7. PRÓBA ZMIANY TRADYCYJNEGO MYŚLENIA
W końcu otworzyły się przede mną drzwi bramy wyjściowej i
wypuszczono mnie na wolność. Pogoda była nieszczególna, trochę padało, ale byłem
nią zachwycony. To wyjście samemu, bez kolumny więźniów i bez eskorty
strażników, było dla mnie czymś niezwykłym, wydawało się niczym wyjście z piekła
do raju. W tym uniesieniu zrezygnowałem z jazdy autobusem i udałem się na
dworzec kolejowy w Wesołej piechotą, przyglądając się z największym
zaciekawieniem i zadowoleniem światu, który na tak długi czas utraciłem.
Wieczorem mknąłem już pociągiem pośpiesznym do Wrocławia,
pozostawiając za sobą przeszłość i pędząc w nieznaną przyszłość, którą widziałem
wszak w pięknych barwach i interesujących perspektywach.
Po przesiadce we Wrocławiu dotarłem o świcie do Bolesławca,
skąd piechotą udałem się w drogę do brata. Pogoda była ładna, jak na tę porę
roku. Było dość ciepło, na horyzoncie ukazało się wschodzące słońce. Po drodze
mijałem grupki uczniów udających się rano do szkoły.
W domu spotkałem bratową i dzieci, Kazik był w pracy. Nie tak
dawno pisałem do nich z ośrodka, że być może niedługo ich odwiedzę, przeto
bratowa nie wydawała się bardzo zaskoczona moim przyjazdem. Widząc mnie w
drzwiach, serdecznie się uśmiechnęła i mile mnie przywitała mówiąc:
- Nareszcie znalazła się
nasza zguba! Długo na ciebie czekaliśmy. Po twoim zniknięciu wysłaliśmy do ojca
list z zapytaniem, czy nie pojechałeś do Kwidy, a gdy dowiedzieliśmy się, że i
tam ciebie nie ma, mocno zaniepokoiliśmy się. Pocieszaliśmy się jedynie, iż może
nic się złego z tobą nie stało, jako że na pozostawionej nam karteczce
napisałeś, iż wyjeżdżasz daleko, a więc coś tam sobie zaplanowałeś. Myśleliśmy,
że pewnie znalazłeś w którejś gazecie ogłoszenie oferujące pracę, jakiej
poszukiwałeś w Bolesławcu, i dlatego gdzieś dalej pojechałeś. A tu masz,
przyszedł ten list z więzienia... Chociaż ja o tej granicy czasami myślałam.
Dzieci mnie szybko poznały, ale były trochę speszone, jednak
kilka drobnych prezentów rychło je ośmieliło i przywróciło naszą dawną
przyjaźń.
Gdy Kazik wrócił z fabryki, na dworze było już ciemno. Kiedy
mnie w domu zobaczył, witając się powiedział, że po drodze nawet myślał, iż być
może tego dnia do nich przyjadę.
Wkrótce po przybyciu brata zasiedliśmy do smacznego i obfitego
obiadu, który gospodyni domu po moim przyjeździe zaczęła przygotowywać,
częstując mnie z rana herbatką i wspaniałymi kanapkami. Zasiadając do stołu
prosiła, żebym dobrze się najadł i wszystkiego skosztował, bo przecież dawno
takich domowych dań już nie jadłem. Przy tym obiedzie, połączonym od razu z
kolacją, długo i przyjemnie ze sobą rozmawialiśmy. Oni relacjonowali mi, jak im
ten rok upłynął, a ja opowiedziałem o ucieczce, więzieniu i ośrodku. Zwierzyłem
się z moich planów na przyszłość, powiadamiając o postanowieniu powrotu na Górny
Śląsk do pracy w kopalni, do wiosny, aby dorobić sobie trochę pieniędzy, a
następnie o zamiarze wyjazdu ze Śląska do domu i szukania szczęścia na
gospodarce.
Bratowa zaproponowała mi, abym nie jechał do pracy w kopalni,
tylko przez te kilka miesięcy pozostał u nich i znalazł sobie jakąś robotę w
Bolesławcu, dodając, że teraz autobusy z rana częściej do miasta kursują i nie
ma problemów z dojazdem do pracy. Ale miałem już swoje plany i ta propozycja nie
bardzo mi odpowiadała. Podtrzymałem więc decyzję wyjazdu na Górny Śląsk, dokąd
postanowiłem wyjechać po dwóch dniach, czyli w niedzielę wieczorem.
Następnego dnia, w sobotę, poszedłem do Bolesławca, gdzie
kupiłem dużą walizkę na moje rzeczy, które od roku leżały u brata, po czym idąc
do autobusu, wstąpiłem po moje zdjęcia do fotografa. Miałem zamiar go spytać,
czy ktoś o te zdjęcia się dowiadywał, ale gdy w pracowni zobaczyłem tylko młodą,
nie znaną mi dziewczynę, zrezygnowałem z tego pytania. Kiedy powiedziałem jej
moje nazwisko, nie prosiła już o pokwitowanie, tylko rzekła coś w rodzaju: - A, to te zdjęcia, które tu tak długo leżą - i wręczyła mi moje fotografie.
- Wydaje mi się, że pani
jednak tu tak bardzo długo nie pracuje? - zadałem jej trochę sondażowe pytanie.
- O, już ponad pół roku
- rezolutnie
odpowiedziała młoda pracownica.
Chciałem popisać się przed nią humorem i powiedzieć, iż miałem
po zdjęcia przyjść w sobotę, więc w sobotę przyszedłem, ale zrezygnowałem z tego
dowcipu, bo przecież nie wiedziałaby, o co chodzi, a nieco zawile byłoby to jej
tłumaczyć. Byłem też onieśmielony jej niezwykłą urodą oraz miłym zachowaniem i
obawiałem się, żeby nie powiedzieć czegoś nieudanego. Dziewczyna była bardzo
interesująca i nawet żałowałem, że nie przystałem na propozycję bratowej, aby tu
w Bolesławcu znaleźć jakąś pracę.
W niedzielę wieczorem zapakowałem do walizki moje książki,
zeszyty oraz rzeczy osobiste, które były już od dawna przez bratową wyprane,
wyprasowane i starannie ułożone w szafie, a kiedy zbliżyła się pora odjazdu
autobusu na dworzec, pożegnałem się ze wszystkimi w domu i wyruszyłem w podróż
do Katowic.
*
Do Katowic, przemianowanych w owych latach na Stalinogród,
przyjechałem wcześnie rano. Jadąc zastanawiałem się, w której kopalni najlepiej
byłoby podjąć pracę, i kiedy byłem już bliski pójścia do pierwszej lepszej ze
znanych mi kopalni, przypomniał mi się Klimera, górnik w cywilu z "Wesołej II".
Opowiadał mi kiedyś, że jego brat pracuje w kopalni "Pokój" w Nowym Bytomiu i że
bardzo ją sobie chwali.
Pojechałem więc do Nowego Bytomia i zgłosiłem się do działu
kadr tej kopalni, gdzie bez trudu, na podstawie "Świadectwa zwolnienia więźnia
karnego" i nieaktualnej już legitymacji szkolnej przyjęto mnie do pracy na
stanowisku ładowacza. Dano mi skierowanie do robotniczego hotelu, wypisano
tymczasową przepustkę na wstęp do kopalni i kazano zgłosić się do roboty
następnego dnia na ranną zmianę.
Idąc do hotelu, kupiłem po drodze budzik, żeby nie spóźnić się
rano do pracy. Gdy znalazłem się już w owym budynku, otrzymałem zakwaterowanie w
czteroosobowym pokoju, gdzie dokooptowano mnie do trzech chłopaków, którzy też w
tym tygodniu chodzili na ranną szychtę. Zegar do budzenia okazał się zbyteczny,
bo gdy wrócili oni z pracy, powiedzieli mi, że rano do roboty budzi zawsze
portier. Wszelako był on jedynym dużym zegarem w naszym pokoju i spełniał w nim
bardzo użyteczną rolę.
Gdy rano zjechałem do kopalni, zgłosiłem się do sztygara, który
jednak nie skierował mnie na przodek do ładowania węgla ze ściany, tylko polecił
mi przenosić chodnikiem stemple na odległość kilkuset metrów. Był to akurat
bardzo niski odcinek chodnika, chyba niewiele ponad metr wysokości. Być może
sztygar przeznaczył mnie do noszenia stempli w tym miejscu dlatego, że byłem nie
najwyższego wzrostu (172 cm) i uważał, że będzie łatwiej mi to czynić niż
górnikom wyższym ode mnie, choć kilku roślejszych młodzieńców też było
zatrudnionych przy tym zajęciu.
Stemple, czyli drewniane słupy, były wyjątkowo długie, chyba ze
cztery metry długości, i dzisiaj nie wiem, czy na przodku, dokąd je
przeznaczono, była bardzo wysoka ściana, do której kłody te ewentualnie w miarę
potrzeby przycinano, czy też słupy te przepiłowywano na dwa stemple, a noszono w
takiej długości, żeby były ekonomiczniejsze w transportowaniu.
Z werwą zabrałem się do roboty, jednakże była to ciężka
harówka, a przede wszystkim bardzo niewygodna. Ciągnąc chwytałem kopalniaka pod
rękę albo kładłem go na barku i posuwałem się na kolanach, mocno jeszcze się
nachylając. W niektórych miejscach wręcz czołgałem się, trzymając stempel na
grzbiecie.
Po około tygodniu sztygar przeniósł mnie do rabunku, czyli do
grupy odzyskującej żelazne, łukowatego kształtu stemple lub inne elementy
obudowy ze starych chodników i wyrobisk. Ekipa ta wydostawała również spod
zawalisk zasypane maszyny, na przykład wrębiarki, oraz inne wyposażenie i
urządzenia górnicze. Nie była to praca tak ciężka jak transportowanie owych
słupów, ale bardzo niebezpieczna.
Po przepracowaniu kilku dni przy tym zajęciu jeden pracujący ze
mną i mieszkający również w tym samym hotelu kolega zaczął namawiać mnie, abyśmy
przenieśli się do innej kopalni. Byłbym to zapewne uczynił, gdyby nie to, że
widząc raz sztygara w dobrym nastroju, zapytałem, czy nie może mnie zatrudnić
przy którejś taśmie na stanowisku guzikarza, mówiąc mu, iż na guziku pracowałem
już w innej kopalni i dobrze znam to zajęcie. Słysząc to, sztygar zmarszczył
trochę brwi i powiedział najpierw, że jeśli miałem w jakiejś kopalni taką fuchę,
to czemu z niej odszedłem i teraz tutaj przyszedłem mu głowę zawracać. Nie
czekając jednak na moją odpowiedź dodał zaraz, iż mam szczęście, bo akurat jeden
starszy guzikarz odchodzi z końcem roku na emeryturę i po odejściu będę mógł
zająć jego miejsce.
Hotel, w którym mieszkałem, był nowym, dużym budynkiem o
czteroosobowych pokojach, choć były też większe sale. Opłatę uiszczałem
niewysoką: sześćdziesiąt złotych miesięcznie. Na dole był sklep spożywczy, a na
pierwszym piętrze hotelu bufet i stołówka, w której można było wykupić dość tani
miesięczny abonament na obiady. Śniadania i kolacje spożywaliśmy w barach na
mieście lub jeśli ktoś chciał, mógł je sobie sam sporządzić w osobnej, wszystkim
lokatorom dostępnej kuchni, z której też chętnie korzystałem.
Po pracy często chodziłem do kina, szczególnie na filmy z
Marilyn Monroe lub Gérardem Philipe'em, ale jeszcze częściej grywałem z kolegami
w karty, i to na pieniądze.
W ogóle, w tym hotelu mieszkało bardzo karciane towarzystwo, bo
w karty grano chyba we wszystkich pokojach i grano we dnie, wieczorami i w nocy
- nierzadko do samego rana. Być może czyniono tak ze
względu na jesienno-zimową porę, kiedy wieczory są długie, a telewizji jeszcze
nie było i nie bardzo było wiadomo, co z czasem począć.
Choć ja także byłem namiętnym graczem w karty, to szybko
spostrzegłem, że tej zabawy jest już za wiele, bo niejednokrotnie szedłem
niewyspany do pracy. Zatem, gdy szliśmy do roboty na ranną zmianę, a mimo to z
wieczora zasiadaliśmy do kart i grę przeciągano, próbowałem wyłamywać się z
nocnego grania. Jeśli jednak zabrakło jednego gracza do kompletu i nie można
było zaprosić kogoś z innej sali, bo przykładowo tam również grano, wówczas
koledzy wyciągali mnie z łóżka i musiałem grać z nimi do końca, czasami do rana.
Kiedy był komplet do gry beze mnie lub wyrwać się z łóżka nie dałem, to spać
również nie mogłem, bo karciarze, grając, tak hałasowali, że usnąć było
niemożliwością, tym bardziej iż w czasie gry paliło się w pokoju światło.
Począłem już zastanawiać się, czy nie wrócić do domu wcześniej,
nie przy końcu marca, lecz może już w lutym bo przecież żadnego motoru i tak
nie kupię, a trochę pieniędzy wszak do tego czasu zarobię gdy jeszcze przed
świętami otrzymałem list od ojca. Mimo moich tłumaczeń w wysłanej do domu
wiadomości pytał z pretensjami, czemu po wyjściu z ośrodka nie przyjechałem do
Kwidy, tylko zostałem na Śląsku, i prosił, abym jak najszybciej wracał do domu.
Byłem rad z tego listu i ogarnęła mnie wielka chęć, by święta
spędzić razem z rodziną w domu. Ponadto pomyślałem, że jeśli mam aktywnie
włączyć się do gospodarki, przekonać ojca do innego sposobu gospodarowania oraz
zdążyć coś na czas zaplanować i przygotować w uprawie na polu, to może byłoby za
długo pracować w kopalni do marca. Po otrzymaniu zaliczki postanowiłem więc
wyjechać do domu.
*
Przed wyjazdem kupiłem ładny ciepły płaszcz i zimową czapkę.
Nie chciałem w chwili przyjazdu do domu i do wsi wyglądać jak powracający z
więzienia nieszczęśliwiec, tylko zaskoczyć wszystkich i zaprezentować się jak
najlepiej. O kupnie motocykla już nawet nie myślałem, ale otrzymałem w liście
wiadomość, że od wiosny albo od lata ma zacząć z Kętrzyna do Giżycka kursować
autobus z przystankiem także w Kwidzie, więc motor już nie był bardzo potrzebny,
aby się dostać do miasta. Niemniej postanowiłem go sobie kupić, jak zarobię
trochę więcej grosza na wsi.
Zamierzałem po przyjeździe pociągiem do Kętrzyna wybrać się do
domu taksówką, lecz kiedy przyjechałem do tego miasta, spostrzegłem, że szosy są
bardzo oblodzone, zatem taksówki nie szukałem, tylko w drogę do Kwidy ruszyłem
piechotą. W Kętrzynie był akurat dzień targowy, mogłem więc liczyć na to, że
ktoś wracając z jarmarku, podwiezie mnie konnym wozem.
Jakoż nie myliłem się, bo jeszcze przed Karolewem poznał mnie
nasz sąsiad, Bolesław, i zaprosił do swojego zaprzęgu. Pan Bolesław zapewne
wszystko o mnie wiedział, ale spytał, skąd to ja po tak długiej nieobecności do
Kwidy wracam, nie omieszkając od razu zauważyć, że tak elegancko ubrany i z tak
wielką walizką. Odpowiedziałem, iż wracam z Górnego Śląska, gdzie pracowałem w
kopalni węgla kamiennego, na co sąsiad tylko potakując rzekł:
- Ano tak, ano tak. Ojciec
twój mi o tym kiedyś wspominał.
Widać było, że chciał jeszcze czegoś się dowiedzieć, lecz
powstrzymał się i o nic nie pytał. Pewnie pomyślał, że przecież któregoś dnia go
w domu odwiedzę, to wtedy sobie porozmawiamy. Skorzystałem z tej przerwy i ja
zapytałem:
- Co tam nowego teraz w
Kwidzie słychać?
- A, chyba już wiesz, że
ludzie we wsi można by tak powiedzieć zbuntowali się i sami rozwiązali
spółdzielnię. Nie wiadomo jednak, czy pozwolą długo tak gospodarzyć. Na pewno
łatwo nam tego nie przepuszczą i będą starali się nas znowu do spółdzielni
zapędzić.
Dość szybko przyjechaliśmy do Kwidy, a jazda była bardzo
przyjemna. Żegnając się pan Bolesław zaprosił mnie do siebie, najlepiej któregoś
wieczoru, jak będę miał wolny czas.
Do domu o moim rychłym przyjeździe nie pisałem, toteż wywołałem
nie lada zaskoczenie, gdy zjawiłem się w progu. Powiedziano mi, iż nie od razu
mnie rozpoznano. Wszyscy jednak bardzo ucieszyli się z mojego powrotu, zaraz
zauważając, że jestem ubrany jak dygnitarz i do tego z wielką walizką, której
wyjeżdżając z domu nie miałem. Jednakże ojca ze wszystkich moich nowo
zakupionych rzeczy i podarowanych domownikom prezentów najbardziej zachwycił
budzik. Nasz domowy był już zepsuty i właśnie niedawno spłatał wielkiego figla.
W nocy stanął, mimo że był nakręcony, i ojciec gdzieś tam na czas nie zdążył.
Chciał go nawet wyrzucić, ale jeszcze pożałował. Był stary, zdaje mi się
przedwojenny, i o części do niego było już trudno, tak że zegarmistrz nie chciał
nawet przyjąć go do naprawy. Więcej stał, niż chodził, a bez zegara - mówił ojciec - to jak bez ręki,
choć nauczono się już odgadywać porę dnia po pozycji słońca i po
przejeżdżających pociągach osobowych, których hałas dochodził do mieszkania.
Ojcu powiedziałem, że teraz, mając w domu prąd, kupię
"Pioniera" i będzie można budzik nastawić dokładnie według radia. Jak tylko
wspomniałem o elektryczności, macocha zaraz zaczęła żalić się, iż tak
niefortunnie, akurat nad jej łóżkiem, zainstalowano licznik poboru prądu, że
teraz spać w nocy nie może, bo licznik przez cały czas nad głową jej brzęczy. W
czasie jego zakładania nie wiedziała, iż będzie on tak dzwonił, a elektrycy o
tym nic nie mówili. Gdyby powiedzieli, że będzie hałasował, to by ich pogoniła
razem z tym licznikiem.
Dobrze trafiłem z moim przybyciem, bo obiad prawie był gotowy i
wkrótce macocha przystąpiła do podawania go do stołu. Krzątając się przy tym
zajęciu, bardzo żałowała, iż nie było mnie w domu w czasie wesela Reginy, które
było niezwykle udane i tyle było na nim wspaniałego jedzenia. Powiedziała
następnie, że Regina z Olkiem w kilka dni po ślubie zamieszkali w pegeerze za
Kętrzynem, gdzie podjęli pracę i jak na początek jakoś tam sobie radzą.
Przy obiedzie rozmawialiśmy o tym, co w domu i w Kwidzie od
czasu mojego wyjazdu się wydarzyło. Ja opowiedziałem dokładniej, niż to pisałem
w listach, o nieszczęsnym braku przeniesienia z Karolewa i jak to w tych czasach
dużo ludzi z kraju na Zachód uciekało. Nadmieniłem o tym w szczególności po to,
aby usprawiedliwić swoją ucieczkę, jednakże czyn mój nie znalazł u ojca
wielkiego uznania i nie został pochwalony.
Podczas obiadu Zbyszka, który uczęszczał już do siódmej klasy,
nie było w domu, bo był jeszcze w szkole w Pożarkach, lecz powinien już był
wrócić na obiad. - Ale jak to on - powiedziała macocha - może poszedł
po drodze nad jezioro popatrzeć, jak w przeręblach rybacy ryby na święta łowią.
Janka miała już siedemnaście lat, do szkoły średniej nie
poszła, gdyż powiedziała, że zostanie na gospodarce, bo nie ma to jak w domu na
roli.
Zbyszek niedługo do domu powrócił. Nad jeziorem nie był, tylko
gdzieś z góry z kolegami na zelówkach zjeżdżał. Serdecznie przywitaliśmy się.
Narzekał, że bardzo długo mnie nie było, a macocha dodała, iż biedak za mną
tęsknił, bo nie miał z kim w domu porozmawiać, gdyż Stach też zaraz po moim
odjeździe do wojska poszedł.
Święta Bożego Narodzenia upłynęły w bardzo miłej rodzinnej
atmosferze. Powiadomiona o moim powrocie, przybyła na nie z Kętrzyna Frania.
Bardzo cieszyła się z mojego przyjazdu. Wspomniała, jak nie mogła mnie rozpoznać
w kolumnie idących więźniów i jak niezwykle w owych więziennych drelichach
wyglądałem.
Z moim kolegą Zygmuntem także się po kilku dniach spotkałem.
Był już rymarzem i pracował w Kętrzynie, gdzie również wynajmował kwaterę, ale
często do Kwidy przyjeżdżał. Prócz rymarstwa zajmował się elektroniką. Potrafił
zreperować radio i niekiedy też widywałem go w domu przy tym zajęciu.
Niedługo odwiedziłem również sąsiada Bolesława i innych
mieszkańców wsi. Zauważyłem, że nikt moim pobytem w więzieniu aż tak bardzo się
nie interesuje, a przynajmniej mi tego nie okazywano. Wszyscy mieli swoje
własne, o wiele dla nich ważniejsze sprawy na głowie, a jeśli już coś o mojej
ucieczce mówiono, to w sposób wyrozumiały, kładąc to na karb młodości.
Pomyślałem, iż zapewne byłoby tak samo, gdybym wrócił z Otoku do Kwidy, przecież
tylko na jeden rok, po nieudanym przenoszeniu się z Karolewa do Chojnowa.
Niepotrzebnie więc obawiałem się jakichś szyderstw czy kpin i mogłem spokojnie
wracać do domu.
*
Ojciec niezbyt chętnie słuchał na temat innowacji w
gospodarstwie, o jakich zacząłem mu prawić. Potem jednak do dyskusji nawet dość
się zapalił i wyznał, że mu samemu przychodzą nieraz różne myśli do głowy, aby
swoją gospodarkę trochę zmienić i uczynić ją bardziej dochodową. Odrzucił
wszakże moją sugestię, żeby zasiać ze dwa lub trzy hektary rzepaku, przystając
najwyżej na jeden hektar, ale i to według niego było za dużo. Mówił, iż nie mamy
tyle pola, aby taki wielki areał przeznaczyć pod zasiew rzepaku, bo zabrakłoby
go wtedy pod inne niezbędne uprawy. Nadmienił natomiast, iż mając dużą zagrodę
przy jeziorze, która jest nie bardzo wykorzystana, można by kupić na wiosnę z
dziesięć lub nawet dwadzieścia cieląt do chowu do jesieni na bukaty i w niej je
hodować.
Zagroda ta rzeczywiście była niezbyt wykorzystywana, bo ze
względu na trudny do niej dostęp i potrzebę przeganiania zwierząt wąskimi
drogami, wśród obsianego zbożem pola, krowy rzadko tam zaganiano, a konie pasły
się tylko w niedziele i święta lub w inne dni, kiedy nie pracowały.
Zagroda bardzo dobrze nadawała się do chowu cieląt, gdyż prócz
tego, że był dostęp do wody, rosła w niej nadzwyczaj okazała trawa i koniczyna.
Były to wprawdzie nieużytki ogólne, ale jako że niedostępne do wspólnego wypasu
bydła, więc ogrodziliśmy je i tylko my z tego terenu korzystaliśmy. Podobnie
czynili dalsi użytkownicy gruntów przy jeziorze, lecz pola ich stykały się z
jeziorem bardziej prostopadle i mieli oni dużo mniej takich nieużytków.
Ogromnie spodobała mi się myśl o chowie bukatów w zagrodzie,
przeto z zapałem włączyłem się do dyskusji. Przecież w dobrych warunkach, przy
jeziorze, następowałby szybki przyrost cieląt, a do jesieni ich waga i wartość
wzrosłyby kilkakrotnie. Można było dodatkowo przeznaczyć i ogrodzić na ten cel
kawałek mniej urodzajnego pola przy lesie, tuż przy zagrodzie, żeby była ona
jeszcze większa.
Zagrodę należało przegrodzić na dwie części, tak aby w jednej
pasły się cielęta, a w tym czasie w drugiej odrastała trawa. W ogrodzeniu - na przejściach dla wędkarzy i turystów - trzeba było zainstalować obracające się na słupkach
drewniane krzyżaki, żeby ludzie mogli przejść, a cielęta się nie wydostały. Nad
wodą nie byłoby bukatom tak gorąco w czasie upałów, a z kolei w nocy byłoby im
trochę cieplej. Należałoby zbudować pośrodku zagrody kawałek zadaszenia, na
konstrukcję którego łatwo było jeszcze znaleźć stare deski, krawędziaki i
kawałki papy, leżące tu i ówdzie w okolicy. Dach ten mógłby być wykorzystany do
podobnej hodowli w następne lata, gdyby akcja chowu w tym roku zachęciła do jej
powtarzania w przyszłości.
Im więcej tych cieląt na wiosnę kupilibyśmy, tym hodowla byłaby
bardziej opłacalna. Jeśli chowalibyśmy ich dużo, trzeba byłoby je dokarmiać,
zwłaszcza później, kiedy by podrosły i pokarmu w zagrodzie im by nie starczało.
Wyraziłem chęć dowożenia do zagrody trawy, której pełno rosło na naszych polnych
miedzach i drogach, a jeszcze więcej między polem a lasem jak również na skraju
lasu. Akurat mieliśmy dobry do tego celu wózek na dwóch kołach, na który
mieściło się kilka płacht skoszonej trawy. W nocy trzeba byłoby nadzorować
hodowlę.
Na wiosnę należało zebrać większą gotówkę, kupować na rynku w
Kętrzynie cielęta i przewozić po kilka sztuk w klatkach do zagrody. Jesienią
wynajęlibyśmy samochód i partiami odwieźli bukaty do skupu, choć można byłoby je
również zapędzić do miejsca sprzedaży.
Na tej hodowli, gdyby wszystko dobrze poszło, moglibyśmy dużo
zarobić, przeto po kilku dniach takiej dyskusji powzięliśmy zamiar jej
realizacji.
*
Niedługo po przyjeździe do Kwidy wyrobiłem sobie mój pierwszy
dowód osobisty, po otrzymaniu którego poczułem się bardzo poważny, oświadczając
wszystkim, iż jestem już dorosłym mężczyzną.
Załatwiając w Kętrzynie formalności potrzebne do uzyskania tego
dokumentu, trafiłem akurat na dostawę "Pionierów" do tamtejszego sklepu
elektrycznego, więc zaraz jeden odbiornik kupiłem, choć wydatek ten ojciec potem
w większej części mi zwrócił. Radio to znacznie urozmaicało czas spędzany w
mieszkaniu, szczególnie w owe długie zimowe wieczory. Chętnie słuchaliśmy
dzienników, zarówno w wydaniu krajowym, jak i z polskojęzycznych rozgłośni
zachodnich, choć wtedy, żeby ktoś niepożądany tego nie podsłuchał,
przyciszaliśmy trochę radio. Prócz wiadomości często słuchaliśmy muzyki i
piosenek, bo w domu wszyscy bardzo lubili piękne melodie, a poza tym muzyka tak
mocno nie absorbuje i słuchając jej można całkowicie skoncentrować się przy
pracy oraz swobodnie ze sobą rozmawiać.
Kiedy usłyszałem w radiu, że w Moskwie zmarł nasz były
prezydent, a ówczesny pierwszy sekretarz PZPR, Bolesław Bierut, który udał się
do stolicy ZSRR na słynny XX Zjazd KPZR, postanowiłem wybrać się do Warszawy na
jego pogrzeb. Jak podało radio, Bierut - będąc w
Moskwie - zachorował na silne zapalenie płuc, lecz
bezpośrednią przyczyną zgonu miał być zawał serca. Ojciec był przeciwny mojemu
wyjazdowi na ten pogrzeb, ale powiedziałem, że jest to moment historyczny, ma
przyjechać dużo znanych osobistości zagranicznych i warto to wszystko zobaczyć.
Piętnastego marca rano przyjechałem do Warszawy i udałem się do
gmachu Komitetu Centralnego PZPR, gdzie trumnę ze zwłokami Bieruta wystawiono na
widok publiczny. Kiedy posuwałem się w kolejce wolnym krokiem w kierunku
katafalku, nagle ktoś mnie klepnął w ramię. Obejrzałem się, był to Jurek z
ośrodka. Jaki traf! Wszczęliśmy ciekawą rozmowę, którą przerwaliśmy dopiero, gdy
zaczęliśmy zbliżać się, a następnie przechodzić w pobliżu zmarłego. Spojrzałem
na jego twarz, była bardzo blada, ale niewiele zmieniona. Nad trumną zwisały
pochylone sztandary. Wiele czerni i kwiatów. Przy katafalku stali na warcie
honorowej żołnierze i nie znani mi ludzie, choć domyślałem się, że są to jacyś
wysocy rangą partyjni towarzysze i oficjele.
Po wyjściu na zewnątrz porozmawialiśmy jeszcze z Jurkiem trochę
i umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia, ponieważ musiał zaraz wracać do
znajomych, u których zatrzymał się w Warszawie. Zdołałem wszak dowiedzieć się od
niego, że nie mieszka już z rodzicami, tylko gdzieś w domu kolejarza, gdyż
podjął pracę jako konduktor.
Zwiedzając po południu stolicę, natknąłem się na jakiś bazar,
gdzie na jednym ze stoisk spostrzegłem ciekawy, nietypowy w formie kapelusz.
Kobieta, która go sprzedawała, mówiła, iż otrzymała go w paczce z zagranicy i
żałuje, że chociaż taki piękny, musi go sprzedać, bo w domu rozmiarem nikomu nie
pasuje. Kapelusz był rzeczywiście ładny, choć wydawał mi się trochę dziwny, w
dodatku był jasnozielonego koloru. Przymierzyłem. Dobrze na głowie mi leżał, a
że moja czapka letnia była już mocno sfatygowana, więc go kupiłem.
Noc przedrzemałem w poczekalni dworcowej, bo o miejscu w hotelu
lub w prywatnej kwaterze - nie było mowy. Gdy rano
przyszedłem na plac Stalina, przy Pałacu Kultury i Nauki (również o imieniu
tego, po części skrytykowanego już na wspomnianym zjeździe KPZR wodza), zastałem
ogromne tłumy ludzi. Jurka nie mogłem odnaleźć w miejscu, w którym mieliśmy się
spotkać, bo - jak okazało się - miejsce to niezbyt dokładnie określiliśmy, a przesuwanie
się i szukanie go wśród tej wielkiej masy obserwujących wydarzenie ludzi było
wprost niemożliwe.
Około godziny dziesiątej przyniesiono z Komitetu Centralnego
PZPR trumnę ze zwłokami Bieruta i ustawiono na wysokim czerwonym podium,
stojącym na środku placu. Po długich, trwających chyba więcej niż godzinę
przemówieniach naszych oficjeli i przybyłych na pogrzeb zagranicznych gości
kondukt żałobny ruszył w drogę na Powązki. Kiedy dochodził gdzieś do okolic
Żoliborza i po bokach ulic stało już mniej obserwujących pochód ludzi, poszedłem
szybciej chodnikiem, aby zobaczyć idące na przedzie osobistości. Ponieważ prócz
premiera Cyrankiewicza niewielu dostojników rozpoznałem, powtórzyłem manewr
przejścia do przodu jeszcze ze dwa razy, bacznie przypatrując się idącym.
Jednakże, gdy po raz kolejny spoglądałem na Cyrankiewicza, on już zwrócił na
mnie uwagę, być może za sprawą mojego oryginalnego kapelusza, i przenikliwie na
mnie spojrzał. W obawie, iż mogę podobnie zostać zauważony również przez jego
ochronę, więcej do przodu nie wychodziłem. Wszelako zdążyłem już dostrzec z
bliska Rokossowskiego, Ochaba, Zawadzkiego, Rapackiego, chińskiego marszałka Czu
Teha i postać niedawno wybranego pierwszego sekretarza KPZR, Nikity Chruszczowa,
które to osobistości oglądałem już przedtem w czasie ich pogrzebowego
przemówienia z trybuny na placu przed Pałacem Kultury i Nauki.
Po złożeniu trumny w sarkofagu na Cmentarzu Wojskowym na
Powązkach, oddaniu salw armatnich i karabinowych oraz złożeniu wieńców
uczestniczący w pogrzebie zaczęli się rozchodzić, a ja wróciłem na dworzec i
wieczorem udałem się pociągiem do domu.
Wydarzenia, które potem miały miejsce w Polsce, doprowadziły
między innymi do uchwalenia 27 kwietnia 1956 roku amnestii, o której już
wspominałem.
*
W drugiej połowie marca, jak się ociepliło i ziemia rozmarzła,
wznowiono budowę drewnianego mostu przez Guber na drodze do Wajsznur.
Przystąpiłem do odrabiania przy nim następnych godzin szarwarku, czyli
obowiązkowych robót publicznych, bowiem wcześniej, w czasie obfitych opadów
śniegu w lutym i na początku marca, chodziłem do usuwania zasp śnieżnych z
okolicznych dróg. Przy budowie mostu przepracowałem dalszych kilkanaście dni.
Tutaj praca moja polegała głównie na podciąganiu korbą do góry, wespół z innymi
ludźmi ze wsi, żelaznego młota, ważącego około tony, zawieszonego na
wielokrążku. Młot ten następnie puszczany, spadał i wbijał w brzeg rzeki grube
drewniane pale, mające podtrzymywać budowany most.
Chociaż praca ta nie była lekka i każdego dnia ciężko się przy
kręceniu korbą napracowałem, to jednak nie zapomniałem o sporcie - kupiłem piłkę ręczną oraz siatkę i urządziłem koło domu
boisko do gry w siatkówkę. W niedziele i święta, a niekiedy również w zwykłe dni
po pracy, graliśmy w tę grę z Reginą, Janką i innymi dziewczynami ze wsi oraz z
Zygmuntem, Zbyszkiem i jego dorastającymi kolegami. Ale ojciec trochę krzywo na
to patrzył mówiąc, iż dobre to jest w szkole albo w mieście, a tu niepotrzebnie
tylko tracę przy grze czas i energię, miast wykorzystać je przy jakimś
użyteczniejszym zajęciu.
W kwietniu zacząłem wychodzić z ojcem na pole, gdzie razem
oraliśmy i bronowaliśmy ziemię oraz sialiśmy zboże. Jednego dnia - gdy szedłem właśnie za pługiem, a tata podążał obok mnie i
pouczał, jak należy orać - przyszło do nas na pole
dwóch nieznajomych mężczyzn, obaj w wieku może trzydziestu pięciu lat, i
wszczęli z nami rozmowę. Byli z Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. W
czasie kilkunastominutowej rozmowy pytali, czy zamierzam pozostać na wsi na
gospodarce, czy interesuje mnie praca w polu i czy dobrze w tej pracy pomagam,
na co obaj z tatą odpowiadaliśmy potakująco. Jak odeszli i wsiedli do samochodu
zaparkowanego trochę dalej na drodze, zastanawialiśmy się z ojcem, po co
przyszli i o co im chodziło. Po powrocie do domu, dowiedzieliśmy się, że
najpierw byli u nas w mieszkaniu i podobne pytania zadawali macosze. Według niej
przyszli zobaczyć, czy gdzieś znowu za granicę się nie wybieram, i chyba
istotnie taki był cel ich wizyty.
*
Niestety, gdy nadeszła wiosna, zaczęliśmy dalej gospodarować po
staremu, to znaczy uprawiać wszystkiego po trochu, bo wszystko było w
gospodarstwie jakoby niezbędnie potrzebne. Było to mało efektywne, a
pochłaniające dużo pracy i czasu skakanie z miejsca na miejsce, robienie i
doglądanie wszystkiego naraz. Nie było wiadomo, nad czym bardziej się
skoncentrować, ponieważ ojciec z macochą nie podjęli żadnej próby jakiejś
specjalizacji, zmiany i reorganizacji dotychczasowych metod gospodarowania, a ja
na to wszystko nie miałem jeszcze większego wpływu. Bardzo byłem niepocieszony,
kiedy zrezygnowaliśmy także z hodowli cieląt na bukaty. Ojciec rozmyślił się,
jak gdyby zląkł się powziętych uprzednio planów, które później wydały mu się
zbyt odważne. W dyskusji, jaka wywiązała się w domu nad wprowadzeniem do
realizacji tego zamierzenia, wynikła pierwsza zasadnicza trudność, kiedy nie
bardzo było wiadomo, co sprzedać, żeby tyle cieląt kupić, bowiem kasa domowa po
dwóch latach gospodarowania w spółdzielni była raczej pusta. Wprawdzie może
znalazłoby się coś, co dałoby się spieniężyć, ale wszystkiego było szkoda,
wszystko było potrzebne, do wszystkiego się przyzwyczajono i wszystko wydawało
się mieć swoje niezastąpione zalety. Nadmieniano, iż może najlepiej byłoby
sprzedać owce, których było dużo i niemało różnych z nimi kłopotów, a w sumie
nie przynosiły wielkich korzyści. Nie były to owce jakiejś przedniej rasy, tylko
zwykłe, drobne mieszańce, które nie dawały najlepszej wełny. Były problemy z
wypasaniem ich latem, bo zagroda nasza do tego celu nie bardzo się nadawała,
choćby dlatego, że owce, zwłaszcza te mniejsze, łatwo by z niej powychodziły.
Były także kłopoty z karmieniem ich zimą, a ponadto zajmowały zbyt wiele miejsca
w oborze, którego trochę brakowało dla pozostałego inwentarza żywego. Jednak
bardzo użyteczny był po nich obornik, a za sprzedaną wełnę, jakkolwiek niedużo,
zawsze było trochę grosza. Przede wszystkim jednak, kiedy było potrzebne mięso w
domu, to najpraktyczniej było przeznaczyć na ten cel jednego baranka, żeby nie
zabijać świniaka, który może jeszcze dostatecznie nie dorósł albo była ku temu
mało odpowiednia pora - nie mówiąc już o tym, iż mięso
baranie jest chudsze i zdrowsze od wieprzowiny.
Dyskutowano także nad sprzedażą innych zwierząt domowych lub
rzeczy na kupno tych cieląt, ale zawsze widziano więcej minusów niż plusów
rozpatrywanego przedsięwzięcia. Ponadto ojciec mówił, iż są to czasy nie wiadomo
jakie, bardzo niepewne, nie można za dużo się bogacić -
bo przecież z kułakami walczono. Jeśli podjęlibyśmy hodowlę choćby tylko
dziesięciu bukatów, to pewnie by nas dodatkowo mocno opodatkowano i jedynie
byśmy się narobili i wyszli na tym jak Zabłocki na mydle.
Ojciec niepokoił się nawet, co by o tej hodowli ludzie w
Kwidzie powiedzieli i bał się, że przez jakąś zazdrość może jeszcze narobić
sobie we wsi wrogów.
Tak więc w domu widziano tylko trudności w realizacji tego
zamierzenia i ostatecznie skończyło się to wszystko na niczym.
Ojciec nie widział też możliwości zasiania latem jednego
hektara rzepakiem, jaką to ewentualność początkowo jeszcze dostrzegał,
ograniczając teraz tę powierzchnię najwyżej do pół hektara. Wyjaśnił, iż bardzo
potrzebne nam jest zboże, kartofle i warzywa, a dla zwierząt słoma, buraki oraz
inne rośliny okopowe i pastewne na paszę. Nie można też było zapomnieć o
zabezpieczeniu sprzedaży wyznaczonej nam ilości zboża, ziemniaków i mięsa na
obowiązkowe dostawy, jakimi chłopi byli obarczeni i które to produkty zmuszeni
byli sprzedawać państwu, w dodatku po bardzo niskich cenach. Te kontyngenty
utrudniały również przeprowadzenie w gospodarstwie jakiejś specjalizacji i
nakłaniały rolników do uprawy wszystkiego po trochu.
Prócz obowiązkowych dostaw gospodarkę nadwerężały wysokie
podatki, którymi, jak we wsi mówiono, chciano chłopów zmusić do ponownego
założenia spółdzielni produkcyjnej. Co rusz przychodzili do domu urzędnicy z
gminy i powiatu, którzy przypominali o płaceniu podatków i o innych
należnościach, grożąc różnymi konsekwencjami.
*
Z opisanych powodów nie widziałem dla siebie optymistycznych
perspektyw w Kwidzie i zacząłem zastanawiać się, co by tu teraz począć.
Najlepiej byłoby wyjechać i podjąć pracę w mieście, ale obawiałem się, iż z
powodu mojego pobytu w więzieniu za próbę ucieczki za granicę nie zostanę
przyjęty do jakiejś ciekawszej roboty. Bałem się nawet pomyśleć, jak by na mnie
spojrzano w kadrach zakładu pracy, wymagającego dobrej opinii, gdybym
powiedział, za co byłem karany. Przecież kadrowcy takich zakładów byli nie tylko
partyjniakami, ale jeszcze utrzymywali ścisłe kontakty ze służbami
bezpieczeństwa.
Nie widząc sposobu na wybrnięcie z tej sytuacji, napisałem list
do redakcji czasopisma "Nowa Wieś" z prośbą o poradę, jak rozwiązać mój problem,
abym mógł żyć i pracować jak każdy obywatel. Pytałem o możliwość wymazania tej
uciążliwej przeszłości, którą dla nieodzownej wówczas w takim przypadku
samokrytyki nazwałem "plamą w życiorysie" i której powagę wielce dostrzegałem.
Pisząc wzorowałem się na podobnych listach, jakie wysyłali czytelnicy do tej
redakcji, szukając rozwiązania swoich problemów. Listy takie bywały często na
szpaltach tego czasopisma publikowane, a pod nimi różni specjaliści udzielali
prawnych i praktycznych wskazówek, jak należy postąpić w danej sytuacji. Jako że
moja sprawa była dość poufnej natury, o jakiej nigdy w gazetach nie czytałem,
liczyłem raczej na odpowiedź listowną. Jednakże upłynęło kilka tygodni i żadnej
odpowiedzi ani listem, ani też na łamach tego czasopisma nie otrzymałem.
Pomyślałem więc, iż muszę sobie radzić sam i doszedłem do wniosku, że chyba
najprostszym wyjściem będzie, jeśli starając się o pracę, nie będę pisał w
życiorysie, że przebywałem w więzieniu za tego rodzaju przestępstwo. Przecież
takiego młodego chłopca jak ja, ze wsi, nie będą podejrzewać o podobną
przeszłość. Natomiast, kiedy zostanę już przyjęty i dobrze będę pracował, a
sprawa się wyda, to może wezmą mnie tylko na jakąś ostrzegawczą rozmowę i tak od
razu mnie z pracy nie zwolnią.
W pierwszej połowie czerwca 1956 roku zauważyłem w lokalnej
gazecie bardzo atrakcyjnie napisane ogłoszenie, w którym poszukiwano pomocników
murarzy przy odbudowie zamku w Olecku, gdzie zamiejscowym oferowano od razu
zakwaterowanie w hotelu robotniczym. Pomyślałem wówczas, iż przy tej pracy moja
przeszłość chyba nie będzie miała znaczenia i, jako że Olecko znajdowało się
stosunkowo niedaleko, może ze sto kilometrów od nas, zdecydowałem się tam
pojechać.
Ojciec niewiele protestował, gdyż widział mój niezbyt wielki
zapał do gospodarki w warunkach, w jakich ona się znajdowała. Nie pozostawiałem
też ojca samego przy pracy w polu, bo niedługo Stach miał wrócić z wojska, więc
wkrótce było komu mnie zastąpić.
Drugiego lub trzeciego dnia po ukazaniu się owego ogłoszenia
spakowałem walizkę, zabierając tylko najważniejsze swoje rzeczy, i wieczorem, po
powrocie z pola i pożegnaniu się ze wszystkimi domownikami, udałem się piechotą
do Kętrzyna, aby zdążyć na nocny pociąg w kierunku Olecka.
Linii autobusowej, która tej wiosny lub lata miała zostać
uruchomiona, w dalszym ciągu nie było i tego roku w ogóle jej nie otwarto.
Liczyłem na jakąś okazję, lecz zdążyłem dojść do Karolewa i nie trafił mi się
żaden pojazd, który mógłby po drodze mnie zabrać. Czasu jednak miałem dość i
piechotą wcale nie musiałem bardzo się śpieszyć.
Choć była późna pora, bo już po godzinie dziewiątej, to w tych
najdłuższych dniach roku było wciąż widno jak w dzień, z czego korzystali
uczniowie z Karolewa, kopiąc jeszcze piłkę na boisku. Niedługo kończył się rok
szkolny i widać było, że chłopcy już są na luzie. Od mojego przyjazdu do Kwidy,
mimo że wiele razy jeździłem do Kętrzyna saniami, wozem lub rowerem i spotykałem
po drodze dużo uczniów z Karolewa, nigdy nie natrafiłem na moich kolegów z
klasy. Być może chłopcy, kończąc w tym roku szkołę, mieli mniej czasu na wypady
do miasta.
Przechodząc obok Karolewa, niewiele o nim rozmyślałem, bo na
temat tej szkoły, od czasu jej opuszczenia, wielokrotnie się zastanawiałem i
zdawałem już sobie sprawę, iż jest ona dla mnie przeszłością, która bezpowrotnie
minęła.
Rozdział 6.
Spis treści
Rozdział 8.
|