym ciągu nie mogłem się pozbyć i od czasu do czasu dawała mi się ona we znaki. Wszelako jadąc raz tramwajem z Jelitkowa do Oliwy - gdzie po nadmorskim spacerze z Bronkiem mieliśmy jeszcze chęć przejść się po pięknym oliwskim parku - spostrzegłem w tramwaju na ławeczce pozostawioną przez kogoś broszurkę. Z ciekawości wziąłem ją do ręki i zacząłem przeglądać. Było to popularnonaukowe wydanie cienkiej książeczki medycznej, jakie często widuje się w poczekalniach przychodni lekarskich. Ta była na temat nerwic, spośród których najbardziej zainteresowała mnie nerwica serca. Podczas gdy kolega podziwiał przez okno tramwaju piękne widoki, ja wziąłem się do jej czytania. Z lektury tej dowiedziałem się, iż nerwica serca nie jest chorobą tego narządu, tylko rozstrojeniem nerwowym, i że jest ona niegroźnym zjawiskiem, któremu przeżywający ją ludzie poświęcają za dużo uwagi. Bezpośrednią przyczyną nerwicy jest lęk, a właściwie podwyższony z jakiegoś powodu jego poziom. Jeśli w stanie takiego powiększonego lęku ukłuje nas coś w okolicy serca lub poczujemy tam co innego, wówczas bardzo łatwo skojarzymy to sobie z zaistniałym poważnym niedomaganiem serca, najczęściej z zawałem i śmiercią. Przeżywany przez nas lęk jeszcze bardziej wtedy się potęguje, a serce zaczyna bić mocniej, co z kolei dodatkowo zwiększa nasze obawy i wzmaga kołatanie serca, bo przecież zawsze bije ono szybciej, kiedy bardziej się boimy. Do tego, z powodu lęku, mogą dochodzić inne objawy, i mamy już nerwicowy atak serca w całej pełni. Jednakże po pewnym czasie zauważamy, że właściwie nic się naprawdę groźnego nie dzieje, zawał nie następuje, dalej żyjemy. Chory się więc uspokaja, lęk opada, palpitacje serca ustają i atak przemija, aż do następnego ukłucia w boku lub innej podobnej dolegliwości w okolicy serca. Po przemyśleniu tego, co przeczytałem, musiałem zgodzić się, iż z tą nerwicą jest tak, a nie inaczej, i mój przesadny lęk o serce przemienił się w gniew i zażenowanie, że przez tyle lat dawałem się tak nabierać przez tę nerwicę. W pewnym sensie dopomogli mi w tym lekarze, którzy przy różnych badaniach serca zawsze coś zauważali, co następnie opisywali lub głośno wypowiadali, a przecież ucho bojaźliwego o swoje zdrowie człowieka jest bardzo wyostrzone na takie rozmaite spostrzeżenia, które szybko po swojemu on pojmie i utworzy z nich własną diagnozę oraz wizję choroby. Tymczasem nie ma chyba tak doskonałego serca, w którym - prócz niejednokrotnie rzeczywistych poważnych schorzeń - nie byłoby można na upartego czegoś "wykryć" czy się dopatrzyć, co nie ma wszakże istotnego znaczenia dla tego narządu ani dla zdrowia czy długowieczności pacjenta. Z drugiej jednak strony pocieszałem się, że te ataki, poza strachem, żadnej szkody mi nie wyrządziły, a może nawet przeciwnie: wzmocniły moje serce, któremu te palpitacje zastąpiły w pewnej mierze naturalne, bardzo potrzebne treningi, jakie uzyskuje się przez wysiłek fizyczny. Przecież ostatnio prócz tych spacerów nad morzem, rzadkich ćwiczeń fizycznych, chodzenia do pracy i wokół swoich spraw prowadziłem przeważnie siedzący, stojący lub leżący tryb życia i raczej niewiele stwarzałem okazji, aby ten narząd pobudzać do szybszego rytmu i przez to go wzmacniać. Minęło już ponad czterdzieści pięć lat, jak kompletnie wyleczyłem się z tej nerwicy, i żadne ukłucie w boku ani duszności nigdy więcej nie doprowadzały do ataku serca. * Każdy strażnik na służbie był ubrany w marynarski mundur i czapkę, przepasany pasem oraz uzbrojony w karabin. Straż lotna, poruszająca się po całym porcie, nosiła pistolety. W czasie służby co kilka godzin zmienialiśmy posterunek, robiąc przy okazji godzinną przerwę w pracy. Raz w miesiącu chodziliśmy na szkolenie, niekiedy połączone z treningami sprawnościowymi w terenie i musztrą z bronią. Co roku na wiosnę lub latem jeździliśmy na strzelnicę w witomińskim lesie, gdzie przeprowadzaliśmy ćwiczenia i zawody strzeleckie. Tu w straży niejako nadrabiałem zaległości wojskowe, bowiem z powodu braku palca do wojska nie poszedłem i zostałem przeniesiony do rezerwy. Podczas służby, jak i będąc w mundurze po pracy na mieście, oddawaliśmy wojskowe honory oficerom i żołnierzom, chociaż nie przypominam sobie dokładnie, czy było to od nas bezwzględnie wymagane. Ja osobiście czyniłem to w czasie służby, jak i będąc w mundurze na mieście. W tym ostatnim przypadku głównie dlatego, że niekiedy wysocy nawet stopniem wojskowi i milicjanci, nie orientując się w naszych dystynkcjach (kilka razy w okresie mojej pracy awansowałem), a myśląc, że służymy może w jakiejś formacji marynarki wojennej, lub po prostu z pośpiechu pierwsi nam salutowali, co wyglądało nie tylko śmiesznie, ale i trochę głupio. Wolałem więc sam, zwłaszcza wyższych rangą oficerów wyprzedzać w oddawaniu honorów, po których przyjemnie też było patrzeć, jak z wielkim gestem się rewanżują. Gdy otrzymałem pierwszy urlop, pojechałem w mundurze do Kwidy i Serpelic, gdzie zrobiłem dużą furorę, co właśnie w wielkiej mierze mojemu marynarskiemu mundurowi zawdzięczałem, jak i temu, że zamieszkałem w Gdyni. * Któregoś dnia w lecie 1958 roku wezwał mnie szef do kadr. Kiedy trochę zaniepokojony tym nagłym zaproszeniem przybyłem do biura, zastałem jego i panią Anię, pracownicę kadr, urzędujących wśród swoich szpargałów. Jak tylko wszedłem, szef rozwiał wszelkie moje obawy, przyjaźnie się uśmiechając i mówiąc do mnie z humorem: - Ty jesteś taki trochę szkolony i podobno w hotelu dalej mocno się uczysz, więc może uda ci się rozwiązać pewien problem, którego my z panią Anią nie możemy rozwikłać.- Jaki problem? - spytałem zaskoczony i zaciekawiony.- W waszych służbowych dzienniczkach, które na posterunkach prowadzicie, ktoś na ostatnich stronach wypisuje różne głupstwa. Nie możemy dociec, kto to pisze. Trzeba by go ostrzec i pouczyć, żeby więcej tego nie robił - prawie lamentującym głosem mówił do mnie szef, pokazując kilka takich zeszytów z nagryzmolonymi na dalszych kartkach mało wybrednymi banałami.Były to dzienniczki, do których wpisywaliśmy w czasie służby różne uwagi, jak na przykład takie, że był zepsuty telefon, brak światła lub inne spostrzeżenia, choć tak naprawdę to zalecane uwagi bardzo rzadko w nich zamieszczaliśmy. Kilka stron dalej za tymi adnotacjami ktoś powypisywał zdania typu: "Strażnik A jest lizusem", "B jest służbistą" lub "C wpuszcza do portu panienki z Cafe Bałtyk". Wiele z tych elaboratów zdążyłem już dużo wcześniej zauważyć w czasie pełnienia służby na posterunkach. Szef, doceniając moje oburzenie z powodu tych pomówień, trochę nieśmiało i z pewnym zażenowaniem mi zaproponował: - Ja cię wprowadzę do wolnego obok pokoju, dam ci teczki personalne wszystkich zatrudnionych u nas strażników, a ty tam w spokoju spróbujesz dojść po charakterze pisma w życiorysach i na podaniach, kto to wypisuje. Może tobie uda się to ustalić.Sprawa kłopotliwa, ale bardzo zainteresowała mnie perspektywa obejrzenia przy okazji swoich akt personalnych i upewnienia się, czy nie została ujawniona w nich moja karalność. A poza tym wiedziałem, że ten, kto te bazgroły powypisywał, już dawno zwolnił się z pracy. Jak szef powiedział, tak zrobił. Zaprowadził mnie do sąsiedniego pokoju, wyciągnął z żelaznej szafy wszystkie teczki i rozłożył na biurku, przy którym następnie kazał mi usiąść i zacząć rozwiązywać zagadkę. Nim wszedłem do tego pomieszczenia, wytypowałem w myśli jeszcze kilka osób, które mogłyby te zdania powypisywać. Jednak od dawna, czytając je w czasie służby na bramach, najbardziej podejrzewałem o to Wafelka, to jest strażnika przezwanego tak z racji, że lubił jadać te słodycze, który zwolnił się już z pracy wiele tygodni temu. Był on znany ze swego dziwnego charakteru. Często też mawiał, iż taka praca, jak w SOP-ie, to nie dla niego. Był kłótliwy, a kilku kolegom groził, że ich rozstrzela, choć właściwe to nikt za bardzo nie bał się Wafelka, nawet strzelającego z karabinu. Ponadto ze strzelaniem było w straży spokojnie i chyba już od bardzo dawna nikt do nikogo z broni nie celował, z wyjątkiem wypadku, kiedy to z rok temu jeden strażnik wartujący przy bramie u wejścia na nabrzeże Duńskie popełnił samobójstwo, strzelając sobie w brzuch. W obawie, że szef mógł zaraz do tego pokoju zajrzeć, nie brałem na razie moich akt do ręki, tylko szukałem dokumentów Wafelka, przerzucając poukładane według alfabetu teczki. Spostrzegłem jednak, iż jego akt tu nie ma i prawdopodobnie szef musiał już gdzieś je odłożyć. Wystraszyłem się od razu, czy przypadkiem nie wyciągnął również mojej teczki, bo przecież w tej sprawie nie była mi ona potrzebna, ale na szczęście znalazłem ją i wziąłem się do jej przeglądania. Już po przerzuceniu kilku dokumentów zauważyłem nie znany mi z widzenia druk, który okazał się odpowiedzią na zapytanie o karalność i w którym stwierdzono, iż nie jestem notowany w rejestrze skazanych. Przyszło mi zaraz do głowy, że zapewne po ukazaniu się tego artykułu w "Nowej Wsi" ktoś z urzędu wniósł do sądu o zatarcie mojego skazania lub w inny sposób spowodował wykreślenie mnie z kartoteki, o jakie to anulowanie kary sam mogłem pisać do sądu dopiero po upływie dziesięciu lat od chwili wydania wyroku. Po zdobyciu tej cennej wiadomości zabrałem się do wyszukiwania i przeglądania teczek kilku strażników, którzy ewentualnie też mogli w dzienniczkach te "spostrzeżenia" powypisywać. Zastanawiałem się tylko, co mam szefowi powiedzieć w wypadku, gdyby rzeczywiście któryś z nich to uczynił. W końcu wykoncypowałem, że skoro szef sam do tego nie doszedł, to przecież nie muszę być od niego lepszy i powiem, że ja też nie jestem pewny, kto to napisał. Ostrzegę tylko winowajcę, żeby więcej tego nie robił, i sprawa w ten sposób będzie najlepiej załatwiona. Jednakże po przestudiowaniu charakterów pisma w dokumentach pomyślanych osób i porównaniu z gryzmołami w dzienniczkach musiałem te osoby wykluczyć. Po kilkudziesięciu minutach przeglądania teczek, i tych deliberacji, wszedłem do pokoju szefa i poprosiłem jeszcze o teczkę strażnika F., to jest wspomnianego Wafelka. Szef, usłyszawszy moją prośbę, zrobił minę, jakby doznał nagle jakiegoś olśnienia, i rzekł: - O nim zupełnie zapomniałem... bo przecież niedawno, jak mi o tym zgłoszono... ale możliwe, że to on... Myśmy z panią Anią po kilka razy przeglądali wszystkie teczki, a jego zupełnie nie wzięliśmy pod uwagę.Po tym bardzo emocjonalnym zareagowaniu na moją prośbę szef pobiegł do pozostawionego przeze mnie pokoju, gdzie z drugiej szafy, będącej chyba jego archiwum, wyciągnął teczkę strażnika F. Wszyscy w trójkę rzuciliśmy się do studiowania jego pisma i porównywania go z tym w owych zdaniach w dzienniczkach. Nikt nie miał żadnych wątpliwości, iż jest to ten sam charakter. - A ja mu na koniec wypisałem jeszcze taką dobrą opinię! - jęknął szef i dodał: - Jeśli ktoś znowu będzie bazgrolił podobne głupstwa w nowych zeszytach, które wydałem na posterunki, to zwolnię natychmiast i nie będę czekał, aż delikwent sam to pierwszy uczyni!* Bardzo cieszyło mnie, ale jednocześnie mocno zastanawiało to, dlaczego w odpowiedzi na zapytanie o karalność odpisano, iż nie byłem sądownie skazywany. Sprawę tę chyba w najbardziej prawdopodobny sposób wyjaśniła Lidia, dziewczyna, którą wtedy znałem i która pracowała akurat w kadrach pewnego przedsiębiorstwa. Chociaż nikomu nie mówiłem o moich kłopotach, to przed nią, jak to często wobec dziewczyn bywa, uczyniłem wyjątek. Dzięki temu dowiedziałem się od niej, iż urzędnicy w centralnej kartotece skazanych niejednokrotnie przy odpowiedziach się mylą. Oni w kadrach - rzekła - jeśli przyjmują kogoś do pracy na poważne i odpowiedzialne stanowisko, to zwykle po kilka razy wysyłają zapytanie o ewentualną karalność tej osoby i czasami dopiero za trzecią odpowiedzią przychodzi potwierdzenie, że człowiek ów był skazywany wyrokiem sądu. - Pomyślałem więc, że przy sprawdzaniu mojej kartoteki mogła również wystąpić taka pomyłka. Do tej pory ewentualność, że w kadrach o moim skazaniu mogą się czegoś dowiedzieć i na to zareagować, trzymała mnie w dużej niepewności co do dalszego przebiegu pracy w SOP-ie. Gdyby jednak zechciano mnie nagle zwolnić, przyznając, że z powodu mojego skazania, albo tego nie wyjawiając, lecz bez jakiejś oczywistej przyczyny, wtedy mógłbym przypuszczać, iż w innych miejscach pracy sytuacja może się powtarzać i zapewne zdecydowałbym się na ucieczkę za granicę, póki jeszcze pracowałem i mieszkałem w porcie. Obmyśliłem już nawet kilka planów i sposobów ucieczki i byłem niejako w ciągłym pogotowiu do ich realizacji. Ponieważ pracowałem i mieszkałem w porcie, ucieczka statkiem miała dużą szansę powodzenia. Nieraz nawet okazje ku temu nadarzały się same, gdy na przykład obcy statek dobijał do kei, a patrol WOP-u, który miał go pilnować, nie zdążył przybyć na czas lub omyłkowo poszedł na spotkanie statku na inne nabrzeże. Czasami też natrafiałem na moment, kiedy stojący przy trapie wopista spał oparty o dźwig albo siedział na czymś i nie reagował na moje przechodzenie. Zresztą, koszary WOP-u znajdowały się bardzo blisko naszego hotelu i miałem wielu kolegów wśród stojących przy trapach żołnierzy, a z niektórymi nawet na temat ucieczki statkiem żartobliwie rozmawiałem. Ale póki ucieczka nie była konieczna, nie widziałem potrzeby opuszczania kraju. Wyjaśnienie mojej sprawy, chociażby w taki sposób, jak mówiła to Lidia, a miałem też nadzieję, że być może faktycznie moje skazanie zostało wykreślone z rejestru - bardzo mnie uspokoiło. Mogłem zakładać, że z tym problemem będę miał także spokój w przyszłości, jeśli kiedyś ze straży się zwolnię i podejmę inną pracę. Ponadto po dziesięciu latach od chwili zapadnięcia wyroku mogłem oficjalnie pisać o wykreślenie mnie z rejestru skazanych. Niemniej, na krótko przed wezwaniem mnie przez szefa straży do pomocy w wyjaśnieniu sprawy owych pomówień w naszych służbowych dzienniczkach, podjąłem jedną bardzo poważną próbę ucieczki za granicę. Otóż w lipcu 1958 roku przypłynął do portu w Gdyni z oficjalną wizytą francuski okręt wojenny, niszczyciel "Guépratte", który zacumował przy nabrzeżu Polskim, w pobliżu nabrzeża Fińskiego, bo jeszcze do dzisiaj dokładnie to miejsce pamiętam. Znając już nieźle język francuski, w przedostatnim dniu wizyty nawiązałem rozmowę z dwoma marynarzami tego okrętu, spacerującymi po Skwerze Kościuszki. Gdy porozmawiałem z nimi trochę, dalej już szliśmy razem. Po kilkunastominutowej przechadzce siedliśmy na ławce, gdzie w dyskusji na różne tematy wspomniałem im również o mojej ucieczce do Francji w 1954 roku. Bardzo się tym zainteresowali. Powiedziałem, że dalej nie jestem pewny swojego losu w Polsce, bo jeśli w kadrach straży portowej, w której pracuję, dojdą do tego, iż byłem za to karany wyrokiem sądu, to niechybnie mogą mnie z pracy zwolnić. Siedzę więc jak na igłach, niepewny swojego jutra, i sytuacja taka będzie się również powtarzała w ewentualnych następnych zakładach pracy. Zapytałem, co by się mogło stać, gdybym w nocy wszedł na Guépratte - bo nie widziałem, żeby przy wejściu stał na wachcie marynarz - i spróbował się na nim ukryć, a następnie popłynąć do Francji. Moi rozmówcy od razu potraktowali sprawę bardzo poważnie i odpowiedzieli, że może przy trapie nikogo nie widać, ale jeden z oficerów oraz marynarz są zawsze na dyżurze, a ów marynarz przebywa często przy wejściu i odradzili, abym to czynił. Zaproponowali, żebym się z nimi spotkał wieczorem po kolacji, to oni w międzyczasie zorientują się, jak ewentualnie można taką sprawę załatwić. Umówiłem się z nimi chyba na godzinę siódmą, sądząc, że oni na pewno na tym spotkaniu się nie pojawią. Ku memu miłemu zaskoczeniu, przyszli. Powiedzieli, iż może da się mój zamiar zrealizować. Trzeba więc przybyć o północy pod Guépratte, odważnie wejść po trapie na okręt, a potem skierować się do pomieszczenia po prawej stronie blisko wejścia, którego wygląd i położenie dokładnie określili. Dodali, że nikogo przy wejściu nie będzie i po przybyciu do tego pomieszczenia oni dalej sprawą pokierują. O ile dobrze się zorientowałem, to zaprowadzą mnie wówczas do miejsca, w którym będę mógł taką podróż odbyć. Rozmawiając i spacerując po mieście, zauważyliśmy dwie piękne, zalotnie uśmiechające się do nas dziewczyny. Podeszliśmy więc i wszczęliśmy z nimi rozmowę, w której ja zostałem tłumaczem. Były to dwie ciekawskie i niezwykle urocze studentki. Nie bardzo wiedząc, do której kawiarni się udać, zaproponowały nam kawę u siebie w mieszkaniu z rodzicami. Poszliśmy do nich, a raczej do jednej z nich, bo druga dziewczyna gdzieś obok mieszkała. Weszliśmy do mieszkania na pierwszym lub drugim piętrze, od strony morza, przy ulicy Warszawskiej, niedaleko skrzyżowania z ulicą Nowodworską. Postawiono kawę i ciastka i rozpoczęła się rozmowa na różne tematy. Przypominam sobie, iż dziewczyna mieszkająca w tym domu zapytała mnie, dlaczego marynarze ci mają na swoich czapkach czerwone pompony. Po moim przetłumaczeniu im tego pytania odpowiedzieli, że było to coś związane z Napoleonem, choć dokładnie już nie pamiętam co. Wyjawienie owego powodu noszenia przez nich pomponów wzbudziło u dziewczyn duży zachwyt i respekt, tak iż marynarze, nie rozumiejący nawet słowa po polsku, z wielką przyjemnością i dumą to zauważyli. Porozmawialiśmy może z godzinę. Marynarze wzięli od studentek adresy, a ja w rozmowie z zamieszkałą tu dziewczyną, która mi się bardziej spodobała, wyraziłem nadzieję, że się jeszcze może spotkamy, na co ona odpowiedziała, że nie będzie chyba trudno mi ją spotkać, skoro wiem, gdzie mieszka. Trochę mnie to spotkanie ubawiło i żałowałem, iż do niego pewnie nigdy nie dojdzie. Po pożegnaniu się opuściliśmy mieszkanie. Marynarze skierowali się na okręt, a ja do swojego hotelu. Idąc spory kawałek drogi razem, przypomnieli mi jeszcze szczegóły nocnej wyprawy. Po rozejściu się wpadłem na niedługi czas do hotelu, gdzie przyszykowałem się do mojej eskapady i zabrałem to co niezbędne, przede wszystkim swoje dokumenty oraz pamiątki. Wyszedłem wcześniej, bo siedzenie w pokoju mi się dłużyło i trochę niecierpliwiło. Przechodząc obok portierni powiedziałem, że idę na dworzec, bo gdzieś tam wyjeżdżam. Gdy wyszedłem z hotelu, było już ciemno. Na niebie pozostała tylko długa czerwono-bordowa pręga po zachodzie słońca, które teraz świeciło gdzieś daleko nad Ameryką i Pacyfikiem. Sądziłem, że ta smuga to jakiś znak na niebie przed moją ucieczką, ale jego znaczenia nie mogłem pojąć. Rzeczywiście przyszedłem na dworzec i zająłem miejsce w prawie pustej restauracji, naprzeciw dużego ściennego zegara. Dopiero tu na dworcu zaczęło się wielkie rozmyślanie na temat tej ucieczki. Miałem na nią wielką ochotę, ale dostrzegałem na przemian argumenty zarówno za, jak i przeciw niej. Otóż, wydawało mi się, iż sprawa ujawnienia mojej karalności w kadrach SOP-u jest już zamknięta i skoro do tej pory się nie wykryła, to już pewnie, przynajmniej w straży, ona się nie wyda, bo ewentualne dociekania w tym kierunku zostały już dawno poczynione i zakończone. Może gorzej będzie w jakimś następnym zakładzie pracy, ale tam również sprawa ta może podobnie wyglądać. Wszelako wydawało mi się, że tego rodzaju problem, tu w Gdyni, szczególnie w porcie, to poważny problem i nawet nie miałem żadnego wyobrażenia, jak by ta sprawa się zakończyła w razie wykrycia, że byłem karany za ucieczkę za granicę. Na pewno mogłyby z tego powodu wyniknąć duże tarapaty w życiu. Ponadto w tym kraju o niepewnym eksperymentalnym ustroju nie wiadomo, co się może człowiekowi przydarzyć i lepiej uciec, póki się nie wpakuję w jakieś nieszczęście, bo potem może już być za późno. Natomiast tam na Zachodzie miałbym normalne warunki do życia i o wiele lepsze perspektywy na przyszłość. Jednak żal mi było zostawić szkołę, dla pracujących, w której mogłem dokończyć moje średnie wykształcenie i jaką już sobie w Gdyni załatwiłem. Choć trudno w to uwierzyć w tej chwili, ale bardzo mnie nęciło spotkanie z ową poznaną kilka godzin przedtem dziewczyną i być może, gdyby nie ona, to moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Niemniej byłem całkowicie przekonany, że trzeba pójść na ten okręt i szukać swojej szansy w życiu. Przecież wszystko zostało już zaaranżowane, chłopcy, ba - prawie już koledzy - tam na mnie czekają. Wiedziałem też, jak wielu ludzi, choćby tylko w tym mieście, nie wiem co by dało, żeby znaleźć się obecnie w mojej sytuacji i mieć taką możliwość ucieczki, jaką ja mam teraz. Żałowałem, że nie wypytałem dokładniej o to, co nastąpi po moim przyjściu do tego pomieszczenia, ale przecież nie chciałem już być za bardzo wścibski i dociekliwy, żeby wypytywać jeszcze marynarzy, jak konkretnie mieli zamiar mnie do Francji przewieźć - czy gdzieś w ukryciu w jakimś pomieszczeniu, a może w ich kajucie, czy też miałoby się to odbyć za wiedzą dowództwa niszczyciela. Zresztą nie wiadomo, czy mogli oni jeszcze coś więcej przekazać niż to, co mi powiedzieli. O godzinie 23.40 - pamiętam to tak, jakby było to przed chwilą - opuściłem dworzec, z którego do portu nie było daleko. Gdy przybyłem pod Guépratte, spostrzegłem, że przy okręcie nikogo nie ma. Naokoło, prócz powiewającego trochę wiatru, było bardzo spokojnie. Stanąłem przy sztaplach palet i jąłem przyglądać się niszczycielowi. Wydawało mi się, że w niektórych bulajach widnieją twarze obserwujących mnie marynarzy. Wtem nagle coś na okręcie się poruszyło i zaskrzypiało, ale był to tylko efekt większego podmuchu wiatru, który mocno naprężył cumy. Pełen napięcia, dalej obserwowałem Guépratte. Trochę niezwykłe wydawało się to, iż jest to duży, majestatyczny okręt wojenny, przypływający z oficjalną wizytą do Polski, a nie zwyczajny statek handlowy, i nawet pomyślałem, czy w przypadku późniejszego wykrycia mojej ucieczki nim nie dojdzie do jakiegoś międzynarodowego skandalu albo co najmniej do pogorszenia lub oziębienia naszych stosunków z Francją. Nie byłem pewny, czy dowódca okrętu o mojej ucieczce się nie dowie i mnie nie wyda dla naszych władz, a teraz miałbym jeszcze więcej do stracenia niż w czasie poprzedniej ucieczki do Francji. Nie wiadomo było też, czy WOP z okien któregoś ze znajdujących się w pobliżu biur i magazynów nie obserwuje niszczyciela, bo przecież był on oświetlony. Szkoda - pomyślałem - że nie jestem w marynarskim mundurze oraz w czapce z białym pokrowcem i nie wykombinowałem do tego jakiejś imitacji czerwonego pomponu. Ale w mundurze to byłoby głupio i bardzo pogorszyłoby okoliczności ucieczki w razie wpadki. Stałem tak przy tym okręcie i decydowałem o losach mojego życia przez kilkanaście minut, nie mogąc zdecydować się na wejście na trap i pójście do wyznaczonego mi pomieszczenia. Gdyby w tej chwili ktoś ukazał się w wejściu i kiwnął do mnie ręką, mój los byłby już przesądzony. Ale akurat ukazał się jakiś mężczyzna idący tym nabrzeżem w kierunku Guépratte i wydawało mi się, że jest w mundurze, może bosman z kapitanatu portu, a może wopista. Zarówno wchodzenie na okręt, jak i stanie przy nim było bardzo niebezpieczne. Odszedłem więc z tego miejsca i poza magazynami portowymi począłem iść w kierunku hotelu. Szedłem i przystawałem, rozmyślałem i zastanawiałem się, czy nie wrócić z powrotem do okrętu, lecz instynkt samozachowawczy silnie pchał mnie do przodu, do hotelu. Gdy byłem już przy nim i jeszcze raz się zatrzymałem, spostrzegłem idącego z pobliskiej bramy kolegę. Wracał od dziewczyny, a ja rzekłem, iż wracam z dworca, z dalekiej podróży. Może po miesiącu otrzymałem od jednego z dwójki marynarzy długi list do mnie. Mangüe Michel - bo jakże mógłbym nie wymienić z nazwiska i imienia tak wspaniałego człowieka - dawał mi do zrozumienia, iż widział mnie pod okrętem i że niepotrzebnie czegoś się obawiałem i zdryfowałem, bo wszystko byłoby dobrze i by się udało. Wysłałem mu tylko kartkę z podziękowaniami za otrzymaną korespondencję, ale na list nie odpisałem, bo nie bardzo miałem co napisać, a poza tym nie chciałem tą korespondencją ściągać na siebie uwagę służb bezpieczeństwa, bo przy okazji mogłoby się wydać, że byłem karany. Jeśli chodzi o dziewczynę, której imienia już obecnie nie pamiętam, to nigdy nie udało mi się spotkać nawet żadnej z nich, choć często ulicą Warszawską przy jej mieszkaniu przechodziłem. Nie mogłem też przypomnieć sobie dokładnie klatki schodowej, przy której ona mieszkała, gdyż wychodząc od niej w ów wieczór, nie zwróciłem na to uwagi. * Wracając wspomnieniami do mojej ówczesnej pracy, to w SOP-ie było wiele momentów wesołych, ciekawych i przyjemnych, ale też niektóre służby, jakkolwiek trudno powiedzieć, żeby były ciężkie, bywały nader uciążliwe. Działo się tak szczególnie na bramach, przez które przechodziło bardzo dużo ludzi, gdzie trzeba było ciągle stać na nogach i patrzeć na przepustki przechodzących osób. Nie najprzyjemniej przedstawiało się kontrolowanie teczek i bagaży, czego przynajmniej wyrywkowo należało dokonywać i przy czym niejednokrotnie dochodziło do ostrych dyskusji. Również noce były bardzo męczące. Nie wolno było usnąć, bo jeśli przyłapał na tym dowódca, to nagana była pewna, a zdarzyło się raz i tak, że w czasie snu skradziono jednemu strażnikowi karabin. Jednakże przechodziło bramami wielu bardzo wesołych i miłych ludzi, z którymi przyjemnie było wymienić kilka słów w biegu, bo w zasadzie z przechodzącymi nie wolno było dużo rozmawiać poza tym, co konieczne i wynikało z obowiązków służbowych. Do nauki francuskiego w czasie pracy niewiele było okazji. Mogłem do ręki wziąć książkę albo mój notes z nowo poznanymi słowami, do nauczenia się na pamięć, właściwie tylko późno wieczorem lub w nocy, kiedy mało kto bramą przechodził. Było też można to uczynić na jednym posterunku, przez który przejścia dla pieszych nie było i gdzie tylko przejeżdżały wagony. Jak pociąg nie jechał lub wagonów nie przetaczano, wówczas można było spojrzeć do książki i coś przeczytać. W bardziej uciążliwych chwilach, szczególnie w nocy, gdy spać mocno się chciało, lub w dzień, stojąc na deszczu i chłodzie, kiedy nastrój był minorowy, widziałem jedyną szansę ulżenia swojej doli i polepszenia w życiu właśnie przez naukę języków i ukończenie jakiejś szkoły. Pocieszałem się, że jak nauczę się francuskiego i angielskiego oraz zrobię maturę i może jeszcze zdobędę dyplom studiów wyższych, to ułożę sobie ciekawsze życie. Znajdę wtedy lepszą pracę, gdzieś w biurze, z większą pensją - gdzie będę miał możliwości wyjazdu za granicę, przy których to podróżach nie tylko będę poznawał świat, ale i dodatkowo na delegacjach sporo zarabiał. Bardzo dużo obiecywałem sobie po tej nauce. Chciałem wreszcie zmienić moje dotychczasowe życie z dnia na dzień, bez większych perspektyw, nadziei i dokonań, i rozpocząć nową, bardziej interesującą egzystencję. * W czasie poszukiwań szkoły, w której mógłbym dokończyć średnie wykształcenie i uzyskać maturę, najbardziej zainteresowało mnie Technikum Ekonomiczne dla Pracujących, Wydział Handlu Zagranicznego w Gdyni. Otwierano je akurat w 1958 roku i przyjmowano do niego osoby, które miały ukończone dwie klasy szkoły średniej, jakie to świadectwo ja właśnie posiadałem. Nauka w technikum miała trwać trzy lata, od klasy trzeciej do piątej, po ukończeniu której oczekiwały nas egzaminy maturalne. Ze względu na dużą liczbę kandydatów utworzono dwie klasy trzecie. Po przyjęciu, ja znalazłem się w grupie "A". Wszyscy uczniowie zawodowo pracowali i w większości byli zatrudnieni w różnych przedsiębiorstwach oraz instytucjach morskich i handlowych. Byli to ludzie, którzy wcześniej z jakiegoś powodu przerwali naukę i nie ukończyli szkoły średniej. Wiek ich wahał się od dwudziestu do pięćdziesięciu lat, przy czym ci starsi zwykle lepiej uczyli się od młodszych uczniów w klasie. Nauka odbywała się cztery razy w tygodniu. Rozpoczynała się kwadrans po piętnastej i trwała przeciętnie sześć godzin lekcyjnych. Jeżeli w czasie zajęć szkolnych przypadała mi służba, to - podobnie jak wielu innych pracujących na zmiany lub dłużej niż do godziny trzeciej - byłem na ten czas z pracy zwalniany. Poziom nauczania był, wydaje mi się, wysoki i trzeba było dobrze się natrudzić, żeby przejść do następnej klasy, a wielu uczniów nie dotrwało nawet do końca pierwszego roku nauczania. Mając za sobą stosunkowo niewielką przerwę w nauce, a teraz będąc przyzwyczajonym do wysiłków uczenia się, studiując język francuski, nie miałem większych kłopotów w technikum i kilka razy otrzymałem nawet nagrodę za dobre lub bardzo dobre wyniki w nauce. Profesorów mieliśmy wspaniałych, a wszyscy uczący się utworzyli wkrótce bardzo zgrany zespół, i w ten oto sposób czas w klasie upływał miło i przyjemnie, a lata nauki szybko mijały. * Z nauką języka francuskiego nie szło mi tak łatwo jak ze szkołą. Przede wszystkim okazało się, że przynajmniej uczenie się pierwszego obcego języka, w dodatku tak bogatego w słownictwo, idiomy, gramatykę i ortografię jak język francuski, jest rzeczą niezwykle trudną. Jest to bardzo duża ilość materiału do opanowania, choć podobno są tacy, którzy potrafią dobrze i względnie szybko go przyswoić. Ktoś, kto znał świetnie kilka języków, ostrzegł mnie, iż jest rzeczą niezmiernie ważną, aby od samego początku uczyć się wszystkiego dokładnie, bo potem niełatwo będzie wyzbyć się błędów i różnych niepoprawnych nawyków. Mówił też, iż nie należy poprzestawać tylko na częściowym poznaniu języka, gdyż nie opanowany, jest później z trudem i mało używany, a następnie szybko zapominany. Przestroga ta mocno mnie zmobilizowała i od samego początku poważnie i skrupulatnie podszedłem do nauki. Gdy podjąłem pracę w SOP-ie i zamieszkałem w hotelu, udało mi się w jednej z księgarń w Gdyni kupić dwa podręczniki do nauki języka francuskiego - jeden dla początkujących, drugi dla zaawansowanych - które dość dokładnie i w szybkim tempie, bo w ciągu mniej niż roku przerobiłem. Dodatkowo kupiłem jeszcze gramatykę i ortografię tego języka, które to pomoce również w tym okresie przestudiowałem. Ucząc się z książek, często konsultowałem się z moimi kolegami znającymi język francuski, pracującymi w straży. Od nich też uczyłem się wymowy i z nimi praktykowałem konwersację. Nierzadko spotykałem na bramach francuskich marynarzy lub innych obcokrajowców znających ten język i z nimi rozmawiałem. Czasami z niektórymi z nich umawiałem się na spacer po mieście, kiedy to pokazywałem im Gdynię, albo szliśmy do kawiarni na kawę, gdzie dyskutowaliśmy na różne ciekawe tematy. Od chwili zamieszkania w hotelu zainstalowałem w nim moje radio, które kupiłem, pracując jeszcze w Gniewinie, i codziennie, gdy kolegi nie było w pokoju, słuchałem audycji po francusku, żeby się z tym językiem osłuchać. Jednak największą pomoc praktyczną i teoretyczną uzyskiwałem od pani Kraszewskiej, u której prawie przez rok pobierałem lekcje języka francuskiego. Pani Kraszewska mieszkała wraz ze swoją około trzydziestoletnią córką w Sopocie przy ulicy Bohaterów Monte Cassino. Przynajmniej w chwilach, kiedy u nich bywałem, mówiły między sobą tylko po francusku, co być może czyniły dlatego, aby przy okazji dać mi lekcję rozmowy w tym języku. Po przerobieniu wspomnianych podręczników, jak też po częstych już próbach czytania gazet francuskich w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki w Sopocie postanowiłem zabrać się do czytania książek w studiowanym języku. Skoro miałem już coś czytać, to oczywiście wybrałem sobie "Nędzników" - słynnych "Les Miserables". Miałem dużo szczęścia, bo akurat w sopockim klubie była ta powieść, więc ją zaraz nabyłem. Jednakże była to książka bardzo trudna, jak na moje przygotowanie, i na początek należało raczej wziąć coś lżejszego do ręki. O tym wszak wtedy nie pomyślałem, a jako że książkę kupiłem, zatem przystąpiłem do jej czytania. Zapisałem nawet datę, kiedy rozpocząłem ją czytać, a było to 17 marca 1958 roku. Niestety, lektura szła mi bardzo opornie. Pierwsze trzy strony studiowałem chyba ze dwa tygodnie, wertując do pomocy różne słowniki i podręczniki do nauki języka francuskiego, i choć już dawno zdążyłem nauczyć się tych stronic na pamięć, to jeszcze nie byłem pewny, czy dobrze zrozumiałem to, co przeczytałem. Musiałem więc pójść dodatkowo na jedną lekcję do pani Kraszewskiej, mimo że naukę u niej zakończyłem, aby sprawdziła, czy ten cały tekst dobrze pojąłem. Wszelako okazało się, że wszystko jak należy zrozumiałem, wobec czego wziąłem się do dalszego czytania książki, wypisując nowo poznane słówka oraz zwroty do notatnika, których następnie, siedząc na przykład wieczorem na posterunku, uczyłem się na pamięć. Później udało mi się kupić polski przekład "Nędzników" i lektura szła mi szybciej, bo gdy czegoś nawet przy największym trudzie nie mogłem sam zrozumieć, wtedy zaglądałem do przekładu. Książkę tę czytałem niejednokrotnie po kilkanaście godzin dziennie. Poświęciłem na nią dwa urlopy i w sumie ponad dwa tysiące godzin. Ukończyłem ją czytać 17 lipca 1959 roku. Być może w powziętym zamiarze dotrwałem do końca tylko dzięki jej niezwykle pięknej i interesującej treści. Jak później przystąpiłem do następnej, lżejszej lektury, mogłem już obyć się bez słownika i innych pomocy naukowych. Po "Nędznikach" przeczytałem dużo powieści po francusku, a także regularnie przeglądałem prasę i słuchałem radia w tym języku. * Gdy uznałem, iż język francuski wystarczająco już opanowałem, zabrałem się w sierpniu 1959 roku do nauki angielskiego. Języka tego uczyłem się już od roku w technikum ekonomicznym, ale teraz o wiele solidniej wziąłem się do jego studiowania, to jest w tempie nieporównywalnie większym niż czyniliśmy to w szkole. W klasie uczyliśmy się go tylko przez dwie czterdziestopięciominutowe godziny lekcyjne w tygodniu, wyłączając wakacje, ferie i różne dni wolne od nauki, natomiast obecnie studiowałem angielski co najmniej trzydzieści pełnych godzin tygodniowo, bez żadnych przerw i z zupełnie innego rodzaju zaangażowaniem. Do nauki kupiłem czterotomowy podręcznik pod tytułem: "Essential English for Foreign Students", opracowany w języku angielskim przez C.E. Eckersleya. Nabyłem go wraz z kompletem płyt długogrających do pierwszego tomu, zawierającego trzydzieści dwie obszerne i podobnie jak w pozostałych tomach świetnie pomyślane, z dużą ilością różnych ćwiczeń lekcje. Przy pomocy płyt uczyłem się wymowy głosek, wyrazów, akcentu i intonacji zdań, a następnie wsłuchiwałem się w różne ćwiczenia i długie teksty lekcyjnych czytanek nagranych na dalszych płytach. Do uczenia się prawidłowego odczytywania i wymowy wyrazów kupiłem "English Pronouncing Dictionary", Daniela Jonesa, który służył mi w tym zakresie wielką pomocą. W słowniku tym, podobnie jak w słowniku angielsko-polskim i polsko-angielskim, zrobiłem podwójne skorowidze, tak że każdy wyraz mogłem odszukać już po dwóch albo tylko jednym przełożeniu kartek, co zaoszczędzało mi wiele czasu. Wszystkie cztery tomy podręcznika zdołałem przerobić do czerwca 1960 roku, kiedy to mogłem już dość swobodnie rozmawiać po angielsku na proste, codzienne tematy. Konwersację ćwiczyłem przeważnie na bramach z marynarzami i innymi cudzoziemcami znającymi język angielski, których było dużo więcej niż mówiących po francusku. * Pewnego czerwcowego dnia 1960 roku, gdy rozmawiałem na posterunku z angielskim marynarzem, przechodzący bramą wachtman z Port-Service'u, którego z widzenia od dawna znałem, słysząc tę rozmowę, spytał mnie później, dlaczego pracuję w straży, władając tak dobrze językiem angielskim. Jak dowiedział się, iż mówię także po francusku, doradził mi, abym podjął pracę w Port-Servisie jako wachtman, gdzie co najmniej dwukrotnie więcej będę zarabiał, ponadto będę miał na obcych statkach ciągły kontakt z marynarzami, a przez to możliwość ćwiczenia i pogłębiania znajomości obu języków. Praca ta polegała bowiem na przebywaniu na statku, ogólnej kontroli i nadzorze osób wchodzących na statek oraz pełnieniu roli tłumacza i łącznika między załogą obcego statku a zatrudnionymi na pokładzie pracownikami portowymi. Wachtman służył też różnego rodzaju pomocą kapitanowi, oficerom i marynarzom przy przeładunku towarów, w załatwianiu rozmaitych spraw w porcie, a niekiedy również w mieście. Zamierzałem zwolnić się z SOP-u po ukończeniu szkoły średniej i uzyskaniu matury, kiedy to miałbym szanse zostać przyjęty do jakiejś ciekawszej pracy w którymś z przedsiębiorstw lub instytucji morskich. Wszelako w sytuacji, gdy znając języki, mogłem zostać wachtmanem z wykształceniem takim, jakie posiadałem, postanowiłem ten rok pozostający do ukończenia technikum przepracować w Port-Servisie w Gdyni. Na drugi dzień przyszedłem do kierownika tego przedsiębiorstwa, które mieściło się wówczas przy ulicy Polskiej, obok IV Oddziału Urzędu Celnego w Gdyni, i powołując się na wachtmana, który mnie do przybycia zachęcił, przeprowadziłem bardzo obiecującą rozmowę. Kierownik powiedział mi, iż w związku z poszerzaniem działalności przedsiębiorstwa, Port-Service będzie przyjmował nowych pracowników we wrześniu, wobec czego polecił mi zgłosić się w owym miesiącu, zaznaczając jednocześnie, że warunkiem przyjęcia do pracy będzie dobra znajomość języka angielskiego oraz innych obcych języków. Moje oświadczenie, iż znam francuski i angielski, przynajmniej na tyle, ile to będzie w pracy potrzebne, zapewniało według niego całkowitą szansę przyjęcia mnie na wachtmana. Aby na ewentualnym sprawdzeniu znajomości języków wypaść jak najlepiej, postanowiłem przyśpieszyć jeszcze naukę angielskiego i przestudiować do września podręcznik "La Pratique de l'Anglais" wraz z kompletem dwudziestu płyt, który kupiłem w niedawno otwartym Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki w Gdyni. Był to bardzo dobry i ciekawy podręcznik, wydany we Francji i opracowany w języku francuskim. Nauka miała się odbywać metodą "assimil", to znaczy bez zbytniego uczenia się wszystkiego na pamięć, tylko drogą naturalnego przyswajania sobie słów, gramatyki i całego materiału, co winno było następować poprzez dobre zrozumienie, wielokrotne czytanie z podręcznika i przesłuchiwanie z płyt tekstów lekcyjnych. Płyty były nagrane przez najlepszych spikerów angielskich i amerykańskich - tych drugich dlatego, aby zapoznać uczących się z intonacją mowy oraz zwrotami amerykańskimi. * Ponieważ trudno byłoby przestudiować podręcznik w dwa miesiące, chodząc jeszcze do pracy, postanowiłem w lipcu wziąć urlop, a bezpośrednio po nim zwolnić się ze straży. Po załatwieniu związanych z tym formalności zabrałem z hotelu swoje rzeczy, radio, adapter, ów podręcznik do nauki angielskiego wraz z płytami i wyjechałem do wuja w Lisewie. Z hotelu nie wymeldowałem się, aby nie stracić zameldowania w Gdyni. Jak zawsze, zostałem bardzo mile przez wuja przyjęty. Niezwykle cieszyło go i bawiło moje słuchanie przez około osiem godzin dziennie angielskich rozmów z płyt, a także audycji z radia, oraz mówienie i czytanie na głos w tym języku. Do końca sierpnia pieczołowicie przerobiłem wszystkie czterdzieści lekcji oraz różne dodatkowe ćwiczenia z podręcznika i bardzo zadowolony z tego, przyjechałem pierwszego września do Gdyni i od razu udałem się do Port-Service'u. Tu okazało się, iż dokonano już naboru nowych pracowników w sierpniu i kierownik nie może mnie przyjąć do pracy, tylko każe mi zgłosić się na początku października, bo - jak powiedział - może ktoś do tego czasu się zwolni lub będzie potrzeba więcej wachtmanów. Z początkiem września wynająłem sobie pokój w Gdyni na Grabówku i przez cały miesiąc, w czasie wolnym od nauki szkolnej, powtarzałem i ćwiczyłem przerobiony materiał oraz dużo czytałem w obu językach, szczególnie lżejszą lekturę angielską. Gdy w październiku przyszedłem do Port-Service'u - nic się nie zmieniło. Kierownik nie powiedział niczego pocieszającego, tylko polecił mi zgłosić się za następne dwa tygodnie, po którym to okresie sytuacja powtórzyła się. Zacząłem rozglądać się za znalezieniem innej pracy. Niestety, we wszystkich przedsiębiorstwach morskich, na które miałem ochotę, pytano o świadectwo szkoły średniej lub nie potrzebowano nowych pracowników. W okresie tym wpadłem w duże tarapaty finansowe i zaznałem niemałej biedy, bowiem nie byłem przygotowany na przeżywanie tak długiego czasu bez pracy. Chodząc po mieście, spotkałem komendanta SOP-u, który po krótkiej rozmowie spytał mnie, gdzie podjąłem pracę. Gdy dowiedział się o mojej sytuacji i o tym, że nie chcę już wracać do straży, zaproponował mi pracę w milicji mówiąc, iż może mi to z miejsca załatwić. Dodał, że z moją znajomością języków obcych bardzo bym się przydał w MO, w tym portowym mieście, i że po niedługim czasie mógłbym otrzymać jakąś ciekawą funkcję. Jednakże ta propozycja mi nie odpowiadała. Spotkałem również wachtmana, który mnie do pracy w Port-Servisie zachęcił, i opowiedziałem mu moją historię. Dał mi do zrozumienia, że to chyba dlatego tak się stało, iż teraz nikt z pensji nie wyżyje, trochę się na statkach handluje, a straż portowa zwalcza przemyt, więc może niektórzy pracownicy mnie się obawiali. * W połowie listopada otrzymałem pracę w gdyńskiej hurtowni Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Hurtu Spożywczego w Gdańsku na stanowisku spedytora kolejowego, z pensją nawet trochę wyższą niż w straży. Praca ta polegała na załatwianiu różnych formalności związanych z przyjmowaniem do hurtowni wagonów z towarami, organizowaniu ich wyładunku i zwrotnym przekazywaniu pustych wagonów kolei. Praca ciekawa, żałowałem tylko, że nie mam w niej szansy wykorzystania mojej znajomości języków obcych, ale te siedem miesięcy pozostające do ukończenia technikum ekonomicznego mogłem z powodzeniem w WPHS przepracować. Potem miałem przecież możliwość znalezienia sobie innej pracy, gdyby ta mi nie odpowiadała. Wreszcie po kilku miesiącach gorączkowego poszukiwania zatrudnienia nadszedł okres względnie unormowanego życia i spokoju. Po pracy chodziłem do szkoły, a w dzień wolny od nauki miałem sporo wolnego czasu dla siebie, bo języków obcych już nie studiowałem, tylko czytałem zagraniczną prasę, niekiedy jakąś książkę lub słuchałem radia. Zacząłem natomiast częściej chodzić do kina i teatru. Bardzo żałowałem, gdy akurat spłonęła gdyńska "Stodoła" - teatr, który z takim trudem został niedawno odbudowany - ale było jeszcze wiele innych teatrów w Trójmieście. Odwiedzałem też kina w Gdyni, Sopocie i w Gdańsku. Filmy podobały mi się różne, a najbardziej przypadł mi w tym czasie do gustu film "Czerwone i czarne" z Gérardem Philipe'em w roli głównej. Po obejrzeniu go wkrótce przeczytałem w oryginale powieść Stendhala o tym samym tytule, na podstawie której film został zrealizowany. W drugiej połowie grudnia kierownik transportu, który był moim bezpośrednim przełożonym, z nie ukrywanym zaskoczeniem wyznał mi, że wzywał go dyrektor hurtowni i pytał, jak ja się w pracy sprawuję. Mówił, iż odpowiedział mu, że nie ma do mojej pracy żadnych zastrzeżeń. Czasami tylko - nadmienił dyrektorowi - gdy idę do szkoły, a po południu przychodzą wagony i z jakichś powodów należy je jeszcze tego samego dnia rozładować, co zdarza się jednak rzadko, on sam musi wtedy dopilnować ich wyładunku. Wszakże w ten sposób zapisywał sobie dobrze przecież płatne nadgodziny, a poza tym już tylko kilka miesięcy pozostało mi do ukończenia szkoły. 31 grudnia otrzymałem wypowiedzenie pracy ze skutkiem 15 stycznia 1961 roku. Jako że byłem jeszcze w trzymiesięcznym okresie próbnym, więc rozwiązano ze mną umowę o pracę w terminie dwutygodniowym, a nie trzymiesięcznym, jaki to czas obowiązywał w stosunku do pracowników etatowych. Ponieważ zwolnienie nastąpiło bez podania przyczyny, poszedłem do dyrektora w sprawie wyjaśnienia tego faktu. Dyrektor powiedział mi, iż otrzymałem wypowiedzenie z pracy dlatego, że czasami po południu przychodzą wagony z towarem, które jeszcze tego samego dnia należy rozładować, a ja niekiedy w tym czasie idę do szkoły i kierownik transportu sam musi tego dopilnowywać. Gdy okazałem zrozumienie dla trudności, jakie powstają w takim przypadku, i podziękowałem za wyjaśnienia, dyrektor zatrzymał mnie chwilę i, ośmielony zapewne moim spokojnym zachowaniem, zadał mi jeszcze jedno pytanie: - Wie pan, to nie ma żadnego znaczenia w sprawie tego wypowiedzenia, ale pan był przecież karany. Czy może mi pan powiedzieć za co?Pewnie radca prawny już mu ogólnie wyjaśnił, co oznacza artykuł dwudziesty trzeci, ale być może z ciekawości nie wytrzymał i chciał się dowiedzieć jakichś dalszych szczegółów. Odpowiedziałem, że przebywałem rok w więzieniu za próbę przekroczenia granicy polsko-czechosłowackiej. - A, to nic... to nic... - bąknął dyrektor - ta sprawa w wypowiedzeniu nie ma żadnego znaczenia i podziękował mi za rozmowę, w której wydawało mi się jednak, iż dyrektor coś kręci i ukrywa.Nim to moje nagłe zwolnienie nie rozeszło się po hurtowni i póki nie musiałem ludziom niczego wyjaśniać, szczególnie w przypadku, gdyby wiadomość o mojej karalności wydostała się poza ramy dyrekcji i kadr, postanowiłem od razu dać swoje własne wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Zanim wyszedłem, poprosiłem dyrektora o wyrażenie na to zgody. Mój rozmówca najwyraźniej zaskoczony tym nagłym posunięciem, z dużym wszakże spokojem, zgodził się na moją propozycję. Po opuszczeniu gabinetu udałem się od razu do kadr, gdzie poprosiłem o kartkę papieru i napisałem od ręki podanie o natychmiastowe rozwiązanie umowy o pracę. Uczyniwszy to, wróciłem do mojego biura, skąd po przekazaniu dokumentów służbowych mojemu kierownikowi i załatwieniu pozostałych formalności oraz złożeniu wszystkim życzeń noworocznych udałem się jeszcze przed zakończeniem pracy do domu. Tak więc wyszło na jaw, iż zaświadczenie, że nie znajduję się w rejestrze skazanych, jakie nadeszło do SOP-u, zostało wydane tylko przez pomyłkę. * Z początkiem lutego 1961 roku udało mi się otrzymać pracę w Spółdzielni Inwalidów "Przodownik" w Sopocie, na stanowisku referenta administracyjno-gospodarczego. W kadrach orzeczono, iż z powodu braku kciuka na pewno uzyskam trzecią grupę inwalidzką, niezbędną do zatrudnienia w spółdzielni, którą, podjąwszy pracę, po niedługim czasie rzeczywiście otrzymałem. O moim skazaniu w życiorysie nie wspominałem. Było przecież - jak powiedziała kiedyś Lidia - dwie trzecie szansy, że nie zostanie to wykryte, jeśli tylko raz będą wysyłali zapytanie o karalność, a miałem nadzieję, iż w tej spółdzielni, na to stanowisko, więcej razy pytać nie będą. Otrzymałem wynagrodzenie w wysokości tysiąc dwieście złotych miesięcznie plus piętnaście procent premii zależnej od wykonania planu. Praca moja polegała głównie na wypisywaniu zleceń na wydanie z magazynu gospodarczego białych fartuchów, szufelek, wag, szczotek do zamiatania, wiader i dziesiątek innych artykułów kierownikom sklepów i różnych zakładów spółdzielni. "Przodownik" posiadał bowiem ponad sto pięćdziesiąt sklepów, kiosków i innych punktów sprzedaży oraz dwie masarnie, kilka kawiarni i restauracji. Pracy jednakże miałem niewiele. Obsługiwałem najczęściej tylko paru klientów dziennie, a zdarzało się, że i żaden interesant do biura nie przyszedł i poza wyprowadzaniem kartotek czas spędzałem na czytaniu gazet lub rozmowach z kierownikiem tego działu - krakowianinem, Janem Kozłowskim - z którym we dwójkę zajmowaliśmy jeden pokój. Gdy kierownik wyjeżdżał gdzieś w teren, wtedy w biurze siedziałem sam i obsługiwałem klientów, telefon oraz bieżące sprawy działu. Niekiedy mój szef wysyłał mnie do sklepu, kawiarni czy restauracji w celu załatwienia jakiejś sprawy. W biurze wydawałem także różne druki i artykuły piśmienne księgowym i innym pracownikom administracji, jakie to materiały z kierownikiem zakupywałem i umieszczałem w szafach stojących obok biurka, przy którym urzędowałem. Żałowałem, iż nie mam w spółdzielni żadnych kolegów, bo zatrudnieni w biurze pracownicy byli dużo starsi ode mnie. Wielu z nich było w wieku przedemerytalnym lub już emerytalnym, a dyskusje z nimi wydawały się zawsze te same i raczej mało mnie interesowały. Otrzymałem zgodę na półgodzinne wcześniejsze wychodzenie z pracy w dni, w które odbywała się nauka w szkole, żebym zdążył na czas kolejką dojechać z Sopotu do Gdyni. Do ukończenia technikum pozostawały już tylko trzy miesiące, bo w maju przystępowaliśmy do zdawania egzaminów maturalnych. Z początkiem kwietnia zacząłem już mocno przygotowywać się do nich, a jako że miesiąc był ciepły, często uczyłem się, przesiadując na ławkach sopockiego molo. Miesiąc ten dobrze pamiętam również i dlatego, że 12 kwietnia 1961 roku Gagarin, jako pierwszy człowiek, wyleciał w kosmos. Nader solidnie powtórzyłem cały przerobiony w szkole materiał i do batalii o maturę przystąpiłem w dobrym nastroju. Egzaminy pisemne odbyły się w auli Szkoły Morskiej w Gdyni, a ustne w kilku innych salach tej szkoły. Wszystkie egzaminy zdałem pomyślnie i w czerwcu otrzymałem świadectwo dojrzałości. Po tej wielkiej w życiu chwili udaliśmy się całą klasą na polanę w lesie za naszą szkołą, mieszczącą się przy ulicy nazwanej obecnie Morską, gdzie urządziliśmy skromną, ale bardzo wesołą i miłą uroczystość pożegnalną, którą będę zawsze pamiętał. Po ukończeniu Technikum Ekonomicznego, Wydział Handlu Zagranicznego w Gdyni, postanowiłem zrobić rok przerwy, a potem poczynić starania o przyjęcie mnie na studia zaoczne w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, na Wydziale Ekonomiki Transportu Morskiego. Mając do października następnego roku czas wolny od nauki w szkole, powziąłem myśl, aby wykorzystać ten okres na dalsze uczenie się języków obcych. Doszedłem do wniosku, iż zupełnie dobrze można kontynuować naukę dwóch lub więcej języków jednocześnie, przeto począłem uczyć się równolegle niemieckiego i hiszpańskiego. Kupiłem podręczniki i płyty do nauki obu języków i tym razem już zupełnie swobodnie, bez debiutanckiej tremy, posiadając dużą praktykę i umiejętność uczenia się języków obcych, wziąłem się z początkiem sierpnia do nauki najpierw niemieckiego, potem hiszpańskiego. Postawiłem sobie za cel, aby poznać je w miarę dobrze do chwili rozpoczęcia studiów na wyższej uczelni. Ponieważ znałem język angielski i francuski i miałem ukończone technikum handlu zagranicznego, zdecydowałem się na jesieni 1961 roku znaleźć sobie bardziej odpowiednią pracę. Wybrałem w tym celu jedno z przedsiębiorstw portowo-morskich w Gdyni, gdzie po złożeniu podania zostałem w połowie grudnia przyjęty na stanowisko, o które się ubiegałem. Zajęcie to właściwie trudno było nazwać jakimś stanowiskiem, ale wydawało mi się interesujące i prócz matury była przy nim bezwzględnie wymagana znajomość języków obcych, szczególnie angielskiego. Praca ta była związana z kierunkiem nauki w ukończonym przeze mnie technikum i zamierzonymi studiami w Sopocie. Była ona o wiele ciekawsza i bliższa moim zainteresowaniom niż praca w "Przodowniku". Przede wszystkim miałem w niej możliwość praktykowania i pogłębiania znajomości języków obcych oraz zarobku większego niż w spółdzielni. Gdy udałem się do działu, gdzie miałem podjąć wykonywanie swoich obowiązków, ku memu wielkiemu zaskoczeniu jego kierownik oznajmił mi, że nie potrzebuje już ludzi na stanowisku, na które zostałem przyjęty, i skierował mnie do innej pracy w tym dziale, gdzie - jak się potem zorientowałem - mało kto chciał pracować. Zauważyłem też, że przy zajęciu, do jakiego przeznaczył mnie kierownik, znajomość języków obcych nie jest w zasadzie potrzebna i w większości zatrudnieni tam ludzie ich nie znali. Siedząc w tym pokoju do końca pracy, nawiązałem rozmowę z jednym z pracowników tej sekcji. Mówił on jednak bardzo dobrze po angielsku, bo chyba po wojnie przez wiele lat mieszkał w Anglii. Dowiedziałem się od niego, że on również nie może otrzymać stanowiska, o które ja się ubiegałem, a to z powodu braku różnych preferencji politycznych, jak i osobistych układów z kierownikiem. Powiedział mi jeszcze, że kto do tej sekcji, w której obaj znaleźliśmy się, raz już wpadnie, nieszybko się z niej wydostaje, chyba że zwolni się z pracy. Wszelako spostrzegłem, iż tam, gdzie miałem pracować i gdzie znajomość języków obcych jest nieodzowna, pracuje wielu ludzi nie znających języków obcych lub posługujących się nimi w zakresie, który trudno nawet uznać za słaby. Słowem - jak powiedział poznany pracownik - typowy obraz ówczesnej polityki i gospodarki, widzianej nie w głoszonych propagandowych i utopijnych teoriach, lecz w praktyce. Trochę poobserwowałem tego kierownika, który mnie tak bardzo zadziwił i stał się głównym sprawcą mojego zawodu. Ledwie mówił tym swoim angielskim, gdy przychodzili do biura różni cudzoziemcy. Kiedy gości nie było, biegał po wszystkich pokojach, coś wykrzykując, lub zamykał się w swoim gabinecie z niektórymi, widocznie bardziej zaufanymi sobie pracownikami. Jedynie po smugach dymu papierosowego, wydobywającego się przez szpary drzwi, i znanym brzęku szklanych naczyń mogłem sądzić, co on tam robi. Mimo woli cisnęło się na myśl pytanie, co dobrego może dać taki kierownik temu przedsiębiorstwu, tym ludziom, temu światu i sobie. Widząc ten bałagan, panującą tam atmosferę, tego pod koniec pracy mocno już pijanego kierownika i szansę pozostania przy tym nie zamierzonym zajęciu nie wiadomo jak długo, zadzwoniłem jeszcze tego samego dnia do "Przodownika" i póki sprawa się nie przedawniła, wyraziłem chęć powrotu na moje miejsce, na co uzyskałem natychmiastową zgodę mojego szefa w spółdzielni. Na drugi dzień rano poszedłem do kadr zakładu pracy, do którego poprzedniego dnia mnie przyjęto. Powiedziałem, że nie zostałem przez kierownika działu zatrudniony na stanowisko, na które mnie zaangażowano, wycofałem wszystkie moje dokumenty, poprosiłem, aby potraktowano moje przyjęcie jako niebyłe, pożegnałem się i wróciłem do "Przodownika". Przed wyjściem kadrowa usiłowała jeszcze telefonicznie interweniować u kierownika, aby ten przyjął mnie na zaangażowane miejsce pracy, jednakże bezskutecznie. Wszelako było ewidentne, że skoro kadrowa przyjęła mnie na to stanowisko, to dobrze wiedziała, iż potrzebni tam są jeszcze nowi pracownicy. Uważałem, iż nie ma sensu pozostawać w owej sekcji, nie tak wiele różniącej się pracą od tej w spółdzielni, i postanowiłem do "Przodownika" wrócić, czyniąc to z kilku jeszcze innych niż wyżej opisanych powodów. Otóż znalazłem właśnie w Sopocie piękny, wygodny i względnie tani pokój sublokatorski, do którego po Nowym Roku miałem się przenieść i skąd do pracy w spółdzielni w Sopocie było nieporównywalnie bliżej niż do tamtego przedsiębiorstwa w Gdyni. Następnie, studia, które miałem podjąć w Sopocie, były wprawdzie zaoczne, ale jak mi już było wiadomo, należało uczęszczać na różne popołudniowe ćwiczenia i wykłady, nie mówiąc już o tym, iż trzeba było przychodzić na zaliczenia i egzaminy, a z "Przodownika" na uczelnię było chyba nie więcej niż trzysta metrów drogi. Ponadto, skoro nic w tym nowym zakładzie nie zyskiwałem, po co miałem ryzykować wykrycie w nim mojego skazania, po ujawnieniu którego mogłem przecież zostać zwolniony z pracy. Jak bym wtedy wrócił do "Przodownika" po jednym czy dwóch miesiącach przerwy. Stanowisko moje przecież by nie wakowało. Odnośnie karalności to najprawdopodobniej w spółdzielni nie została ona wykryta, bo bym się o tym zapewne dowiedział, ponieważ szef kadr często w naszym pokoju przesiadywał, nieraz rozmawialiśmy na różne tematy kadrowe i chyba powiedziałby o tym. Jednakże mogło być i tak, że mój kierownik - mający duże wpływy w spółdzielni - w wypadku powiadomienia go o ujawnieniu mojego skazania kazał wrzucić poświadczenie z rejestru do kosza, nawet mi o tym nie mówiąc, na co wszak miałem pewne dowody. * Jakkolwiek mój powrót do pracy w "Przodowniku" nie wywołał jakichś niemiłych dla mnie komentarzy czy dowcipów, to jednak to zetknięcie się moich celów i marzeń z ową rzeczywistością wywarło na mnie duże wrażenie i wpłynęło bardzo przygnębiająco. Począłem zastanawiać się, czy właściwie ma sens kontynuowanie nauki niemieckiego i hiszpańskiego, dopuszczając myśl, że języki obce mogą mi nie być tak bardzo potrzebne. Od tego też czasu praktycznie poniechałem dalszego ich uczenia się, będąc wszak nadal zdecydowany podjąć od następnego roku studia na WSE. W "Przodowniku" pracowało mi się dobrze, a przede wszystkim bardzo spokojnie - może nawet aż za spokojnie. Zaraz po Nowym Roku przeprowadziłem się na kwaterę w Sopocie, gdzie zamieszkałem w starej willi z pięknym widokiem na morze. Utrzymywana ona była przez starszą kobietę i mieszkało w niej jeszcze małżeństwo w wieku około czterdziestu lat z dorastającymi już dziećmi. Mimo niezłej pracy i dobrych warunków zamieszkania mało ciekawie wyglądało moje życie w tym czasie. Przede wszystkim moje współżycie z ludźmi nie układało się tak, jak powinno. Nie miałem żadnych kolegów zarówno w pracy, jak i poza nią. W biurze pracowali przeważnie starsi już wiekiem mężczyźni, a ci młodsi byli także o dobre dwadzieścia albo trzydzieści lat starsi ode mnie i utrzymywałem z nimi kontakty tylko w pracy. Poza biurem, w tym okresie, też nie miałem żadnych kolegów. Z tymi ze straży straciłem już kontakt. Wielu z nich znalazło sobie inną pracę i podobnie jak ja przeniosło się na prywatne kwatery, których adresów nie znałem. Tych mieszkających w hotelu w Gdyni nie mogłem odwiedzać, bo hotel znajdował się na terenie portu i żeby do niego dojść, trzeba było mieć przepustkę, no i trzeba było jeszcze pojechać z Sopotu do Gdyni. Przy różnych okazjach poznawałem nowych kolegów, jednak byli to przeważnie chłopcy nie najciekawsi, którzy uważali dążenie do wykształcenia za rzecz całkowicie zbędną i niepotrzebne tylko zawracanie sobie głowy. Większość z nich, niczym lokomotywa, kopciła bez przerwy papierosy, a gdy udawałem się z którymś do kawiarni, okazywali się tylko zwykłymi naciągaczami na piwo. Nie sądzę wszak dzisiaj, abym nie mógł utrzymywać dłuższych znajomości z żadnym z nich i chyba nie był słuszny mój pogląd i zwyczaj niezwłocznego zrywania nawiązującego się kontaktu, bo ktoś nie stroni od alkoholu, jest cwaniakiem albo nerwusem lub posiada inne ujemne cechy charakteru. Nie można dostrzegać tylko samych wad i uważać je za zupełnie uniemożliwiające utrzymywanie dobrych relacji z ludźmi. Nie znałem też żadnej dziewczyny. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach skończyły się moje spotkania z Lidią, ale chyba gdzieś wyjechała, bo potem już nigdy jej nie widziałem. Zarówno więc w "Przodowniku", jak i poza miejscem pracy popełniałem duży błąd we współżyciu z ludźmi, nie nawiązując z nimi bliższych więzi, bowiem właściwsze jest utrzymywanie kontaktów z ludźmi, choćby nie były one najlepsze, niż życie w izolacji i samotności. W okresie tym nie tylko w biurze niewiele co miałem do roboty, ale także po pracy niczym szczególnym się nie zajmowałem. Ogarnęło mnie jakieś zwątpienie, apatia i bunt przeciwko rzeczywistości, która mnie otaczała. Jednak muszę też powiedzieć, że prócz czytania książek, słuchania radia i pięknych melodii z płyt, chodzenia do kina albo do teatru lub do Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki w Sopocie, Gdyni czy w Gdańsku niewiele miałem zajęć. Żadnych posiłków, prócz herbaty i kanapek, w domu nie przygotowywałem. Stołowałem się w barach mlecznych lub stołówkach, gdyż w domu, w którym mieszkałem, nie miałem dostępu do kuchni. W zajmowanym pokoju niewiele co wolno było mi zmienić lub odnowić albo wykazać innej tego rodzaju inwencji czy inicjatywy, bo mieszkanie było nie moje. Nie miałem też roweru albo motoru, na którym mógłbym pojeździć lub przy nim coś robić. Moją trudną sytuację, powiedziałbym natury psychologiczno-fizycznej, pogarszały warunki materialne. Choć stosunkowo niewysokie płaciłem komorne, to jednak było ono bardzo uciążliwe. Do tego musiałem co miesiąc spłacać znacznie obciążające mój budżet raty, które zaciągnąłem na zakup ubrań i płaszcza. Gdybym wówczas chciał zwolnić się ze spółdzielni i próbował jeszcze raz poszukać bardziej interesującej i lepiej płatnej pracy, to z powodu tych rat i komornego nie mogłem odważyć się na to. Przecież, gdyby coś nie wyszło i w efekcie musiał pozostać dłuższy czas bez pracy, to wtedy nie wiem, co bym miał zrobić. Obraz tej rzeczywistości daleko odbiegał od niegdyś snutej wizji mojej przyszłości, jaka miała nastąpić po nauczeniu się języków i ukończeniu technikum. Z powodu nieosiągania założonych celów i niezaspokajania wielu ważnych potrzeb życiowych ogarniał mnie i gromadził się we mnie lęk, z którego istnienia nawet nie zdawałem sobie wtedy sprawy. Nie byłem jednak w stanie wyzbyć się moich marzeń i celów, nie mogłem pogodzić się z rzeczywistością, jaka mnie otaczała, i nie dążyłem też do uczynienia jej, w miarę moich ówczesnych możliwości, bardziej atrakcyjną. Nie próbowałem podjąć życia takiego, na jakie było mnie stać, jakie wtedy było możliwe, a które mogło przecież być bardzo interesujące, gdybym podjął bardziej bliskie i realne cele, nawiązał kontakty z ludźmi i zaczął realizować to, co w życiu jest najbardziej potrzebne. Innymi słowy, do sytuacji, w której się znalazłem, można było lepiej się dostosować, niż ja to czyniłem, i urządzić życie ciekawsze i bardziej odpowiadające moim potrzebom i możliwościom, niż ja to realizowałem. Wszelako niewiele w tym względzie czyniłem i dalej kontynuowałem to moje zawieszenie w próżni psychologicznej i fizycznej, czekając na jakąś odmianę losu, na jakiś przypadek, który zmieniłby moje życie na takie, o jakim wciąż jeszcze marzyłem. |