5. W DZIWNYM,
ALE RZECZYWISTYM ŚWIECIE

Już na dole, w przechowalni rzeczy osobistych więźniów, spotkałem kapitana z Wojewódzkiego Urzędu d/s Bezpieczeństwa Publicznego, a jak się później okazało, mojego przyszłego oficera śledczego. Właśnie rozpoczynał swoje śledztwo od dokładnego przejrzenia zawartości mojego bagażu, a szczególnie tego, wręczonego mu przez żołnierzy. Przeglądał wszystko długo i skrupulatnie, nie wyłączając moich zdjęć, którym badawczo przypatrywał się, nie zapominając, że na ich odwrotnej stronie mogą być jakieś napisy, które - gdy zauważył - dokładnie czytał.

Część bagażu, mającego znaczenie dla śledztwa, kapitan zabrał ze sobą, a mnie - przebranego już w więzienną bieliznę, szare drelichy, w okrągłym czepku na głowie i obutego w drewniaki, wraz z innym ekwipunkiem - oddziałowy odprowadził do pawilonu A, na czwarty oddział. Tu, zatrzymawszy się przy celi z numerem 101, otworzył kilka solidnych zamków, a następnie masywne drzwi i kazał mi wejść do środka.

Nigdy nie zapomnę tych pierwszych chwil, kiedy znalazłem się w celi. Oddziałowy przedstawił mnie znajdującym się w niej siedmiu więźniom jako nowego kolegę, a ci zaraz po zamknięciu drzwi oblegli mnie pytając, czy nie mam papierosów. Sprawiłem im duży zawód mówiąc, iż jestem niepalący. Wszakże nim to usłyszeli, nabrali już takiej ochoty do palenia sądząc, że będę właśnie miał coś do zaspokojenia ich głodu, iż teraz nie wytrzymali i zaczęli wytrząsać z kieszeni paprochy, aby skręcić z nich papierosa. Wśród strzępów i okruchów wydobytych z kieszeni znajdowało się trochę tytoniu po noszonych w nich papierosach, którego wraz z paprochami starczyło zaledwie na sporządzenie jednego skręta. Zawinięto go w jakiś papier pakunkowy, bo gazet w celi nie było, i wspólnie wypalono, napełniając całą salę niezbyt aromatycznym i szczypiącym w oczy dymem.

Potem dowiedziałem się, że papierosy i ich niedopałki skończyły się im poprzedniego dnia, a zakupy na wypiskę mogli zrobić dopiero za kilka dni, bo jedynie raz w tygodniu ich dokonywano. Poza tym niewiele tylko osób w celi posiadało pieniądze na koncie w kasie więziennej, by móc poczynić zakupy. Widząc, że nie jestem zorientowany, co oznacza wypiska, od razu wytłumaczono mi, że nazywają tak zakupy polegające na zgłaszaniu oddziałowemu rodzaju papierosów czy artykułów spożywczych, jakie więźniowie chcą kupić za pieniądze, które posiadają w depozycie i jakie to artykuły są im następnie przynoszone do celi. Pieniądze do depozytu mogli wkładać, idąc do więzienia, czy też potem ktoś je przysyłał. Mogli również zapracować w więziennych warsztatach szewskich albo krawieckich, jak i wykonując inne prace, będąc już po wyroku i przebywając na oddziałach karnych.

Nikt mnie nie pytał, za co mnie zamknięto, bo wszyscy w tej celi byli osadzeni za nielegalne przejście lub usiłowanie przekroczenia granicy. Zapytano tylko, gdzie mnie zatrzymano, a gdy odpowiedziałem, że w Zawidowie, zaraz odezwał się jeden z więźniów mówiąc, że kiedyś pracował w tym mieście. Opowiedziałem mu moją historię z mapami, z czego on mocno się uśmiał, gdyż bardzo dobrze znał ten teren i potwierdził, że granica przebiega przez Zawidów.

Pięciu więźniów było w młodym wieku. Byli to chłopcy mający po dwadzieścia kilka lat. Dwóch aresztowanych było już mężczyznami, liczącymi około czterdziestu i czterdziestu pięciu lat. Jeśli sobie dzisiaj dobrze przypominam, to wszyscy oni zostali zatrzymani przed albo na granicy polsko-enerdowskiej lub już na terenie NRD. Mieli oni zamiar dostać się do Berlina, w którym nie było jeszcze słynnego muru i można było łatwo przejść z Berlina Wschodniego do Zachodniego. Można było od razu próbować przedostać się do jego części zachodniej, trzeba było tylko przejść pierścień kontroli enerdowskich otaczających to miasto.

Jeden z młodych więźniów zamierzał wszakże przedostać się do NRF, jak wtedy skrótowo nazywano Niemcy Zachodnie, przez granicę między Turyngią a Łabą dzielącą te dwa państwa niemieckie.

Dopiero tu zorientowałem się, że miast iść do Francji przez Jugosławię, o wiele łatwiej byłoby chyba dostać się do niej przez NRD i Berlin Zachodni.

Najwyższy wzrostem jasnowłosy młodzieniec, którego zatrzymano w NRD, miał w czasie ucieczki przy sobie pistolet i teraz bardzo obawiał się wysokiego wyroku, gdyż za nielegalne posiadanie broni groziło mu dodatkowo pięć lat więzienia. Broni tej jednak w czasie zatrzymania nie użył i to go w dużej mierze uspokajało.

Po zapoznaniu się i dłuższej rozmowie ze współwięźniami począłem z wielkim zainteresowaniem rozglądać się po celi i zauważyłem, iż nie wygląda ona tak bardzo tragicznie. Choć pobyt w niej nie należał do rzeczy przyjemnych, to pomyślałem sobie, że jakiś, z pewnością przecież niedługi czas będzie można wytrzymać.

Cela była wielka. Miała około osiem metrów długości i ponad pięć metrów szerokości. Po lewej stronie stał duży stół z dwiema ławami, a z tyłu obok kaloryfera leżała sterta równo ułożonych sienników i pościeli, okrytych starannie z każdej strony kocami.

Po prawej stronie celi znajdowały się dwa solidnie zakratowane okna, a przy nich stały niewielkie, ale mocno wykonane stołki. Na parapetach okien leżały przyniesione z więziennej biblioteki książki, nowo oprawione - zapewne dzieło więziennych introligatorów.

Ponieważ kaloryfer mocno grzał, jedno okno było otwarte, obnażając czarne, grube kraty. Było przez nie widać duży sądowy budynek, stojący za wysokim murem okalającym więzienie. Na murze stały pośrodku i na rogach murowane wieżyczki strażnicze, w których siedzieli uzbrojeni wartownicy, nazywani przez więźniów kogutami.

Na dole, między okalającym murem a więzieniem, rozciągał się niewielki podłużny placyk, po którym w koło spacerowali rozstawieni gęsiego więźniowie.

Ściany celi były wybielone wapnem, a u sufitu wisiała jedna słaba żarówka, która była bardzo skąpym oświetleniem, jak na tak duże pomieszczenie. Podłoga była z długich świerkowych desek, czysto utrzymana, widać, że często i dokładnie przez więźniów szorowana.

W kącie przy pierwszym oknie stał wielki kibel do załatwiania swoich potrzeb oraz wylewania zlewków i pomyj, przykryty metalowym deklem. Za nim była oparta o ścianę deska, którą w razie potrzeby kładziono na kibel po zdjęciu pokrywy. Obok stały dwa wiadra z wodą, a na stołku duża miednica do mycia i prania, jako że w celi nie było umywalki i bieżącej wody.

Nigdzie nie mogłem dostrzec kosza na śmieci, może dlatego, że niewiele odpadków pozostawało do wyrzucenia z celi, gdyż prawie nic tu się nie marnowało. Zdążono mi już właśnie pokazać różnokolorowe krzyżyki, serduszka i inne ozdoby zrobione w celi z plastikowych trzonków zużytych szczoteczek do zębów i temu podobnych materiałów. Sporządzano je przy pomocy bardzo prostych albo z kolei niezwykle wymyślnych narzędzi w postaci żyletek, agrafek, połamanych łyżek, kawałków drutu, szkła i innych odpadów osiągalnych w celi lub przemyconych z zewnątrz. Tak samo potrafiono wytwarzać różne piękne rzeczy z pudełek od zapałek, a nawet wykorzystać nie dopalone zapałki. Zauważyłem też schowane w jednym kącie karty do gry (posiadanie ich w celi było zabronione), wykonane z kartonu pozyskanego z pudełek po papierosach. Zużywano także do różnych celów wszystek papier, jaki tam się znalazł. Pozostałe nieużyteczne odpadki i śmieci, jak te po zamiataniu podłogi, wrzucano do wspomnianego pojemnika z wodą na wszelkie nieczystości.

Na rozmowie i przyglądaniu się wszystkiemu upłynął mi czas do wieczora, do chwili, kiedy zaczęto rozdawać kolację. Miskę, litrowy blaszany kubek i stołową łyżkę otrzymałem w jednym z magazynów przed przybyciem do celi. Teraz przed kolacją starannie je tylko wymyłem.

Gdy odgłosy wydawania posiłku dochodziły już z sąsiedniej celi, podeszliśmy wszyscy z miskami do drzwi w oczekiwaniu na ich otwarcie. Za chwilę oddziałowy je otworzył, a dwóch niewysokich, lecz krępych więźniów postawiło wielki kocioł zupy przed progiem i jęło nam ją nalewać do naszych misek, napełniając je prawie po brzegi.

Był to barszcz ukraiński, na który składała się gęsta mieszanina posiekanych czerwonych buraków, kartofli, fasoli, marchwi, kapusty i innych warzyw. Nie bardzo mi to smakowało, ale ponieważ nie jadłem od rana i widziałem, jak z dużym apetytem inni go pałaszują, zjadłem wszystko do dna, a gdy po kilkunastu minutach znowu otworzyły się drzwi i spytano, czy ktoś chce dolewkę, za przykładem i namową pozostałych więźniów zgłosiłem się i wlano mi jeszcze prawie taką samą porcję. Ale już nie mogłem jej zjeść do końca, bo potrawa ta jednak nie przypadała mi do gustu. Gdy powiedziałem to współwięźniom, jeden z nich odrzekł z trochę kpiarską miną:

- Dlatego dolewkę dostałeś, bo inni też tej zupy nie lubią i dużo jej w kotle zostaje. Musisz to jakoś przełknąć i strawić, gdyż jutro na śniadanie dostaniesz tylko suchy chleb i czarną kawę, a na obiad nie wiadomo, czy będzie dolewka, bo mimo nie najlepszego jej smaku nie zawsze ją dają.

Po kolacji rozmawialiśmy jeszcze ze dwie godziny, do wieczornego apelu, kiedy to o ustalonej porze wszedł do celi oddziałowy, a my słysząc jego wchodzenie, ustawiliśmy się w szeregu na około trzy metry przed drzwiami. Jak szereg był już zwarty i uporządkowany, starszy celi wystąpił krok do przodu i odmeldował nas na nocny wypoczynek następującymi słowami: "Obywatelu oddziałowy, cela sto jeden, stan ośmiu, obecnych ośmiu. Dobranoc!"

Gdy apel mieliśmy już za sobą, wzięliśmy się do słania naszych pościeli, rozbierając stos ułożonych sienników i rozkładając je przy bocznej i tylnej ścianie w pobliżu kaloryfera.

Kilka godzin przed kolacją wydano mi w magazynie ręcznik, prześcieradło, powłoczkę na poduszkę i jeden koc, natomiast siennik i poduszka, lub raczej twardy podgłówek, były jeszcze zapasowe w celi.

Jeden koc wystarczał do przykrycia, bo w ostatnich dwóch dniach na dworze znacznie się ociepliło, a kaloryfery nadal mocno grzały i nie było obawy, że w nocy będzie za zimno. Na wszelki jednak wypadek podpowiedziano mi, że gdyby w nocy było chłodno, to mogę unieść prześcieradło i położyć się na gołym sienniku, za to przykrywając się nie tylko kocem, ale i podłożonym pod niego prześcieradłem. Pocieszono mnie następnie, że zimą, w czasie dużych mrozów, można zsunąć dwa sienniki razem, posłać na nich w poprzek jedno prześcieradło, położyć się we dwójkę i przykryć się drugim prześcieradłem normalnie wzdłuż oraz dwoma kocami.

Kiedy już leżeliśmy na swoich posłaniach, dalej rozmawiając ze sobą, podszedł do drzwi oddziałowy, odsłonił przysłonę judasza, zajrzał do celi, a zobaczywszy, że leżymy wszyscy gotowi do snu, zgasił światło kontaktem z korytarza.

*

Usnąłem dość szybko i spałem mocno, ale po odespaniu swoich zaległości z poprzednich mniej spokojnych nocy - a może też dlatego, że było w celi gorąco i powietrze zbyt suche od grzejącego kaloryfera - nad ranem nawiedziły mnie sny. Ujrzałem w nich sceny z moich młodszych lat, kiedy mieszkałem w Kwidzie. Śniło mi się, że z Zygmuntem ścigamy się na rowerach, jadąc z Kwidy do Kętrzyna. Ja go wyprzedzam, jadę przez cały czas pierwszy, lecz nie mogę zdecydowanie go wyprzedzić i oderwać się choćby na jeden metr. Ciągle czuję jego obecność za moimi plecami, jedzie tuż za mną, jakby uczepił się mojego roweru. Słyszę jego oddech, ale kiedy po chwili oglądam się, ze zdziwieniem spostrzegam, że go już nie ma. Rozglądam się, patrzę wszędzie, lecz wokoło tylko puste pola.

Później jeszcze raz przyśnił mi się Zygmunt. Siedzimy obaj na wysokim świerku i zrywamy szyszki na sprzedaż do niedalekiej leśniczówki dla pozyskania z nich nasion, tak jak to niegdyś każdego roku czyniliśmy. Jest późna zima, w lesie leży jeszcze dużo śniegu, jednakże na drzewach słychać już wiosenne śpiewy ptactwa. Na uginających się gałęziach świerku wisi mnóstwo szyszek. Z zapałem zrywamy je i zrzucamy na ziemię. Nagle pojawia się nad nami wielki jastrząb. Najpierw zatacza duże koło na niebie, a potem spada w dół i nas atakuje. Dopiero teraz zauważamy u góry, prawie na samym wierzchołku świerku jego gniazdo. Szybko rzucamy się do ucieczki, pośpiesznie złażąc z drzewa, omal że z niego nie spadając.

Obudziłem się. W półśnie widziałem jeszcze tego jastrzębia, lecz po chwili, gdy trochę oprzytomniałem, zdziwił mnie ten sen, bo w rzeczywistości nigdy podobne zdarzenie nam się nie przytrafiło.

Następnie rozmyślałem o Zygmuncie. W czasie kiedy ja podjąłem naukę w Karolewie, on poszedł do zakładu rymarskiego w Kętrzynie do przyuczenia zawodu. Odwiedziłem go kilka razy w tym zakładzie, będąc w mieście. Widziałem, jak wytwarzano tam uprzęże, siodła, chomąta, rozmaite pasy i smycze ze skóry. Zygmunt czasami przynosił do domu różnego rodzaju portfele, których kilka mi też podarował. Chociaż były wykonane z odpadów skóry, wyglądały bardzo elegancko.

Przypomniało mi się, jak raz poszliśmy z Zygmuntem do lasu na grzyby i w pewnym momencie z niepokojem spostrzegłem, że zbyt daleko od siebie odeszliśmy, a po chwili poszukiwań i zawołań stwierdziłem, iż zupełnie pogubiliśmy się. Nazbierawszy już sporo grzybów, nie pozostało mi nic innego, jak zawrócić do domu sądząc, że on w tej sytuacji postąpi tak samo. Idąc ogarniał mnie jednak lęk na myśl, co będzie, jeśli kolega do domu nie wrócił i długo nie będzie powracał. Właśnie wtedy usłyszałem czyjeś w lesie dalekie wołanie i rozpoznałem, że jest to głos Zygmunta. Szybko pobiegłem w jego kierunku i po kilku minutach znalazłem się przy nim. Zastałem go stojącego w wielkim okopie i wygrzebującego kijem z ziemi jakąś dużą skrzynię, przywaloną zapadłymi piaszczystymi brzegami owego dołu. Poszukałem drugiego patyka i jąłem mu pomagać. Niesprawnie nam szło, bo często to, co odgrzebaliśmy, zawalało się z powrotem. Prócz kijów, pomagaliśmy sobie w odwalaniu ziemi rękami i nogami. W końcu dokopaliśmy się do jednej dolnej krawędzi. Wówczas usunęliśmy wszystek piach z wierzchu skrzyni, głęboko odkopaliśmy ją naokoło, chwyciliśmy za widoczną dolną krawędź i z wielkim wysiłkiem unieśliśmy skrzynię jednym bokiem. Stwierdziliśmy, że jest to skrzynia bez wieka, odwrócona dnem do góry. Podparliśmy uniesioną krawędź kijami, lecz, niestety, zarówno w skrzyni, jak i w znajdującym się pod nią piachu prócz strzępów przegniłych szmat i śladów papieru niczego więcej nie znaleźliśmy. Jednakże pracę naszą wynagrodził przypadek, bo idąc z tego miejsca do domu, napotkaliśmy gaj, w którym nazbieraliśmy dużo prawdziwków i dopełniliśmy nasze koszyki.

Potem przypomniały mi się inne przeżycia z Kwidy i zacząłem żałować tych czasów, przeto postanowiłem, że jak tylko wypuszczą mnie z więzienia, to pojadę z powrotem do domu.

Nad ranem znowu usnąłem, ale spałem już chyba niedługo, bo niebawem zapaliło się światło w celi, co oznaczało, że trzeba już wstawać.

*

Wkrótce wykaraskaliśmy się z naszych pościeli i jęliśmy układać sienniki w stos, a na nich podgłówki, prześcieradła i kilka koców, pozostałymi okrywając ułożoną tak stertę. Po zrobieniu porządku z naszą pościelą, kto szybszy ten pierwszy poszedł się myć, nalewając wody do miski, chociaż niektórzy zdążyli umyć się jeszcze przed układaniem lub w czasie porządkowania pościeli. Następnie, ubrani już w nasze drelichy, przez niedługi czas oczekiwaliśmy na poranny apel. Kiedy usłyszeliśmy zgrzyt i chrobot otwieranych zamków w naszych drzwiach, ustawiliśmy się wszyscy w szeregu, czekając na wejście oddziałowego. Gdy ten ukazał się i przekroczył próg, starszy celi złożył mu raport tymi samymi słowami, co poprzedniego wieczoru, zamieniając tylko "dobranoc" na "dzień dobry".

Po apelu dobre pół godziny oczekiwaliśmy na rozdanie śniadania. Kiedy w końcu otworzyły się drzwi, dwóch więźniów, tych samych, którzy poprzedniego wieczoru roznosili kolację, przyniosło kocioł czarnej, bardzo słabo słodzonej kawy zbożowej i cztery bochenki czarnego chleba dla nas wszystkich do podziału. Było to więc po pół bochenka chleba na osobę. Wśród łyżek mieliśmy dwie, których rękojeści z jednej strony były naostrzone o cementowy parapet znajdujący się po zewnętrznej stronie okna i nimi poprzekrawaliśmy bochenki na połowę. Po dokonaniu tej czynności każdy z nas wziął swoją rację i pewną jej część, którą przeznaczył na śniadanie, pokroił na skibki, a resztę pozostawił na później do spożycia na sucho w razie poczucia głodu lub jako dodatek do zupy na obiad czy kolację. Ponieważ trzonkiem łyżki trudno było pokroić chleb jak należało, przeto rżnięto go na grube skibki, żeby w czasie krojenia nie połamały się. Okruchy, których wiele przy takim krojeniu powstawało, skrzętnie zbierano ze stołu i ochoczo zjadano. Było to bardzo ciemne pieczywo, o konsystencji gliny i chyba też niewiele różniące się w smaku.

Dwóch lub trzech więźniów miało w celi smalec albo zwyczajną kiełbasę, kupione na wypiskę, więc smarowali chleb smalcem, czy też dokładali do niego kawałek kiełbasy. Kto nie miał tych przysmaków, był z reguły częstowany przez kogoś, co je posiadał. Po pewnym czasie zwykle następował rewanż, bo temu, co teraz częstował, mogły skończyć się pieniądze w więziennej kasie, a ktoś inny mógł właśnie jakąś sumę otrzymać. Sporo moich pieniędzy zajęto z podejrzeniem, iż chciałem je bez zezwolenia wywieźć za granicę i nie mogłem nimi dysponować, przynajmniej do czasu zakończenia śledztwa. Mimo że niewiele było osób w celi posiadających dodatkowe produkty zakupione na wypiskę, poczęstowano mnie łyżką smalcu, którym chętnie posmarowałem mój chleb na śniadanie.

*

Po zakończonym posiłku wywołał mnie oddziałowy i zaprowadził do mojego oficera śledczego, mającego swoje biuro po drugiej stronie korytarza na tym samym oddziale. Gdy tylko wszedłem do środka, od razu rozpoznałem siedzącego za biurkiem kapitana. Był to ten sam oficer Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, który zaraz po moim przybyciu do więzienia skrupulatnie przeglądał moje rzeczy. Nie wiedziałem wówczas, że będzie on moim oficerem śledczym, choć funkcję tę zaczął wykonywać już wtedy. Na moje powitanie odpowiedział szorstkim głosem, po czym kazał mi usiąść na krześle, przez cały czas bacznie mi się przypatrując.

Po kilku słowach wstępnej rozmowy kapitan przystąpił do śledztwa, w którym całe dochodzenie rozpoczynał jakby od nowa. Dokładnie pytał o wszystkie moje dane personalne, mimo że miał je już w kilku poprzednich protokołach zapisane. Wypytywał także, jak to już uprzednio czyniono, o wszelkie dane dotyczące mojej rodziny. Interesowało go, gdzie kto mieszka, gdzie pracuje, a szczególnie, czy ktoś z rodziny lub krewnych przebywa na stałe za granicą albo czasami wyjeżdża do innych krajów. Pytał, czy z kimkolwiek utrzymuję kontakt za granicą, ewentualnie czy znam tam kogokolwiek. Na te ostatnie pytania odpowiadałem przecząco, gdyż nikt z bliższych ani dalszych moich krewnych nie mieszkał wówczas za granicą, nikt nie wyjeżdżał ani nikogo tam też nie znałem.

Od początku roztrząsał także wszystkie sprawy związane z moją ucieczką, zadając mi mnóstwo pytań dotyczących powodów, celu, kierunku i zamierzonego sposobu realizacji ucieczki oraz innych szczegółów z nią związanych.

Odnośnie przyczyn ucieczki zrelacjonowałem mu szeroko moją sytuację, w jakiej znalazłem się po nieotrzymaniu przeniesienia z Karolewa, niczego nie zmieniając ani nie ukrywając. Przeciwnie. W dalszym ciągu sądziłem, że czym dokładniej pozna on całą prawdę, tym szybciej najistotniejsza sprawa w całej ucieczce będzie wyjaśniona, prędzej zostanie zakończone śledztwo i wcześniej wyjdę na wolność. Jednakże kapitan nie był skory do akceptowania moich powodów ucieczki tak, jak mu je przedstawiłem, tylko ciągle doszukiwał się czegoś innego, mając wiele różnych zastrzeżeń do tego, co mówiłem.

Jeśli chodzi o państwo docelowe, do którego miałem zamiar się udać, to śledczy oczywiście nie uwierzył, że chciałem iść tylko do Czechosłowacji, i zadał mi między innymi następujące pytanie:

- To dlaczego mieliście przy sobie tak dużo czekolady, skoro szliście tylko do Czechosłowacji?

Mówił do mnie per "wy", której to formy, podobnie jak mówienia "obywatelu", mocno wtedy nadużywano w życiu publicznym, a szczególnie urzędowym, aby nie wypowiadać słowa "pan", uważanego za synonim kapitalizmu.

Śledczy pytał następnie, do jakich nielegalnych organizacji należę oraz kto podsunął mi pomysł zrobienia tych podkładek pod buty i czy ktoś służył mi pomocą w ich wykonaniu, na co miałem tylko jedną, wiadomą już odpowiedź.

Pytał także, czy ucieczka była przez kogoś organizowana, czy ktoś mi w niej pomagał i czy ktoś mnie za granicą oczekiwał? Gdy na te pytania odpowiedziałem również przecząco, śledczy wyciągnął z szuflady swojego biurka jedno moje zdjęcie, na odwrocie którego była zapisana ołówkiem data 27.11.54, i zagadnął mnie, co ona oznacza, pytając o to z nie ukrywanym triumfem, bowiem w wypisanym na zdjęciu dniu odbywało się właśnie to śledztwo.

Odpowiedziałem, że w ten dzień miałem odebrać od fotografa w Bolesławcu zdjęcia, które sobie zrobiłem niedługo po przyjeździe do brata wiedząc, że będą one konieczne do nowej legitymacji szkolnej i potrzebne do załączenia do moich akt w kancelarii szkoły.

- I co, fotograf kazał wam czekać aż trzy tygodnie na odbiór tych zdjęć? To jakiś leser, a nie fotograf! - odfuknął kapitan.

- On mnie uprzedził, że przez dwa tygodnie zakład będzie zamknięty, bo gdzieś wyjeżdżał, na urlop czy w jakiejś sprawie, tego już nie pamiętam.

- Mówicie, że nie pamiętacie - próbował zbić mnie z tropu oficer - i nie poszliście do innego fotografa? Woleliście czekać, czy innego fotografa w Bolesławcu nie było ?

- Na pewno był, ale czekając na przeniesienie, aż tak bardzo mi się nie śpieszyło - odpowiedziałem.

- A nie dał on wam żadnego pokwitowania, tylko datę odbioru zdjęć musieliście zapisać na swojej fotografii?

- Dał, ale gdy wróciłem do domu, stwierdziłem, że gdzieś je zgubiłem, więc póki pamiętałem, zanotowałem sobie tę datę. Zapisałem ją na zdjęciu, bo jak obywatel kapitan pewnie zauważył, nie mam specjalnego notesu ani kalendarzyka. Poza tym - dodałem - można by przecież to u niego sprawdzić.

- A na jakiej ulicy ma on swój zakład? - zapytał oficer.

- Jest on na jednej z głównych ulic w tym mieście, ale nie znam dobrze Bolesławca i nazw jego ulic. Wiem tylko, gdzie się ona znajduje.

- Coś tu kręcicie. Ciągle czegoś nie pamiętacie albo coś gubicie, a teraz mówicie, że nie znacie nazwy ulicy, na której daliście sobie zrobić zdjęcia - mocno naparł kapitan.

- To tylko tak się przypadkowo złożyło - odpowiedziałem.

- Za dużo tych przypadków naraz. Dodajmy jeszcze do tego to, dlaczego po tak długiej przerwie fotograf miałby otwierać swój zakład dzisiaj, to jest w sobotę, a nie od razu od poniedziałku? Przyznacie chyba, że to też logiczne pytanie. Ale nie trudźcie się, ja wam na to wszystko odpowiem jednym zdaniem. Po prostu ta data to nie termin odbioru waszych zdjęć, tylko czas ustalonego na dzisiaj spotkania. Dokąd zamierzaliście do dzisiaj dojść i gdzie oraz z kim mieliście się spotkać?

Że też musiałem wplątać się w tę datę - pomyślałem - mogłem przecież jej nie zapisywać, tylko zapamiętać. Widząc teraz, iż śledczy jest bliski wpakowania mnie w jakąś nieciekawą kabałę, zdecydowałem stanowczo zareagować:

- Nigdzie z nikim nie zamierzałem dzisiaj się spotkać. Jeśli obywatel kapitan uważa, że zeznaję nieprawdę, to można przecież sprawdzić, choćby u wszystkich fotografów w Bolesławcu, których zapewne nie ma tak wielu, czy u któregoś z nich nie ma moich zdjęć do odebrania.

- Już ja będę wiedział, co zrobić i do tej sprawy na pewno powrócimy, a teraz porozmawiajmy jeszcze na temat waszego szyfru.

Mówiąc to, oficer wyciągnął szyfr z pliku leżących na biurku dokumentów i przeglądając go w swoich rękach, zapytał:

- Co to za szyfr? Tylko mówcie prawdę, bo co nieco zdążyliśmy się już w nim zorientować.

- To mój zaszyfrowany pamiętnik, jak to już wiele razy odczytywałem - odpowiedziałem.

- Tak, czytaliście, ale za każdym razem wychodzi wam co innego. Co tam naprawdę jest zakodowane?

Od razu zorientowałem się, że to jakiś blef śledczego. Na pewno musi mnie zwodzić. Było niemożliwe, abym za każdym razem szyfr odczytywał inaczej, bowiem znałem go już prawie na pamięć. Jeśli jednak w dekodowaniach były rzeczywiście jakieś pomyłki, to może popełnili je ci, którzy moje odczytywania w Lubaniu zapisywali. Chciałem mu to powiedzieć, lecz nie zdążyłem, bo kapitan po chwili bacznego obserwowania reakcji, jaką na mnie wywarł swoim stwierdzeniem, wręczył mi szyfr do odcyfrowania, a sam zabrał się do notowania tekstu.

Gdy przystąpiłem do odczytywania szyfru, śledczy, notując, od czasu do czasu czynił gesty i miny, jakby mu się coś nie zgadzało, a po jego odszyfrowaniu rzekł:

- I co, myślicie, że ktoś wam uwierzy w to, co wy tu czytacie? Radzę wam, abyście od razu powiedzieli, co naprawdę jest tam zaszyfrowane, to lepiej na tym wyjdziecie.

Właściwie na tym zakończyło się dochodzenie tego dnia, a ja, wychodząc z pokoju śledczego, miałem trochę mieszane uczucia i nie wiedziałem, czy dobrze ono dla mnie wypadło, czy źle.

*

Jak tylko oddziałowy wprowadził mnie z powrotem do celi, zaciekawieni współwięźniowie spytali, pod którym numerem pokoju miałem śledztwo, a kiedy im powiedziałem, pocieszyli mnie, że jeszcze nie najgorszego mam śledczego, bo wielu kolegów trafiło bardziej pechowo. Trochę dziwiono się, że tak długo byłem na przesłuchaniu, ale nie pytano o jego przebieg. Powiedziano mi, iż w czasie mojej nieobecności dwóch innych młodych więźniów było także w śledztwie, lecz obaj już dawno powrócili. Teraz wszyscy oczekiwali wyjścia na spacer, gdyż więźniowie z poprzednich cel, których wyprowadzano na przechadzkę przed nami, sporo czasu temu już wyszli i zaraz powinni wracać.

Rzeczywiście, ledwie zdążyliśmy włożyć kurtki na plecy, usłyszeliśmy dochodzący z korytarza głośny stukot drewniaków powracających więźniów, a wkrótce oddziałowy otworzył drzwi naszej celi i wyszliśmy na spacer. Zeszliśmy na dół z czwartego oddziału, który był trzecim piętrem, jako że oddział pierwszy znajdował się na parterze, i wyszliśmy na zewnątrz. Otoczone murami niewielkie podwórko, po którym spacerowaliśmy, rozciągało się po drugiej stronie naszego pawilonu i było widoczne z cel mieszczących się po przeciwległej stronie korytarza oraz z okien biur naszych śledczych. Spacerowaliśmy chyba pół godziny, rozstawieni co parę metrów jeden za drugim. Pewnie dlatego, że było nas ośmiu w naszej dużej celi, spacerowaliśmy sami i nie dołączano do nas więźniów z innych cel, w których przebywały po dwie, trzy lub cztery osoby.

Po powrocie ze spaceru zastaliśmy w celi wielki bałagan. W czasie naszej nieobecności przeprowadzono kipisz. Rozrzucono stos sienników i pościeli, poprzestawiano kubki i miski na półce oraz przeszukano wszystko, co tylko było można. Chyba niczego jednak nie znaleziono i nie zabrano. Powiedziano mi, że takie kipisze urządza się, raczej bardzo rzadko, w poszukiwaniu grypsów, ewentualnie narzędzi bądź jakichś oznak przygotowywania ucieczki, jak na przykład przepiłowania lub nadpiłowania krat, albo też buntu czy innych zamiarów. Przyszło mi przez chwilę do głowy, iż na pomysł tego kipiszu mógł wpaść mój śledczy w jakiejś obawie, że za mało dokładnie skontrolował mnie po moim przybyciu do więzienia i sądził, iż może udało mi się coś - co według niego powinienem albo mogłem ze sobą mieć - przemycić i ukryć teraz pieczołowicie w celi. Jednakże, gdyby rzeczywiście tak myślał, to obawy te i taka przezorność byłyby zupełnie zbędne, bo wystarczająco dobrze i to wielokrotnie przeszukali już moje ubrania i rzeczy jego poprzednicy w WOP-ie. O możliwości przeprowadzenia takiego kipiszu dopiero teraz większość młodych więźniów się dowiedziała, a jeden starszy mężczyzna, który przebywał już ponad rok w tej celi, obecnie pierwszy raz zobaczył, jak to wygląda w praktyce. Trochę poczułem się głupio wobec nich, gdyż na pewno skojarzyli to sobie z bardzo długim przesłuchiwaniem mnie w czasie śledztwa, bo o szyfrze, podkładkach i filmowaniu mnie nic im nie mówiłem.

Wkrótce po uporządkowaniu przez nas celi przyniesiono obiad. Dano nam miskę dość gęstej zupy z jęczmiennej kaszy i kartofli. Po jej zjedzeniu czekaliśmy na repetę, ale dolewki nie przyniesiono.

Po obiedzie zaprowadzono mnie do fotografa, gdzie zrobiono mi kilka zdjęć z przodu i z profilu oraz zdjęto odciski palców. Potem, do wieczora, grałem ze współwięźniami w karty w tysiąca.

Na godzinę przed roznoszeniem kolacji jęliśmy spacerować wzdłuż celi i choć wszyscy maszerowaliśmy naraz, tak nauczyliśmy się chodzić i wymijać, odpowiednio się rozstawiając, że sobie nawzajem nie przeszkadzaliśmy. Spacerując, nie rozmawialiśmy. Każdy o czymś rozmyślał. Ja zastanawiałem się nad moją obecną sytuacją, lecz nie mogąc w niej znaleźć nic pocieszającego ani wymyślić czegoś, co mogłoby mi w niej pomóc, usiłowałem przynajmniej dać odpowiedź na nurtujące mnie od czasu zakończenia przedpołudniowego śledztwa pytanie: dlaczego fotograf po półmiesięcznej przerwie otworzył swój zakład w sobotę, a nie od razu od nowego tygodnia, w poniedziałek? Niebawem znalazłem chyba słuszne rozstrzygnięcie tej kwestii, gdyż przypomniałem sobie, że wcale nie mówiłem śledczemu, iż fotograf miał zakład otworzyć w sobotę, tylko że w ten dzień mogłem już odebrać zdjęcia, a to zupełnie co innego. Skąd u licha wytrzasnął on to pytanie? Na wszelki jednak wypadek, gdyby fotograf również miał otworzyć swój zakład w sobotę, znalazłem też chyba niezłe wytłumaczenie, dlaczego mógłby on tak postąpić. Otóż, jeśli zamknął on swoje atelier dokładnie na dwa tygodnie i uczynił to właśnie w sobotę, to potem nie pozostało mu nic innego, jak również w ten sam dzień je otworzyć. Wyjaśniam przy okazji, iż wtedy wszystkie soboty, prócz przypadających w święto, były robocze, tylko że pracowano o dwie godziny krócej. Ponadto - pomyślałem - fotograf mógł mieć interes otworzyć swój zakład w sobotę, bo w soboty, jak również w niedziele, fotografowie często robią dużo zdjęć okolicznościowych, przeważnie grupowych, kiedy to wykonują wiele odbitek, a więc sporo zarabiają.

Zadowolony, że przynajmniej tę sprawę udało mi się jako tako rozwiązać, postanowiłem, iż na następnym przesłuchaniu tak ją oficerowi przedstawię, jeśli mnie jeszcze o to zapyta.

Po kolacji, na którą otrzymaliśmy jakąś zupę, porozmawialiśmy trochę, pograliśmy w różne towarzyskie gry, a po apelu rozłożyliśmy naszą pościel i poszliśmy spać.

Tak przeszedł mi drugi dzień w celi i spostrzegłem, że oba te dni minęły nawet dość szybko. Stosunkowo prędko upłynęło mi jeszcze kilka następnych dni, lecz potem czas zaczął bardzo się dłużyć. 

*

Najwięcej czasu spędzaliśmy na czytaniu książek. Były to przeważnie książki umoralniające, które ostały się podwójnej cenzurze: cenzurze tamtych czasów i selekcji więziennej. Jako że tej cenzurze oparły się również książki podróżnicze, więc korzystałem z okazji i czytałem między innymi dużo powieści podróżniczo-przygodowych.

Czytaliśmy zwykle w dzień, bo wieczorem przy świetle jednej słabej żarówki można było czytać tylko w jej pobliżu. Za to nawet przy tym oświetleniu można było z powodzeniem grać w karty. Grywaliśmy więc w czwórkę w tysiąca, sześćdziesiąt sześć, a później także w pokera na zapałki, przy której to grze mogło brać udział pięć lub nawet więcej osób naraz. Ja, podobnie jak kilku innych młodzieńców, nauczyłem się grać w pokera dopiero tutaj. Jeden ze starszych panów w celi, widząc jak męczymy się w tysiąca, postanowił nauczyć nas - jak powiedział - bardziej męskiej gry i z ochoczą cierpliwością zabrał się do objaśniania nam jej reguł. Kiedy po kilku godzinach treningu pojęliśmy, o co w tej grze chodzi, to potem grywaliśmy również w pokera.

Gry tej nauczył nas pan Mieczysław, będący w wieku może czterdziestu paru lat. Został on zatrzymany w Berlinie Wschodnim, ale nie w sytuacji, jak zamierzał uciekać dalej, do Berlina Zachodniego, bo tam od dłuższego czasu już mieszkał. Zatrzymano go w momencie, kiedy wybrał się do Berlina Wschodniego na zakupy, podobno po kostkę masła na sąsiednią ulicę, ponieważ artykuły spożywcze były tam tańsze. Wpadł wówczas na jakąś kontrolę, a że miał również polskie dokumenty przy sobie, uznano go za Polaka, którego miejsce powinno być w Polsce i tu do więzienia we Wrocławiu go przytransportowano.

Pan Mieczysław pozostał po wojnie na Zachodzie i podjął służbę w brytyjskiej kompanii wartowniczej w Hanowerze, a później przeniósł się do takiej służby w Berlinie, w sektorze brytyjskim, i teraz miał głównie odpowiadać za służbę w obcej armii, za co groziło mu pięć lat więzienia. Opowiadał, że właśnie w brytyjskim wojsku nauczył się grać w pokera, gdzie grał na angielskie pensy, szylingi i funty.

Właściwie nie wolno było posiadać kart w celi ani, tym bardziej, w nie grać. Jednak cela była narożna, miała duży winkiel w lewo, więc oddziałowy, który od czasu do czasu podglądał nas przez judasza, mógł widzieć tylko plecy graczy siedzących nad stołkiem karcianym przy lewej ścianie. Mógł podejrzewać, że jesteśmy zajęci grą w karty, lecz gdyby przyszło mu do głowy to sprawdzić, szybciej schowalibyśmy karty i upozorowali jakąś rozmowę, niż on zdążyłby otworzyć drzwi celi. Zresztą, pozorowanie rozmowy byłoby zbędne, bo za każdym razem, gdy oddziałowy otwierał drzwi celi, mieliśmy obowiązek ustawić się przed nim w szeregu i w ciszy, prawie jak do apelu. Poza tym, nauczeni zapewne przykrymi doświadczeniami albo mając taki nakaz regulaminowy, oddziałowi pojedynczo w obecności więźniów nigdy nie wchodzili w głąb celi i chyba nikt z nich nie odważyłby się szukać schowanych kart lub rewidować w tym celu aresztowanych. Trzymali się oni w pobliżu nie domkniętych lub nawet szeroko otwartych na korytarz drzwi i nie przypominam sobie, żeby kiedyś wchodzili dalej niż na jeden lub dwa kroki w głąb celi. Zwykle rozmawiali z nami, stojąc na progu lub za progiem na korytarzu. Niemniej oddziałowy, którego nazywaliśmy Góralem ze względu na jego góralski akcent, niekiedy upominał nas mówiąc: - Co wy tam w tym kącie zawsze siedzicie? Czy nie macie innego miejsca w celi? - Zapewne orientował się, iż gramy w karty, a jako że nie robiliśmy przecież nic wielce złego, przeto dawał nam spokój.

Na przesłuchania chodziłem co drugi lub co trzeci dzień i za każdym razem wyglądały one podobnie. Wprawdzie śledczy często wywlekał coś nowego, wypytywał o jakieś następne sprawy, przedstawiał kolejne dowody lub wysuwał wątpliwości, ale przeważnie koncentrowały się one na szyfrze. Zawsze, gdy brałem go do ręki w celu ponownego odczytania, zastanawiałem się, ile tych odcyfrowań jest im potrzebne, żeby zorientować się, co jest tam napisane. Na pewno prócz moich dekodowań sami również próbowali go rozszyfrować, tym bardziej iż dysponując kopiami moich tłumaczeń, nie było to takie trudne. Zapewne też przywoływali do pomocy specjalistów, którzy już w ogóle nie powinni byli mieć z tym kodem kłopotów.

W czasie przesłuchań dużo mówiono także na temat celu i przyczyn ucieczki oraz wokół tego, czy sam ją podjąłem, czy też była ona przez kogoś lub w porozumieniu z kimś, zwłaszcza z jakimiś organizacjami przygotowana. Usilnie wypytywał śledczy również o kierunek docelowy ucieczki, lecz ja ciągle obstawałem przy Czechosłowacji, choć czasem wydawało mi się, że lepiej byłoby może i w tym wypadku powiedzieć prawdę i wyjawić, że chciałem iść do Francji. Jednakże byłem świadomy, iż pociągnęłoby to za sobą wiele nowych następstw i komplikacji. O fotografie już nigdy więcej nie rozmawialiśmy. Pewnie sprawdził, czy u któregoś z nich w Bolesławcu są moje zdjęcia do odebrania, a może nawet kazał je do siebie przysłać. Czasami więc myślałem, że zrobi mi niespodziankę i pokaże te fotografie, ale nigdy tak się nie stało.

Podobnie jak ja wszyscy pozostali więźniowie z celi chodzili co pewien czas na przesłuchania, a gdy wracali, chętnie słuchaliśmy, co na ich temat opowiadają, choć nie wszyscy zbyt wylewnie dzielili się swoimi problemami. Nie było wszakże w zwyczaju wypytywanie kogoś o coś, czego sam nie mówił, zresztą niektórzy nie mieli już chęci mówić, wymęczeni pytaniami, jakie im podczas przesłuchań zadawano. Mimo wszystko orientowaliśmy się, jakie kto ma kłopoty, i wiedzieliśmy, iż wielu ma bardzo ciężki przebieg śledztwa.

Będąc już co nieco zorientowany, jak moja sprawa wygląda, rad nierad zabrałem się do pisania listu do domu. Napisałem raczej niewiele, informując jedynie, iż wynikły przeszkody z moim przeniesieniem się do Technikum Rolniczego w Chojnowie i że znalazłem się w więzieniu za próbę ucieczki za granicę. Napisałem, iż czuję się dobrze i żeby się nie martwiono, gdyż niedługo wyjdę na wolność i wrócę do domu. Również w podobnym tonie i duchu wysłałem list do brata w Otoku.

Może w dwa tygodnie po moim przybyciu został po rozprawie przeniesiony na oddział karny wysoki wzrostem młodzieniec, który był starszym celi, a po jego odejściu do pełnienia tej funkcji współwięźniowie wybrali mnie. Do starszego celi należało reprezentowanie więźniów przed oddziałowym, a w szczególności składanie raportu na porannych i wieczornych apelach, którego słowa, przez wielokrotne powtarzanie, dokładnie pamiętam do dzisiaj. Trudno wymyślić mniej romantyczny, a bardziej banalny tekst, niż uczynił to autor tego raportu, cytowanego tu już w obu wersjach kilka stron wcześniej. Starszy celi miał też czuwać nad tym, by w celi był utrzymany porządek, spokój i właściwe zachowanie się więźniów. Pozostałem nim do końca pobytu w tej celi.

*

Na drugi lub trzeci dzień na miejsce przeniesionego więźnia przybył do celi nowy, może trzydziestopięcioletni mężczyzna, mający na imię Wojciech. Wyglądał bardzo elegancko i niezwykle grzecznie się zachowywał. Mówił, że został zatrzymany na terenie NRD, gdzie następnie przebywał przez kilkanaście dni w specjalnym areszcie dla tego typu więźniów w miejscowości Neschwitz, który to areszt zaliczyli również wszyscy znajdujący się w celi więźniowie zatrzymani w NRD. Po następnych kilku dniach został po rozprawie zwolniony do domu czterdziestoletni mężczyzna, a na jego miejsce przyszedł nowy więzień, pan Henryk, w wieku około trzydziestu lat, również przywieziony z Neschwitz. Wkrótce po jego znalezieniu się w celi wywiązała się między nim a panem Wojciechem dyskusja, z której wynikło trochę dziwne to, że obaj w Neschwitz nie spotkali się, chociaż - jak twierdził nowo przybyły - widywał on w tym areszcie wszystkich zatrzymanych. Pan Henryk w końcu czymś wytłumaczył to, dlaczego mogli się nie spotkać, i wszyscy niebawem o tej dyskusji zapomnieli, z wyjątkiem niego samego, który jakby nie wierzył we własne tłumaczenie i któremu ta sprawa jeszcze przez długi czas nie dawała spokoju. Ja, słuchając tej dyskusji, wyciągnąłem swój własny wniosek, iż pan Wojciech, przynajmniej w tym czasie, o którym mówił, w Neschwitz nie przebywał.

Tymczasem ten ostatni nadzwyczaj sprawnie i szybko w celi się zadomowił i z nami zaprzyjaźnił, a my byliśmy zadowoleni, że mamy tak miłego, grzecznego i rozmownego kompana. Miał również tego samego śledczego, co ja, o którym nie wyrażał się nazbyt pochlebnie, różnie go nazywając. Mimo że nie lubił on naszego wspólnego śledczego, podobnie jak ja, miałem do pana Wojciecha jakieś uprzedzenie, którego natury zrazu nie mogłem pojąć. Był dla mnie niezbyt wyraźną postacią. Swoim wyglądem, rozmową i zachowaniem jakby do nas nie pasował. Mówił dużo, aczkolwiek ciekawie, przeważnie o podbojach kobiet, którego to tematu więźniowie nader chętnie słuchali. Był jednak jakiś "za mało" zmartwiony i przejęty swoim więziennym losem, ciągle dowcipkował i opowiadał wesołe historie. Jego pobyt w celi przypominał raczej pobyt na wczasach, chociaż niekiedy wydawało się, iż nudzi się bardziej od nas.

Moja nieufność wobec niego przerodziła się z czasem we wrażenie, że mnie śledzi. Gdy coś zaczynałem mówić, zaraz nadbiegał i nastawiał uszu. Niedługo byłem pewny, iż mnie szpicluje. Przyszło mi więc na myśl, że jest nasłanym do celi kapusiem i wszystko, co usłyszy, donosi mojemu śledczemu. Nie miałem wprawdzie żadnego pojęcia, czy takowi są podstawiani w celach, ale wydawało mi się, że jest to całkiem możliwe. Zastanawiałem się następnie, czy jest on zawodowym, specjalnie przeszkolonym oficerem śledczym, czy też więźniem skaperowanym do takiej współpracy, na przykład w zamian za skrócenie odbywania kary.

Obserwowałem go i starałem się dociec, czy pozostałych więźniów też inwigiluje. Trudno było to stwierdzić, chociaż dużo i chętnie rozmawiał ze wszystkimi. Czasami myślałem, że ma już taki charakter i sposób zachowania się, ale co do tego, iż mnie szpicluje, byłem już prawie pewny.

Domniemanie to potwierdzał niejako fakt, że chodził on niemal zawsze na śledztwo na około godzinę przed wydaniem obiadu, a gdy wracał, prawie w momencie jego rozdawania, podchodził jak wszyscy z miską po zupę, ale potem najczęściej jej nie jadł. Tłumaczył się, iż jest zmęczony śledztwem albo nie ma apetytu lub tej zupy nie lubi i pytał mnie, czy nie mam chęci na jego obiad. Z reguły - jak inni, gdy ja rezygnowałem - odpowiadałem na to twierdząco, bo jedzenia było mało, a poza tym postanowiłem żyć z nim w zgodzie, niczego nie dać po sobie poznać i ewentualnie jeszcze go do czegoś wykorzystać.

Wydawało mi się, że wychodząc w porze obiadowej na śledztwo, ów detektyw je obiad razem ze śledczym w jego pokoju albo w stołówce, na pewno wraz z drugim daniem, jakiego my nigdy nie oglądaliśmy. Potem, syty, nie ma już ochoty na zupę i oddaje ją dla mnie, być może po to, żeby mnie bardziej kupić, wejść ze mną w większą poufałość i uczynić bardziej skorym do zwierzeń.

Jednego razu właśnie, gdy wszyscy w celi podzielili się na małe grupki, zajęci rozmowami, a ja siadłem w kącie sam, czytając książkę, pan Wojciech nie wytrzymał, aby nie skorzystać z dogodnej okazji do porozmawiania ze mnę. Podszedł do mnie i rozpoczął mniej więcej taką dyskusję:

- Podobno miałeś bardzo ciekawą i dobrze przygotowaną ucieczkę. Jak to się stało, że cię złapali?

Zauważyłem, iż siadając przy mnie, przysunął swój stołek tak, że w czasie rozmowy sam był odwrócony plecami do siedzących trochę dalej kolegów, a jednocześnie mnie przed nimi zasłaniał, stwarzając w ten sposób dogodne warunki do odizolowanej i poufnej pogawędki. Byłem pewny, iż chce się dowiedzieć, jak to naprawdę z tą ucieczką było, aby następnie donieść to śledczemu. Nie mogłem mu wszak powiedzieć, żeby się odsunął, bo jest wstrętnym kapusiem, a ja z takimi nie rozmawiam, tylko postanowiłem z tej sytuacji wybrnąć inaczej: miast wpaść w jakieś tarapaty, osiągnąć z niej pożytek. Spróbowałem więc zrobić z niego coś w rodzaju zdezinformowanego agenta, a zarazem mojego obrońcę czy pośrednika i tak mu przedstawić sprawę, aby potem niezamierzenie bronił mnie przed śledczym zdobytymi wiadomościami. W tym celu powiedziałem mu nieco więcej, niż wyznałem kapitanowi, aby utwierdzić śledczego w przekonaniu, iż panu Wojciechowi bardziej dokładnie wyjawiam fakty.

Postanowiłem poprzez niego trochę zaspokoić ciekawość śledczego w niektórych sprawach, nieco korygując swoje zeznania. Powiedziałem więc, że szedłem do Jugosławii, skąd pochodzi moja bratowa i gdzie jest o wiele lepiej niż w Polsce. Chciałem jeszcze dodać, iż w kraju tym nadal mieszka wielu jej krewnych, ale powstrzymałem się, żeby przypadkiem mnie lub ją nie pytano o nich. Mówiąc mu, że bratowa pochodzi z Jugosławii, zapewne niczego tu śledczemu ryzykownie nie wyjawiłem, bo na pewno sam dawno już się o tym dowiedział.

W rozmowie tej niby to zwierzyłem mu się, że niepotrzebnie zacząłem tłumaczyć się tym, iż chciałem iść tylko do Czechosłowacji, i że teraz głupio mi zmieniać to zeznanie.

Uznałem, iż nadal byłoby wielką pochopnością i nieostrożnością powiedzieć, że zamierzałem udać się do Francji, bo z jednej strony Jugosławia w dużej mierze wystarczała do wyjaśnienia i postawienia na nogi sprawy docelowego państwa mojej ucieczki, a z drugiej, mówiąc, że tylko tam szedłem, obywało się bez tej zdrady socjalizmu, której - słuchając na każdym kroku ówczesnej ideologii i propagandy - bardzo się obawiałem. Ponadto, jeśli w zaszyfrowanym pamiętniku pisałem, iż socjalizm jest taki dobry, to dlaczego szedłem wtedy do Francji, która była nazywana kapitalistyczną. Starałem się więc nie dopuścić do takich sprzeczności. Twierdzenie, iż chciałem iść do Jugosławii, mogło być znakomicie poparte faktem, że zatrzymano mnie przy granicy czechosłowackiej, co wskazywało nawet na większe prawdopodobieństwo, iż szedłem do tego kraju niż do Francji, do której trzeba byłoby iść raczej przez NRD.

O wszystkim innym opowiedziałem mu tak, jak mówiłem śledczemu, niczego nie zmieniając - przeciwnie, byłem przecież zainteresowany, oby jak najlepiej poznano przyczyny mojej ucieczki za granicę.

Pan Wojciech słuchał tego wszystkiego w wielkim skupieniu, niczym mój śledczy, z miną, jakby starał się to, co mówiłem, dokładnie zapamiętać. Byłem pewny, że niczego z tego nie wyjawi moim kolegom, bo raczej nie chciałem, aby o tych wszystkich szczegółach i niuansach wiedziano w celi.

Nie byłem pewny natomiast, gdyż tego w wyraźny sposób nie zauważyłem, czy pan Wojciech jeszcze kogoś albo może wszystkich w celi inwigilował i dlatego też na ten temat z nikim nie rozmawiałem. Zresztą, w ogóle nie miałem jakichś bezwzględnie oczywistych i bezsprzecznych dowodów, że był donosicielem czy konfidentem, by móc kogoś przed nim ostrzegać, a prócz tego wszyscy sami mocno się pilnowali i na temat swoich bardziej sekretnych spraw nikomu się nie zwierzali. Ponadto wyraźnie dostrzegłem, że jakkolwiek pan Wojciech sam dużo mówił, to inni w rozmowie z nim byli raczej powściągliwi.

*

W drugiej połowie grudnia atmosfera w celi trochę przygasła. Po rozprawie został przeniesiony na oddział karny chyba najbardziej zaprzyjaźniony ze mną młody więzień, z którym najwięcej rozmawiałem. Miał zawsze pogodne, lub wręcz wesołe usposobienie, przy czym jego humor był nader delikatnej natury, któremu nie mógł dorównać pan Wojciech swoimi dowcipami. Na imię miał Janusz, ale nazywaliśmy go Częstochową, ponieważ młodsi więźniowie naszej celi ponadawali sobie nawzajem przydomki pochodzące od nazw miast, w których mieszkali. Ja zostałem Olsztynem, chociaż w nim nie mieszkałem, tylko był on moim miastem wojewódzkim. Podobnie był w celi Kraków, Kalisz i Legnica.

Na miejsce Częstochowy przybył mężczyzna około pięćdziesiątki, pan Czesław. Był krawcem, ale miał minę wielkiego myśliciela i nadzwyczaj poważnie się zachowywał. Mało z nami rozmawiał, za to dużo rozmyślał, najczęściej siedząc przy stole i podpierając się prawą dłonią o podbródek. Czasami po cichu coś sobie nucił. Gdy już z nami dyskutował, to nie przypominam sobie, aby kiedyś coś mówił na temat swego zawodu czy swojej pracy, tylko we właściwy sobie sposób poruszał różne, najczęściej bardzo poważne zagadnienia, niekiedy czysto naukowe.

W tym okresie bywały jednak dni, że całymi godzinami nie tylko on, ale i my wszyscy, może z wyjątkiem pan Wojciecha, nie byliśmy chętni do rozmowy, kiedy to mieliśmy dość czytania książek, gry w karty, stawiania pasjansów i wróżenia sobie z kart. Opanowywała nas jakaś zbiorowa chandra i połowę dnia potrafiliśmy przechodzić po celi, maszerując tam i z powrotem po długich deskach podłogi. Chodzenie to przerywaliśmy tylko na posiłki, spacer na dworze lub przyglądanie się spacerującym więźniom na podwórku pod naszymi oknami. Przypominam sobie zwłaszcza jednego z nich, który zwracał na siebie naszą ogólną uwagę, maszerując niezwykle majestatycznie, mocno wydłużając krok, jakby mierzył nimi ten placyk. Szczególnie dużo nas siedziało i stało przy oknach, gdy na zewnątrz spacerowały więźniarki. Niektórzy mieli już swoje sympatie z widzenia, do których grypsowali, i bardzo martwił się ten, którego wybranka nie wyszła na spacer, próbując rozwikłać zagadkę, dlaczego jej nie ma.

Mimo że grypsowanie było niedozwolone i bardzo ryzykowne, zarówno dla spacerujących na dole więźniarek, jak i dla nas w celi, to jednak pan Henryk zdołał porozumieć się z upatrzoną przez siebie dziewczyną na tyle, że przekazał jej swoje imię, nazwisko oraz adres i poznał jej imię, miasto z którego pochodzi i numer telefonu. Obiecał do niej zadzwonić, kiedy wyjdzie na wolność. Dziewczyna była piękna i zgrabna i trochę zazdrościliśmy, że tak mu się to udało i tak sobie fajnie sprawę załatwił. A załatwić taką sprawę w więzieniu to niebywała rzecz i wielka uciecha, nawet gdyby miał się z dziewczyną spotkać dopiero za kilka lat.

Niekiedy, zwłaszcza wieczorami, siadaliśmy przy stole i dla przepędzenia nudy zabawialiśmy się w zadawanie mało sensownych, a bardzo denerwujących pytań, mających naśladować te, jakimi oficerowie Urzędu d/s Bezpieczeństwa Publicznego podczas przesłuchań nas obdarzali.

Pan Mieczysław, który przebywał w śledztwie już ponad rok, miał na dłużyznę czasu nader ciekawy sposób, zajmując się wyrabianiem swoich krzyżyków, łańcuszków, pudełek oraz innych cacek i ozdóbek, do wytwarzania których zdołał zawsze zdobyć materiały, nieraz w bardzo przemyślny sposób. Próbowało go naśladować kilku innych chętnych do spędzania w ten sposób czasu, lecz rzadko udawało im się wykonać takie arcydziełka jak temu najdłużej przebywającemu w naszej celi więźniowi, być może właśnie dlatego, iż mieli krótszy staż w tym zajęciu i mniejszą wprawę. On także niewiele z nami rozmawiał, ale jako że miał również pasję do gry w pokera, przy której mocno się ożywiał, wówczas nadrabiał te zaległości. Niekiedy uczył nas angielskich słów, pisowni i wymowy, co mnie bardzo zainteresowało, przeto nauczyłem się sporo słów oraz paru prostych zdań i liczenia w tym języku.

*

Pewnego dnia, chodząc sobie po celi, bardzo zatęskniłem za wolnością i zacząłem zastanawiać się, jak by - chociaż na krótki czas - znaleźć się na niej, wśród wolnych ludzi - no i coś wymyśliłem. Przypomniałem sobie, jak zaraz po moim przybyciu do więzienia pan Mieczysław opowiadał, że kiedyś jednego więźnia z celi na prześwietlenie płuc wieziono aż do wojewódzkiego więzienia we Wrocławiu, mieszczącego się przy ulicy Klęczkowskiej, kiedy to chłopak nie tylko kilka kilometrów się przejechał, ale również trochę się rozerwał i odprężył.

Wtedy ta opowiastka niezbyt mnie zainteresowała, lecz teraz, nudząc się już bardzo, przypomniała mi się ona, a wraz z nią moja nerwica serca i bliżej nie określona choroba płuc. Jak już wspominałem, obu tych dolegliwości w swoim hipochondrycznym doszukiwaniu się chorób u siebie się dopatrywałem, o których jednak, z powodu zamieszania związanego z ucieczką i znalezieniem się w więzieniu, zapomniałem prawie całkowicie.

Podszedłem więc do drzwi i nacisnąłem przycisk, wzywając oddziałowego, który po kilku minutach się zjawił, wypowiadając swoje: "O co chodzi?". Powiedziałem mu, że przed aresztowaniem leczyłem się na serce i płuca, a teraz znowu poczułem się gorzej i poprosiłem, aby zaprowadzono mnie do lekarza. To nie najlepsze samopoczucie było wszakże prawdziwe, bo jak tylko przypomniałem sobie o tych chorobach, to rzeczywiście zaraz zrobiło mi się gorzej. Oddziałowy, nic nie mówiąc, zamknął drzwi, lecz po godzinie przyszedł znowu i zaprowadził mnie do więziennego lekarza. Doktor wysłuchał i obsłuchał mnie uważnie, po czym rzekł, iż dla dokładniejszego zbadania potrzebne jest jeszcze prześwietlenie klatki piersiowej.

Na rentgena czekałem wiele dni, aż w końcu, chyba po tygodniu, oddziałowy przyszedł po śniadaniu i kazał mi ubrać się do wyjazdu na prześwietlenie. Kiedy to uczyniłem, zaprowadził mnie do oczekującej na dole grupy więźniów, mających udać się do szpitala w tym samym celu. Gdy już wszyscy zebraliśmy się i wyszliśmy na podwórko, wpakowano nas do "suki", czyli specjalnie zabezpieczonego milicyjno-więziennego samochodu, którym w wielkim tłoku, niczego po drodze nie widząc, przyjechaliśmy na Klęczkowską. Tam wprowadzono nas do rentgenowskiej poczekalni więziennego szpitala, a następnie, wywołując po kilku naraz, kazano nam wchodzić do małej kabiny. Po rozebraniu się do pasa pojedynczo przechodziliśmy z niej do ciemnego pomieszczenia, w jakim był zainstalowany rentgenowski aparat. Siedział przed nim lekarz, który po włączeniu aparatu na żywo odczytywał z ekranu wszelkie zauważone w czasie prześwietlania nieprawidłowości lub brak zmian. Spostrzeżenia te na niewielkich formularzach zapisywała siedząca trochę dalej asystentka.

Mnie wywołano prawie na samym końcu. Płuca i sylwetka sercowo-naczyniowa były bez zmian, co mnie bardzo pocieszyło.

W drodze powrotnej spotkała nas duża niespodzianka i atrakcja. Załadowano nas bowiem na samochód ciężarowy bez budy, przedtem jednak zakuwając po dwóch, każdego za jedną rękę, w kajdanki. Chociaż padał mokry śnieg i wiał silny, boczny wiatr, chyba nie było wśród nas takiego, kto by z tej przejażdżki nie był zadowolony. Szczególnie z tego przebywania niemalże na wolności, bowiem na chodnikach - obok nas - chodzili wolni ludzie, a jezdnią jeździły samochody. Wiele osób, mimo tej pogody, do nas się uśmiechało i pomachiwało rękami, a jeden mężczyzna zdążył nawet podbiec i wrzucić nam na wóz paczkę papierosów, powodując tym duże zamieszanie wśród więźniów na samochodzie. W pewnym momencie, gdy wyprzedzał nas, jadąc przez chwilę burta w burtę, ciężarowy samochód z kilkoma robotnikami siedzącymi z tyłu na platformie, któryś z nich krzyknął, żebyśmy do nich skakali. Niestety, jeśli nawet miałby ktoś na to ochotę, to prócz tego, że byliśmy po dwóch skuci kajdankami, stało między nami jeszcze ze trzech strażników, każdy z pepeszką w ręku, którzy nas bacznie obserwowali. Gdyby jednak taką sytuację ktoś wcześniej przewidział, może znalazłby sposób, aby z niej skorzystać.

Powtórne badania, przeprowadzone w kilka dni później przez naszego więziennego lekarza, również niczego nie wykazały, ale mimo to w dalszym ciągu byłem przekonany, że jestem chory na zgłaszane niedomagania.

Muszę tu jednak nadmienić, że prócz tego, iż rzeczywiście bardzo przejmowałem się moimi dolegliwościami, miałem też nadzieję, że to moje uskarżanie się i obstawanie przy tych chorobach będzie miało wpływ na przyśpieszenie śledztwa, a może również na wyrok. Byłem przekonany, iż śledczy o tych schorzeniach dowie się od lekarza albo od pana Wojciecha, a jeszcze, na wszelki wypadek, postanowiłem sam przy jakiejś nadarzającej się okazji w czasie śledztwa mu o nich powiedzieć.

*

Mimo że na dworze panoszyła się już zima, bez przerwy byli chętni do ucieczek i wciąż napływali nowi więźniowie do cel, choć pewnie wielu ludziom one się udawały. Przed świętami dołączył do nas może dwudziestopięcioletni młodzieniec z Wałbrzycha, pochodzenia niemieckiego, mający na imię Hans. Próbował również ucieczki Francuz polskiego pochodzenia, który po wojnie wraz z rodzicami przeprowadził się do Polski, a teraz z powrotem chciał zbiec do Francji. Nie przypominam sobie, czy miał na imię Franciszek, lecz my nazywaliśmy go Fransua. Mówił, iż najpierw jeździł do Gdyni, aby zobaczyć, czy nie lepiej byłoby uciec za granicę statkiem, ale zauważył, że wejść do portu strzegą strażnicy, a statki dodatkowo są obstawione przez żołnierzy WOP-u. Zrezygnował więc z tego sposobu ucieczki i próbował zbiec do Francji przez Niemcy, ale nim doszedł do granicy, został zatrzymany przez wopistów.

Hans był bliższy sukcesu. Dotarł do granicy, czołgając się po śniegu, przykryty białym prześcieradłem. Zdołał przeprawić się przez Nysę, która na południu jest zaledwie kilku lub kilkunastometrowej szerokości rzeczką, lecz po enerdowskiej stronie został schwytany przez Grenzschutz i odesłany do Neschwitz.

Teraz, broniąc się przed dłużyzną czasu w celi i szukając na różne sposoby wyjścia z więziennej codzienności, miałem okazję znalezienia sobie dodatkowego zajęcia, przystępując do poszerzenia znajomości słów niemieckich i francuskich.

Dobrym sposobem na przyśpieszenie upływu czasu było układanie krzyżówek, które nieraz bardzo ładnie i ciekawie mi wychodziły. Innym pomysłem na przepędzenie nudy była próba wywróżenia sobie z kart daty wyjścia na wolność, które to zajęcie zwykle trwało tak długo, aż udało mi się wywróżyć bliski, satysfakcjonujący mnie termin.

Wiele godzin spędziłem na uczeniu się i ćwiczeniu alfabetu Morse'a, a gdy go już opanowałem, podobnie jak inni znajdowałem wielką przyjemność w nadawaniu do celi i odbieraniu wiadomości z celi znajdującej się obok. Była to izolatka, w której pojedynczo zamknięci za regulaminowe przewinienia więźniowie mieli dużo czasu na dzielenie się w ten sposób z nami swoimi wiadomościami. Szkoda, że jako pierwsi z brzegu na oddziale sąsiadowaliśmy tylko z jedną celą, która w dodatku często stała pusta albo przebywał w niej wyłącznie jeden więzień. Gdyby były cele po obu stronach, to dwoje z nas naraz mogłoby zabawiać się nadawaniem i odbieraniem większej wtedy ilości, nieraz bardzo przydatnych dla nas informacji.

Oczywiście, porozumiewanie się morsem z więźniami innych cel było zabronione i zwykle ktoś z nas musiał stać przy drzwiach i nasłuchiwać, czy nie zbliża się oddziałowy. Mógł on nasze nadawanie usłyszeć z korytarza, a prócz tego ściana, przez którą w ten sposób rozmawialiśmy, znajdowała się obok drzwi i była dobrze widoczna przez judasza, podobnie jak i ściana w izolatce.

Mimo że posługiwanie się alfabetem Morse'a było niedozwolone, to jednak, gdy się przyłożyło ucho do ściany (zwłaszcza podkładając dla lepszej akustyki między ścianę a ucho blaszany kubek - dnem do ucha), słychać było rozchodzące się w murze niezliczone ilości bliskich i dalekich sygnałów tego alfabetu niczym różnych impulsów przenikających przestrzeń w kosmosie.

Inną zabawą, uatrakcyjniającą czas spędzany w celi, było grypsowanie. Polegało ono na porozumiewaniu się za pomocą liter wyrażanych odpowiednimi znakami palców, dłoni i rąk. Grypsowaniem można było posługiwać się na dalszą odległość, co pozwalało nam na utrzymywanie kontaktu również z ludźmi spoza więzienia.

Podobnie jak opanowanie alfabetu Morse'a uczenie się grypsowania wraz z ćwiczeniami - na tyle, aby można było w miarę bezbłędnie i szybko nadawać i odczytywać - pochłaniało nam wiele godzin czasu.

Często porozumiewaliśmy się w taki sposób z więźniami, a szczególnie z więźniarkami spacerującymi na dole pod naszymi oknami. Właściwie to grypsowaliśmy tylko my do nich, gdyż one, jak już wspominałem, będąc obserwowane w czasie spaceru, mało kiedy miały okazję, aby nam coś powiedzieć.

Najwięcej grypsowaliśmy z ludźmi z zewnątrz, przeważnie z różnymi chętnymi do takiej rozmowy z nami albo z członkami rodzin i znajomymi więźniów przebywających w celach. Czasami byli to bliscy lub znajomi któregoś z kolegów naszej celi. Wchodzili oni do budynku sądowego znajdującego się zaraz za więziennym murem, gmachu dobrze widocznego z naszych okien, i stamtąd, najczęściej przez okna toalet, grypsowali i przekazywali nowiny z domu, jak i wiadomości ogólne. Niekiedy sygnalizowali, że w Polsce niedługo nastąpią oczekiwane zmiany polityczne i pocieszali, że wkrótce zostanie ogłoszona amnestia. Raz nawet ktoś podający się za dobrze zorientowanego w sytuacji kraju przekazał nowinę, że już nazajutrz będzie amnestia. Wiadomość tę podawał przez dłuższy czas, powtarzając ją z uporem wiele razy i starając się nas przekonać, iż fakt ten polega na absolutnej prawdzie. Informację tę jeszcze ktoś inny tego samego dnia kilkakrotnie powtórzył. Tak mocno uwierzyliśmy w to, co nam obwieszczono, że zaczęliśmy już w myślach żegnać się z więzieniem i słownie ze sobą, pośpiesznie wymieniając adresy i ustalając miejsca i daty spotkań na wolności. Pamiętam jednak, że ktoś zaśpiewał piosenkę na rzewną i piękną nutę, której słowa brzmiały:

"Cóż nam z wolności
Wracać nie mamy dokąd"

Wydawało mi się, że tę piosenkę, a przynajmniej melodię, gdzieś już przedtem słyszałem. Wszelako, jeśli nawet ktoś nie miał dokąd iść, nie było chyba takiego, kto by się nie cieszył z amnestii i rychłego wyjścia na wolność.

Niestety, i ta wiadomość, która miała być tak wiarygodna, okazała się tylko słodką nadzieją i przykrym rozczarowaniem. Trzeba było znowu rozejrzeć się po celi i dalej układać w niej swoje życie, być może do następnej takiej nowiny, która tym razem będzie prawdziwa.

*

Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na rozmowach. Rozmawiano we dwójkę lub w gronie kilku osób albo wszczynaliśmy wszyscy wspólną dyskusję i niekiedy gawędziliśmy tak całymi godzinami. Niezwykle lubiłem te rozmowy, zwłaszcza że wielu dyskutujących potrafiło mówić bardzo ciekawie. Chociaż byłem najmłodszym ich uczestnikiem, wcale tego nie odczuwałem i dyskutowałem na równych prawach ze wszystkimi współwięźniami w celi. Nie byli to wszak pospolici więźniowie i nie należeli do szeregu zwykłych kryminalistów i w tamtych czasach nie oglądali jeszcze mało sensownych bandyckich czy gangsterskich filmów, jak czynią to obecnie już kilkulatkowie siedzący przy telewizorach w domu. Zainteresowania współwięźniów w celi, rozmowy, zachowanie się w niczym nie przypominały jakichś przestępców i wszyscy w zgodzie i z wzajemnym szacunkiem dzielili swój wspólny los. Czasami w naszych rozmowach mówiliśmy, że jesteśmy więźniami politycznymi, czego między innymi dowodem miało być to, że my w okresie śledczym spacerowaliśmy przez pół godziny, podczas gdy więźniowie kryminalni w tym czasie spacerowali tylko piętnaście minut. Dopiero na oddziałach karnych, jak mówiono, wszyscy więźniowie bez różnicy przechadzali się pół godziny. Jednakże zdawaliśmy sobie sprawę, iż wielu ówczesnych więźniów pospolitych było w istocie więźniami politycznymi, aresztowanymi li tylko z powodu ówczesnego ustroju, z racji jakiegoś protestu, sprzeciwu, niezgadzania się, przeciwdziałania czy walki z nim.

Opisując moje życie w celi, dla dokładniejszej relacji i szczypty humoru warto tu jeszcze wspomnieć, iż w naszym więziennym żargonie nazywaliśmy więźniów kryminalnych dobrodziejami, a oni nas zającami. Z tym ostatnim określeniem miało widocznie kojarzyć się to, że my, niczym zające, skakaliśmy sobie przez granicę.

Jako że żyliśmy w czasach, w których swobodne rozmowy na tematy polityczne były niedozwolone, a my przebywaliśmy przecież pod nadzorem w więzieniu, przeto o polityce niewiele dyskutowaliśmy i czyniliśmy to bardzo ostrożnie i raczej ogólnikowo. Wówczas, po śmierci Stalina i rozstrzelaniu Berii, oczekiwano następnych, głębszych zmian na wschodzie Europy, chociaż niektórzy dyskutanci nader sceptycznie odnosili się do możliwości ich szybkiego nadejścia. Ogólnie pocieszano się jednak, że coś się ruszyło i musi zmieniać się dalej.

W dyskusjach naszych oprócz różnych tematów, na jakie mówi się wszędzie, my w więzieniu dość często rozmawialiśmy o naszych śledczych i oddziałowych, o istniejących warunkach więziennych, a szczególnie narzekaliśmy na wyżywienie, jakie nam podawano. Ponieważ głodnemu chleb zawsze na myśli, więc nierzadko też na ten temat żartowaliśmy. Nie zapomnę, jak raz Legnicy przypomniały się domowe kluski z makiem, z czego wszyscy bardzo uśmialiśmy się, chociaż każdy z nas po cichu marzył o takim domowym jedzeniu. Pamiętam też, jak sympatyczny młodzieniec, którego nazywaliśmy Krakowem, niesamowicie pobudzając nasze apetyty opowiadał, że kiedyś jego ojciec kupił okazyjnie od chłopa dwadzieścia pięć kilogramów wspaniałej, suchej kiełbasy. Cóż to była za pycha! - mówił. Wisiała na sznurku w spiżarni i mógł po nią sięgać, kiedy chciał i ile chciał, nikt mu jej jeść nie zabraniał; przeciwnie, matka go jeszcze do tego nakłaniała. Podekscytowani i sprowokowani tym opowiadaniem, jęliśmy zaraz narzekać na tutejsze jedzenie, a szczególnie na jeden rodzaj zupy z kaszą, jaką co pewien czas nam serwowano i w której coś brązowego, podobnego do robaków pływało. Niektórzy, aby nie psuć sobie apetytu mówili, iż są to plewy, lecz inni twierdzili, że na plewy to jest za grube. Rzeczywiście, rozgotowane, trudno było rozpoznać, co to właściwie jest. Na wszelki wypadek, jedząc tę zupę, rozsiadaliśmy się gdzieś po ciemnych kątach, żeby tego paskudztwa nie było tak widać.

Często, mocno współczując, rozmawialiśmy o więźniu zza ściany, który przebywał już od kilku tygodni w izolatce i z którym utrzymywaliśmy kontakt, porozumiewając się morsem przez dzielący nas mur. Miał na imię Michał, był w wieku trzydziestu lat, pochodził z Wrocławia i pracował na kolei. Z tej rozmowy wywnioskowaliśmy, że jest on zapalonym wędkarzem. Za co został aresztowany lub za jakie przewinienie zamknięto go w izolatce, o to go nie pytaliśmy. Nieraz jednak w naszych dyskusjach zastanawialiśmy się i wyliczaliśmy ewentualne wykroczenia przeciwko regulaminowi, za które można było zostać zamkniętym samotnie w celi.

Prócz naszego zainteresowania izolatką niekiedy mówiono jeszcze o jakimś ciemnym karcerze, gdzie na posadzce stoi po kostki woda, a dla większej udręki woda jeszcze kapie więźniowi z góry na głowę. Twierdzono, że znajduje się tam tylko żelazny fotel do siedzenia i spania, na który także regularnie, co kilka sekund, spadają krople wody. Właśnie to ciągłe, jednostajne kapanie wody na głowę miało być dla więźnia największą torturą, jakiej - mówiono - nie można nawet sobie wyobrazić.

Czy był tam rzeczywiście taki karcer, na to nie jestem w stanie odpowiedzieć. Zapewne był jakiś karcer, skoro tak uporczywie o nim mówiono. Może był on czymś w rodzaju izolatki o obostrzonym rygorze, gdzie podawano do jedzenia tylko chleb i wodę, do tego ciemnej lub mrocznej, bez pryczy do spania, lecz trudno aż uwierzyć, aby były w nim jeszcze wspomniane wodne udręki.

Oczywiście że jednym z najczęstszych przedmiotów naszych rozmów były dyskusje na temat ucieczek za granicę. Zastanawiano się, do jakiego kraju najlepiej emigrować, i okazało się, że ja, marząc o Tahiti, chociaż właściwie miałem zamiar iść do Francji, nie byłem wcale wyjątkiem. Prócz takich państw europejskich, jak Szwajcaria, Szwecja, Wielka Brytania, Francja, NRF, Belgia, Holandia często wymieniano również jako kraj docelowy: USA, Kanadę, Argentynę, Australię, Nową Zelandię i Afrykę Południową.

Omawiano też różne sposoby ucieczek oraz błędy, jakie uciekający najczęściej popełniali i z powodu których następnie wpadali. W dyskusjach tych niejednokrotnie powoływano się na opowiadania znajomych, którzy odbyli służbę wojskową w WOP-ie.

Z dużą emocją zastanawiano się nad tym, ilu ludziom udało się zbiec i osiągnąć zamierzony cel, ale też nieraz napomykano, że zapewne wielu uciekających poległo od kul ścigających ich żołnierzy lub enerdowskich milicjantów. Niekiedy dyskutanci mówili nawet o znanych im przypadkach takich zdarzeń.

Dla odmiany jednego razu opowiadano o jakimś starcu, który często siedział na polsko-czechosłowackiej granicy i którego nie tylko nikt nie chciał aresztować, lecz wręcz przeciwnie: kazano mu zmykać na drugą stronę granicy i tak polscy wopiści przepędzali go na stronę czechosłowacką, a tamci żołnierze do Polski. Niektórzy z nas nie chcieli w to uwierzyć, za to inni dostrzegli w tym dobry sposób na przejście granicy - udając starca. W dalszej jednak dyskusji okazało się, że wcale nie byłoby to takie proste, bo zapewne tego człowieka już znano i może po kilkakroć z jednej i drugiej strony aresztowano. On pewnie w areszcie tylko się najadł i przespał, a gdy następnego dnia go wypuszczono - bo co z takim robić - znowu szedł na granicę. Byli jednakże wśród nas tacy, którzy nie wierzyli, aby to mogło być prawdziwe, bo jeśliby go rzeczywiście tak parę razy aresztowano, to w końcu dano by mu taką nauczkę, że więcej na granicę już by nie poszedł.

- Ale zanim mu ją dano, mógł przecież kilka razy w ten sposób postąpić - ktoś słusznie zauważył.

*

Opisując nasze rozmowy w celi, muszę również poświęcić trochę miejsca na polemiki, których głównym inicjatorem był pan Czesław. Chociaż niezbyt często zabierał głos w naszych codziennych pogawędkach, to nader zapalał się do dyskusji, gdy usłyszał w niej coś na bardziej poważne tematy, zwłaszcza filozoficzne i naukowe.

Nie przypominam sobie szczegółów z jego ucieczki i aresztowania, ale zdaje mi się, że niewiele z nami o tym rozmawiał. Był krawcem, znał też inne zawody. Mówił, że prócz pracy dużo czasu poświęcał na czytanie książek, a szczególnie lubił wgłębiać się w zajmujące go artykuły popularnonaukowe w gazetach i czasopismach. Gdy szył, zawsze miał włączone radio, ale nie słuchał wszystkiego jak leci, tylko na różnych programach wyszukiwał interesujących go audycji. Może właśnie dlatego, że tak lubił słuchać radia przy pracy, kiedyś przeszył sobie igłą maszynową kciuk prawej ręki, co było jeszcze widoczne, jak raz nam pokazywał ów palec.

Chociaż nie zawsze wszyscy brali udział w rozmowach z nim, ja byłem stałym uczestnikiem tych dyskusji, a on do mnie, jako do niedawnego jeszcze ucznia bardzo często w swoich wypowiedziach się zwracał. Pamiętam, jak pan Czesław mówił raz bardzo ciekawie na temat teorii względności Einsteina, który w tym czasie jeszcze żył i którego życiorys w sposób niezwykle interesujący również nam opowiadał. Teoria względności znana mi była częściowo z niektórych publikacji astronomicznych, lecz w szkołach tego tematu uczono albo w wyższych klasach lub dopiero na wyższych uczelniach. Więcej próbowałem polemizować z nim w dyskusji dotyczącej teorii rachunku prawdopodobieństwa. Jakkolwiek tematu tego w szkole dotychczas także nie przerabialiśmy, to był on o tyle przystępny, że i bez głębszych jego studiów można było coś w tej materii powiedzieć. Zresztą, wykupując niekiedy losy loterii pieniężnej, na swój sposób zastanawiałem się nad rachunkiem prawdopodobieństwa, kalkulując szansę głównej wygranej.

Pan Czesław mówiąc o rachunku prawdopodobieństwa, podał przykład, iż żołnierz w czasie ataku może śmiało położyć się w dole po wybuchu bomby, ponieważ drugi pocisk w to samo miejsce nie spadnie. Zastanowiłem się nad tym i pomyślałem, iż ma chyba rację. Chodząc po wojnie po zrytym pociskami polu, częstokroć grzebiąc w ziemi i szukając w powstałych lejach odłamków, zwłaszcza opisywanych przedtem lotek pocisków moździerzowych, nie natrafiłem na przypadek, aby dwa pociski wybuchły w tym samym miejscu, co byłoby zauważalne po wielkości dołu lub jego kształcie. Niemniej w czasie tej dyskusji nie byłem wcale pewny, czy do takiego dołu nie mógłby wpaść drugi pocisk, zwłaszcza jeśliby spadało ich bardzo dużo. Wyraziłem więc moją wątpliwość, podając następujący przykład:

- Nie wiem, jak poczułby się żołnierz w świeżej wyrwie po kuli armatniej, gdyby artylerzysta z naprzeciwka ustawił swoje działo w jednym kierunku i nie zmieniając jego pozycji, przez dłuższy czas sobie strzelał?

Wówczas okazało się, jaką błyskotliwością umysłu, wiedzą i elokwencją potrafi zaimponować ten spokojny i małomówny krawiec powiadając:

- Jeśliby nawet ów artylerzysta ciągle w jednym i tym samym kierunku strzelał, to mimo to dwa pociski nie spadną w to samo miejsce i zapewne strzelający z dział o tym wiedząc, często tak właśnie czynią. Otóż, jeżeli artylerzysta nawet nie zmieni pozycji lufy, to i tak po każdym wystrzale jej kierunek, choćby bardzo nieznacznie, lecz się odchyli, co spowoduje, że pociski przeleciawszy kilka kilometrów, za każdym razem będą spadały w innym miejscu. Ale gdyby lufa działa nie zmieniła swojej pozycji nawet o część milimetra, to też pociski nie będą spadały w to samo miejsce, bo siła wybuchu ładunku w każdym naboju jest trochę inna i pociski choćby z tego powodu będą spadały bliżej lub dalej. Do tego należy dodać nieidentyczny ciężar, kształt i gładkość pocisków. Ma tu też znaczenie niejednakowy opór, jaki stawia każda łuska naboju przy wyrywaniu się z niej pocisku, a także opór powietrza, które ciągle się zmienia. Powietrze będzie raz rzadsze, raz gęstsze, za każdym razem będzie różna siła oraz kierunek wiatru i również z tych powodów nie ma obawy, że pociski, lub choćby tylko dwa z nich, spadną w to samo miejsce. Chyba że strzelano by do bardzo bliskiego celu, ale z dział strzela się raczej dalej niż na odległość kilkudziesięciu, czy nawet kilkuset metrów.

Było to logiczne, wszelako ktoś poczynił jeszcze dość istotną uwagę: - Dobry żołnierz nie powinien kryć się do dołka w czasie ataku, tylko iść naprzód i atakować.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, lecz pan Czesław i tym razem rzeczowo sprawę wyjaśnił: - Miałem na myśli żołnierza, którego zadaniem jest utrzymanie wraz z frontem swojej pozycji i ma bronić się, a nie atakować.

Niekiedy dyskutowaliśmy z panem Czesławem na inne podobne tematy i chociaż były one niejednokrotnie zupełnie naukowej natury, to nigdy przy tych dyskusjach nie nudziliśmy się.

Nie przypominam już sobie, czy był on wdowcem, rozwodnikiem czy mimo dojrzałego wieku jeszcze kawalerem, ale pamiętam, że był samotny. Wszelako miał charakter zgodny, był uczynny i bardzo sympatyczny; posiadał mieszkanie, kilka fachów i mógł z powodzeniem utrzymać rodzinę. W częstej rozmowie z nim spostrzegłem, iż bardzo interesuje się ludźmi wybitnymi i że czytuje ich biografie. Dużo wiedział nie tylko o Einsteinie, ale także o wielu innych genialnych uczonych, a szczególnie pasjonował się Leonardem da Vinci, którego uznawał za największego geniusza wszechczasów. Kiedyś z nie ukrywaną emocją powiedział, że jakie to szczęście, iż są tacy ludzie, którzy potrafią coś nowego wymyślić, odkryć, wynaleźć czy zrobić coś wspaniałego, wielce użytecznego i potrzebnego. Niejednokrotnie wypowiadał nawet coś w rodzaju litanii nadziei i życzeń, jakich spodziewa się i oczekuje od takich ludzi. Mówił wtedy o wynalezieniu sposobu na tanią produkcję ekologicznej energii elektrycznej; o pięknych, wygodnych i nie trujących domach; szybkich, bezpiecznych i wygodnych środkach lokomocji na Ziemi i w kosmosie; czystym, pięknym środowisku, nie skażonej ziemi, wodzie i powietrzu; długowiecznym zdrowiu, życiu i młodości, i tym podobnych marzeniach.

Po trosze był chyba sam geniuszem (choć bardzo obruszył się, gdy raz ktoś mu to powiedział), bo potrafił wiele rzeczy zrobić, imał się różnych fachów i mógł się pochwalić wieloma w życiu osiągnięciami. Kiedy jeden młodzieniec w celi zaczął trochę pokpiwać z niektórych jego zajęć, odpowiedział zdecydowanie, iż woli je wykonywać, niż być jakimś kombinatorem i żyć bez uczciwej pracy. Uzasadnił, że miał przecież w domu wszystko, co mu było potrzeba, spał spokojnie i, z wyjątkiem sytuacji politycznej oraz gospodarczej kraju, był z życia zadowolony.

Chciał uciec do USA przez Berlin Zachodni. Widział tam duże szanse na interesujące i piękne życie dlatego, że w tym kraju jest najwięcej uczonych, co widoczne jest choćby po liczbie otrzymywanych Nagród Nobla, i że ludzie ci mają jednocześnie duży wpływ na politykę państwa, zarządzanie i decydowanie o jego losie, rozwoju i dobrobycie.

Mimo że nie wszyscy z jego wypowiedziami zupełnie się zgadzali, to jednak nikt mu stanowczo nie przeczył. Ktoś mu wszak zarzucił, że jest ateistą i w Boga nie wierzy, ale pan Czesław po chwili namysłu odpowiedział:

- Jestem takim samym człowiekiem jak inni, bo wszyscy jesteśmy ludźmi tego samego świata i Boga, i uznaję boskie przykazania miłości bliźniego i otaczającego nas świata za najwyższą mądrość i powinność każdego człowieka i przykazań tych staram się dotrzymywać. Następnie dodał: - Cóż wart byłby postęp i cywilizacja, gdyby miało w niej dojść do zatracenia serca i duszy, uczuć i moralności, i twierdził, że bez tych wartości istnienie wysokiej cywilizacji byłoby w ogóle niemożliwe.

Wszelako jeden z młodych więźniów wyraził raz zdziwienie, iż pan Czesław, będąc krawcem, tak bardzo interesuje się takimi filozoficznymi i naukowymi zagadnieniami.

- A mnie jeszcze bardziej dziwi to - odparł pan Czesław - jak czasami młodzieniec, który nieraz legitymuje się świadectwem maturalnym, chce się już żenić i mieć swoją rodzinę; chciałby długo żyć i żeby dzieci były zdrowe; często dokładnie wie, z czego składa się samochód, a na przykładnie wie, jak jest zbudowany on sam. Nie umie powiedzieć, co to jest białko, witaminy, alkohol, nikotyna, wirusy, bakterie lub najgroźniejsze i najczęściej spotykane choroby. Nie wie, jak można uniknąć grypy i innych chorób przeziębieniowych albo np. zatruć pokarmowych. Nie ma pojęcia, jak powinno wyglądać zdrowe mieszkanie i co je najczęściej i najbardziej zatruwa - bo przecież zdrowie i to wszystko jest chyba ważniejsze od samochodu, jakkolwiek samochód jest też bardzo potrzebny.

Gdy ktoś zapytał, czy on wie, jak uniknąć owych chorób przeziębieniowych? Odpowiedział: - Może i tak. Często chorowałem na takie choroby w czasie wojny. Ale jako że z opieką lekarską było wtedy trudno, szukałem więc porad u ludzi i sam próbowałem się leczyć i zapobiegać chorobom. Teraz, mimo że od wojny minęło już dziesięć lat, ani razu nie zachorowałem na grypę, zapalenie płuc lub oskrzeli czy inne podobne choroby. Doszedłem bowiem do oczywistego wniosku, iż o wiele łatwiej jest zapobiegać chorobom, niż później je leczyć. Żeby to osiągnąć, należy właściwie się odżywiać - to znaczy, posiłki winny zawierać wszelkie potrzebne naszemu organizmowi składniki pokarmowe. Trzeba też właściwie, ciepło się ubierać, gdyż wszystkie nasze układy wewnętrzne, z układem immunologicznym włącznie, lepiej wówczas funkcjonują. Jest to przecież bardzo widoczne na przykładzie roślin. Bardzo ważny jest także ruch - trzeba dużo chodzić, biegać, żyć na sportowo i wykonywać różne zajęcia fizyczne. Zauważyłem, iż choroby przeziębieniowe rozpoczynają się od bólu gardła, a później może wystąpić katar, gorączka itd. Kiedy więc spostrzegam takie pierwsze bóle gardła, właściwie tylko lekkie jeszcze szczypanie w gardle, albo też katar lub kaszel z powodu przeziębienia, robię niezbyt mocny roztwór soli kuchennej z wodą i płuczę nim gardło. Czynność tę przez pewien czas powtarzam. Podkreślam, iż najlepiej jest robić to, gdy gardło dopiero zaczyna boleć. Potem już może być za późno. Może dojść do przeniesienia się zakażenia na oskrzela i płuca i rozwinięcia się jakiejś choroby. Nie jest to wszystko jedno, czy zapobiegać chorobie, czy później ją leczyć, bo przebyte zakażenia mogą pozostawić po sobie różne ślady, następstwa i komplikacje. Po wypłukaniu gardła wspomnianym roztworem soli aplikuję sobie witaminę C, zawartą w warzywach lub owocach oraz w tabletkach. Zapobiegam również przeziębieniu się.

Pan Czesław był tak pewny swojej metody, iż mówił, że jeśli ktoś ma jako tako funkcjonujący układ odpornościowy i tę metodę dobrze zastosuje, to nie wierzy, aby mogło wówczas dojść do ciężkiej choroby, której istotną przyczyną bywa przeziębienie.

*

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Krótko przed nimi przybył do celi fryzjer, będący także więźniem, który mnie oraz kilku innym kolegom, przebywającym dłużej w celi, podstrzygł włosy. Jeśli chodzi o golenie, to oczywiście więźniowie golili się sami, korzystając z miednicy i wiszącego nad nią lusterka.

Mieliśmy raczej skromne warunki do mycia się w celi, ale też nie było specjalnej okazji, aby się bardzo wybrudzić. Ponadto co tydzień chodziliśmy do łaźni, gdzie pod prysznicami mogliśmy się wymyć do woli.

Akurat przed świętami przypadł czas zmiany naszej bielizny osobistej i pościelowej, którą wystarczająco często nam wymieniano.

W wieczór wigilijny zasiedliśmy przy stole przykrytym białym prześcieradłem, na którym znalazły się opłatki przysłane nam w listach z domu (ja jeszcze odpowiedzi na mój list nie otrzymałem) oraz nasz chleb pozostawiony od śniadania, a także dwa słoiki śledzi marynowanych i kilka paczek ciastek kupionych na wypiskę w tutejszej kantynie. Niestety, głównie z powodu braku gorącej przegotowanej wody herbaty nie było. Niektórzy więc postawili kubek z zimną wodą przed sobą, a pan Czesław zaraz pocieszył, że woda jest wspaniałym, naturalnym i najstarszym napojem, może jeszcze lepszym od herbaty.

Po podzieleniu się opłatkiem i złożeniu sobie życzeń przystąpiliśmy do spożywania naszej wieczerzy. Gdy trochę już zjedliśmy, w wielce uroczystym nastroju i miłej atmosferze zaczęliśmy opowiadać sobie zwyczaje i obrządki, jakie były obchodzone u każdego z nas w domu w czasie Wigilii i świąt Bożego Narodzenia. Następnie zaśpiewaliśmy kilka najpopularniejszych kolęd, co jeszcze bardziej podniosło nastrój tego wieczoru. Hans, uniesiony tak nadzwyczaj serdeczną atmosferą, wyraził chęć zaśpiewania nam jednej kolędy po niemiecku, której z wielką przyjemnością wysłuchaliśmy. Zaśpiewał "Stille Nacht" i trzeba przyznać, że miał duży talent do śpiewania. Ośmielony i zachęcony tym sukcesem Fransua również zanucił nam piękną kolędę po francusku. Tylko pan Mieczysław nie mógł długo się zdecydować, aby zaśpiewać po angielsku, ale kiedy przyznał się, że zna jedną kolędę w tym języku, to nie ustąpiliśmy i musiał ją zaśpiewać.

W czasie wieczerzy przyniesiono naszą więzienną kolację, która niczym nie różniła się od poprzednich wieczornych posiłków z tym, że jedliśmy ją tego dnia wszyscy razem przy okrytym na biało stole.

W pierwszy dzień świąt zjedliśmy wszyscy dość obfite śniadanie, gdyż kilku więźniów, którzy mieli pieniądze na swoich kontach, kupiło na wypiskę sporo zwyczajnej kiełbasy (bo chyba tylko taką można było tu kupić) i do naszej codziennej kawy i pół bochenka chleba każdy miał na dokładkę wcale pokaźny kawałek tego przysmaku. Po śniadaniu wyszliśmy jak zwykle na przechadzkę. Od poprzedniego dnia śniegu w nocy dużo dopadało i w tej śnieżnej zimowej scenerii oraz w świątecznym, wszelako więziennym nastroju spacer był bardzo odprężający i żal było, że nie mógł trwać dłużej.

Resztę świąt również spędziliśmy mile, a wielkiego uroku przydawał im często padający śnieg. Staraliśmy się zbyt wiele nie rozmyślać o naszych domach i rodzinach, o których wspomnienia mocno ściskały nam serca. Jeśli nie wszyscy to większość z nas pocieszała się, że następne święta Bożego Narodzenia na pewno spędzi już razem z bliskimi w domu.

*

Na Sylwestra w celi duża sensacja. Pan Wojciech po powrocie ze śledztwa oznajmił, że wychodzi na wolność i nie wyjaśniając niczego, spakował swoje rzeczy, by po kilku minutach zniknąć z celi.

- To dziwne... - z niemałym zdumieniem zareagował Henryk, gdy tylko szczęśliwiec opuścił celę. - Umorzenie śledztwa, czy co? Ale jeśli przekroczył nielegalnie granicę, to przecież według nich popełnił wielkie przestępstwo i powinna być przynajmniej jakaś rozprawa, po której ewentualnie mógłby zostać zwolniony do domu. Te jego opowiadania o pobycie w Neschwitz też nie są jakieś zupełnie jasne i wcale nie jestem pewny, czy on tam rzeczywiście przebywał. A teraz na Sylwestra pan Wojciech nagle został zwolniony i poszedł sobie do domu. Może nas tak wszystkich dzisiaj wypuszczą na sylwestrowy bal? - zakończył z humorem pan Henryk.

Podnieceni tym zdarzeniem i tym, co na końcu powiedział nasz kolega, zaczęliśmy częściej spoglądać na drzwi w nadziei, iż może istotnie ktoś jeszcze zostanie wezwany do śledczego, a następnie zwolniony do domu, lecz, niestety, nikogo już nie zawołano. W dodatku tego dnia bardzo szybko ucichł ruch po drugiej stronie korytarza, gdzie były biura naszych śledczych - widocznie w Sylwestra poszli szybciej do domu.

Po ułożeniu się do spania i zgaszeniu światła w celi dużo jeszcze rozmawialiśmy o panu Wojciechu oraz jego zagadkowym wyjściu na wolność, przypominając zarazem różne uprzednie, trochę dziwne spostrzeżenia, dotyczące jego osoby. Potem mówiliśmy sobie, że pewnie już mocno bawi się on na balu, pijąc nie tylko szampana, co - jak mówił - bardzo lubił, jeśli miał jakąś okazję, choć niektórzy podejrzewali, że być może przeniesiono go tylko do innej celi.

Długo jeszcze gawędziliśmy tego wieczoru na temat sylwestrowych zabaw, uczt, zwyczajów i wspomnień w nadziei, że doczekamy tak do północy. Chcieliśmy usłyszeć witające nowy rok wiwaty i wystrzały oraz popatrzeć na ogniste fajerwerki, bo atrakcji w celi nie było za dużo i należało wykorzystać każdą okazję, aby się trochę rozerwać i rozweselić. Przebywaliśmy na najwyższym oddziale, a jak twierdził pan Mieczysław, ponad dachami budynku sądowego miały być dobrze widoczne owe sztuczne ognie, petardy i rakiety. Powiedzieliśmy nawet sobie, że na wypadek, gdybyśmy pousypiali, a ktoś by nie usnął albo w tym czasie ze snu się zerwał, żeby pozostałych chętnych do obejrzenia tych fajerwerków obudził, ale wszyscy usnęliśmy, nikt też się nie obudził i niczego nie widzieliśmy. Rano tylko złożyliśmy sobie życzenia, przede wszystkim jak najszybszego wyjścia na wolność i oby każdy z nas w tym nadchodzącym roku opuścił tę twierdzę.

*

Jakoż niedługo zacząłem całkiem realnie myśleć o tej wolności, ponieważ ósmego stycznia po południu oficer prowadzący dochodzenie oświadczył mi, że moje śledztwo zostało zakończone.

Miałem nadzieję, iż ostatecznie w dochodzeniu tym nie zdołano mi wmówić niczego, czego w rzeczywistości nie było, choć w sumie śledztwo to mocno mnie wymęczyło. Bywały w nim chwile srogie i pełne napięcia, mogące grozić dużymi konsekwencjami, jak i momenty całkiem humorystyczne, gdyby nie to, że czasami mogły również wywołać nie wiadomo jakie skutki. Starałem się wszakże utrzymać kontrolę nad tym, co się w śledztwie działo, i uważałem, iż w końcu dobrze mi ono wypadło.

Jeśli chodzi o mój pamiętnik, to bez najmniejszych wątpliwości przeczytano by go wielokrotnie i drobiazgowo przebadano również wtedy, gdyby nie był zaszyfrowany, lecz sam pomysł zabrania go ze sobą był chyba zupełnie słuszny. Mógł on być dowodem, że moja ucieczka nie była przez nikogo organizowana, jak mi to usiłowano wmówić, tylko wynikła z sytuacji, w jakiej się znalazłem.

Po powrocie do celi przekazałem kolegom wiadomość o zakończeniu śledztwa. Tak jak sam już się orientowałem, powiedzieli, że za kilka tygodni odbędzie się moja rozprawa, po której - dodali - na pewno wyjdę na wolność, otrzymując z pół roku lub rok w zawieszeniu. Również i ja liczyłem na podobny wyrok, chociaż czasami nie byłem tego bardzo pewny.

Teraz po zakończeniu śledztwa był dobry moment na odpisanie na list, jaki zaraz po świętach z domu otrzymałem. Był on pisany jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a w kopercie znajdowała się połowa opłatka. W liście nie czyniono mi wyrzutów za sytuację, jaką sobie zgotowałem, jakkolwiek nie powstrzymano się od zdziwienia, że się w więzieniu znalazłem. Dowiedziałem się, że Stachowi nie udało się odroczyć służby wojskowej na jeszcze jeden rok i zabrano go do wojska zaraz po moim wyjeździe. Napisano, że w czasie świąt Regina ma wyjść za mąż za Olka, którego już przedtem znałem. Powiadomiono Franię o mojej sytuacji. Powiedziała, że przyjedzie odwiedzić mnie w więzieniu, jeśli w najbliższym czasie do domu nie wrócę.

Odpisałem, że śledztwo zostało już zakończone; może za miesiąc będę miał rozprawę, po której na pewno wyjdę na wolność i przyjadę do domu. Dodałem, iż dokładnie nie wiem, kiedy odbędzie się moja rozprawa, ale jak tylko się dowiem, to zaraz o tym napiszę.

Od czasu zakończenia śledztwa mogłem korzystać z moich pieniędzy zajętych w czasie zatrzymania mnie w Zawidowie i przeznaczyć je na wypiskę. Pieniądze te zostałyby zarekwirowane, gdybym w śledztwie nie powiedział, iż nie miałem zamiaru ich zabrać ze sobą do Czechosłowacji, tylko chciałem za nie jeszcze sobie cokolwiek kupić w Zawidowie. Wywóz polskich pieniędzy za granicę powyżej pewnej, bardzo niewielkiej kwoty był niedozwolony. Od czasu zwrotu mi tej sumy znacznie poprawiłem moje menu, które teraz uczyniłem bardziej urozmaiconym i odżywczym. Pieniędzy tych było jeszcze ponad trzysta złotych i mogło to wystarczyć na wielotygodniowe uzupełniające zakupy kiełbasy, dżemu, cukru do kawy i dodatkowego chleba jak również na rewanżowanie się kolegom za ich uprzednie poczęstunki.

*

Dwudziestego pierwszego stycznia został mi wręczony przez prokuratora akt oskarżenia. Po dokładnym przeczytaniu go byłem mocno zdziwiony i sfrustrowany. Zawierał on wiele różnych nieścisłości, zniekształcających rzeczywistość, mimo wielokrotnych zeznań, ustaleń i uzgodnień wszystkich spraw ze śledczym, który był chyba współredaktorem tego aktu i pod pieczątką Wojewódzkiego Urzędu d/s Bezpieczeństwa Publicznego go podpisywał.

Czytając ten dokument, w którym wyszczególniono nawet, że nie posiadałem odznaczeń i orderów, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, iż moja sprawa widziana w tym akcie przez pryzmat różnych artykułów, punktów i paragrafów nabrała jakiegoś nieprawdziwego, formalnego, mocno spłaszczonego charakteru i przedstawiała się niczym w krzywym zwierciadle. Zostałem w tym piśmie nazwany "przestępcą granicznym", chociaż granicy nawet nie widziałem i być może byłem jeszcze od niej daleko.

Postawieniem sprawy na głowie i dość istotnym jej przekłamaniem był w akcie oskarżenia zapis, że po opuszczeniu Karolewa moim głównym celem był przyjazd do brata, a nie przeniesienie się do Technikum Rolniczego w Chojnowie, o co niby zacząłem ubiegać się dopiero później, a przecież u brata znalazłem się tylko dlatego, że z przyczyn uprzednio opisanych do szkoły nie zostałem przyjęty.

Niezrozumiałe i dziwne było też sformułowanie, że "zrezygnowałem z dalszego uczęszczania do szkoły", tak jakbym do szkoły w Chojnowie już uczęszczał, a potem z niej zrezygnował.

O szyfrze nie wspomniano ani słowem, natomiast za wielkie zuchwalstwo poczytano to, iż przed ucieczką zaopatrzyłem się w specjalne podkładki pod buty, mające na celu skierowanie pościgu w odwrotnym kierunku, a więc wprowadzenie władzy w błąd.

Wszelako byłem świadomy, że te wszystkie zarzuty i nieścisłości nie są tak bardzo istotne, gdyż najważniejszą sprawą jest sam zamiar ucieczki za granicę, a w szczególności jego przyczyny. Tutaj uważałem, iż powody te zostały całkowicie i korzystnie dla mnie w śledztwie wyjaśnione, a w czasie rozprawy usunę pozostałe wątpliwości. Nie należy więc niczym się przejmować, bo na pewno wszystko będzie dobrze.  

*

O dacie rozprawy udało mi się po wielu staraniach dowiedzieć dopiero na kilka dni przed jej terminem. Nie było już sensu pisania o tym do domu i lepiej było parę dni jeszcze poczekać i napisać już po procesie, powiadamiając zarazem o jego wyniku. A jeszcze lepiej będzie - w duchu pomyślałem - jeśli w wypadku wypuszczenia mnie po rozprawie na wolność zrobię niespodziankę i sam do domu przyjadę.

Z czterech więźniów z celi, których rozprawy już się odbyły, jeden poszedł do domu następnego dnia po posiedzeniu sądu, otrzymując pół roku więzienia z zawieszeniem na trzy lata. Następny otrzymał pół roku, a dwóch po roku więzienia bez zawieszenia kary.

Zauważyłem, że wszyscy ci, którzy dalej zaszli i byli bliżsi celu, otrzymali wyższe wyroki niż ci, których na przykład zatrzymano jeszcze przed granicą. W związku z tym spostrzeżeniem miałem dużą nadzieję, że zostanę wypuszczony do domu zaraz po procesie.

Te kilka dni dzielące mnie od rozprawy były chyba najdłuższymi dniami, jakie spędziłem w więzieniu. Przeżyłem je w największym zniecierpliwieniu i podenerwowaniu. Nie myślałem o niczym więcej jak tylko o rozprawie i wyjściu na wolność. Układałem plany, co będę robił w Kwidzie po przyjeździe do domu. Mogłem zimą zaangażować się do wyrębu lasu, jaki przeprowadzano w pobliżu naszej wsi, przy którym pracowało dużo młodych chłopców z najbliższych okolic. Jeśliby do tej pracy mnie nie przyjęto, to w domu spędziłbym kilka miesięcy, pomagając w gospodarstwie, a od wiosny przystąpiłbym do pracy na polu w tamtejszej spółdzielni produkcyjnej, chociaż nie miałem zbyt wielkiej ochoty pracować w spółdzielni po tym, co na ich temat nawet tutaj w więzieniu słyszałem. Mógłbym w niej jednak popracować do września, kiedy to mieszkając blisko Karolewa, zapewne szybciej zdołałbym załatwić to przeniesienie do Technikum Rolniczego w Chojnowie. Jednakże teraz po tym, co zaszło, i będąc prawie pewnym, że mój śledczy na różne sposoby dotarł do obu szkół, trochę obawiałem się, czy z moją kryminalną przeszłością zechcą w ogóle ze mną w szkołach rozmawiać, a tym bardziej do technikum w Chojnowie mnie przyjąć. W tych okolicznościach może już lepiej byłoby popracować w spółdzielni produkcyjnej w Kwidzie do czasu ukończenia osiemnastu lat, a potem pójść do jakiejś pracy w Kętrzynie lub wyjechać gdzieś dalej w Polskę. Widywałem przecież w prasie ogłoszenia, w których poszukiwano różnych pracowników, oferując zamieszkanie w hotelu robotniczym, więc w ten sposób mógłbym sobie jakoś dać radę.

Wreszcie nadszedł dzień mojego procesu. Był nim 16 lutego 1955 roku, środa. Po śniadaniu z niecierpliwością i niemałym strachem oczekiwałem ze dwa lub trzy długie kwadranse na otwarcie drzwi celi i wywołanie mnie na rozprawę. W końcu nastąpił ten moment.

Nasze więzienie poprzez jeden z pawilonów łączyło się z budynkiem sądu. Idąc oddziałami, pawilonami, korytarzami i różnymi przejściami doprowadzono mnie do poczekalni dla więźniów, przylegającej do sal sądowych od frontu. Oczekiwało tam już wielu więźniów i nowi wciąż przybywali. Co jakiś czas wołano kogoś na rozprawę. Może po pół godzinie wezwano i mnie. Dwóch milicjantów wprowadziło mnie do wielkiej, aczkolwiek zupełnie pustej sali. Po chwili wszedł cały skład sędziowski. Wraz z milicjantami powstałem z ławy, a gdy sędziowie zajęli miejsca, zaczęła się rozprawa. Przez cały czas stałem przy ławie oskarżonych w otoczeniu owych dwóch milicjantów siedzących tuż obok mnie na ławie. Obrońcy nie miałem. Rozprawa odbywała się przy zamkniętych drzwiach, dlatego też nikogo z publiczności nie było na sali. Odpowiadałem na zadawane mi pytania, w większości na nie potakując z tym, że wniosłem kilka uwag na temat meritum sprawy, a w szczególności to, iż celem mojego przyjazdu w tutejsze strony był wyłącznie zamiar przeniesienia się z Technikum Rolniczego w Karolewie do takiej samej szkoły w Chojnowie, a nie przyjazd do brata, jak zapisano to w akcie oskarżenia. W tej części posiedzenie sądu trwało może trzydzieści minut, po czym zarządzono przerwę na naradę i wymierzenie wyroku. Milicjanci znowu wyprowadzili mnie do poczekalni, gdzie oczekiwałem, jak mi się wydawało, bardzo długo.

Gdy wprowadzono mnie z powrotem na salę, byłem mocno zdziwiony, ponieważ w tym obszernym pomieszczeniu znajdowało się bardzo dużo ludzi i wszystkie miejsca dla publiczności zostały zajęte. Wiele osób stało, zwłaszcza po bokach sali. Dokładnie pamiętam uroczą dziewczynkę stojącą przed publicznością po lewej stronie. Miała ze trzynaście lat i ciemne włosy do ramion. Stała przez cały czas prawie nieruchomo. Zapewne przyszła z rodzicami, którzy wiedzieli jaka to rozprawa i może chcieli, żeby ich córeczka coś z niej pojęła, dobrze się uczyła, trzymała się domu i rodziców, a ryzykownych eskapad rozważnie unikała.

Zastanawiałem się, dlaczego tak dużo ludzi przybyło na salę. Czyżby na temat mojej ucieczki napisano jakiś artykuł w prasie. Czy ten bardzo aktualny wówczas przedmiot mojej sprawy zainteresował tak wielu ludzi.

Nastąpiło ogłoszenie wyroku. Wszyscy powstali z miejsc. Poważny głos sędziego donośnie rozbrzmiewał po sali:

"W imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej,

dnia 16 lutego 1955 roku,

Sąd Powiatowy dla miasta Wrocławia w Wydziale V Karnym po rozpoznaniu w dniu 16 lutego 1955 roku sprawy Piotra Borodyńskiego, syna Andrzeja i Józefy z Kamińskich, urodzonego dnia 24 czerwca 1937 roku w Serpelicach, powiat Biała Podlaska, zamieszkałego w Kwidzie, powiat Kętrzyn, oskarżonego o to, że:

I. W dniu 23 listopada 1954 roku w Zawidowie, powiat Lubań, w zamiarze przekroczenia granicy polsko-czechosłowackiej w kierunku do Czechosłowacji, w miejscu na to nie przeznaczonym i bez właściwych dokumentów, przybył do strefy granicznej, lecz zamierzonego skutku nie osiągnął, ponieważ został zatrzymany przez patrol WOP, to jest o czyn przewidziany w artykule 23 kodeksu karnego.

II. W czasie, miejscu i okolicznościach opisanych w punkcie I-szym, w celu uchylenia się od powinności celnej i wykroczenia przeciwko ograniczeniom wywozowym, nie posiadając zezwolenia na wywóz z Polski do C.S.R. dziesięciu tabliczek czekolady na ogólną sumę 150 złotych, przybył do strefy granicznej, lecz zamierzonego skutku nie osiągnął, gdyż został zatrzymany przez patrol WOP, to jest o czyn przewidziany w artykule 48, paragraf 1, punkt 2 P.K.S.

I. Uznaję Piotra Borodyńskiego za winnego dokonania zarzuconych mu czynów i za czyn opisany w punkcie I-szym, na zasadzie artykułu 23 kodeksu karnego o granicach państwa, skazuję go na jeden rok i sześć miesięcy więzienia, a za czyn opisany w punkcie II-gim, skazuję go na dwieście złotych grzywny, z zamianą, w razie nieściągalności, na dwadzieścia dni więzienia.

II. Na zasadzie artykułu 58 kodeksu karnego zaliczam mu na poczet kary pozbawienia wolności okres tymczasowego aresztowania od dnia 24 listopada 1954 roku do dnia 16 lutego 1955 roku.

III. Orzekam przepadek na rzecz Skarbu Państwa 9 sztuk tabliczek czekolady, zdeponowanej w Urzędzie Celnym we Wrocławiu.

IV. Uwalniam oskarżonego od kosztów sądowych, zaliczając koszty postępowania na rachunek Skarbu Państwa.

Uzasadnienie:

W dniu 23 listopada 1954 roku w Zawidowie oskarżony Piotr Borodyński usiłował nielegalnie przekroczyć granicę z Polski do Czechosłowacji i został zatrzymany przez patrol WOP, mając przy sobie dziesięć tabliczek czekolady. Do winy całkowicie przyznał się podając, że szedł do Czechosłowacji, aby tam znaleźć pracę.

Sąd, uznając jego winę za udowodnioną, skazał go na karę jak w sentencji wyroku, zważywszy szkodliwość społeczną czynu oskarżonego oraz z drugiej strony jego młody wiek i dotychczas nienaganną przeszłość".

Od razu pragnę tu wyjaśnić, że sprawa liczby tabliczek czekolady w akcie oskarżenia i odpisie wyroku przewija się różnie z tego powodu, że jedna tabliczka była już napoczęta i śledczy oddał mi ją w czasie dochodzenia.

*

Byłem bardzo zaskoczony tym wyrokiem i nie mogłem dociec przyczyny tak wysokiego wymiaru kary. Sprawa jednak nie była ostatecznie przesądzona, ponieważ przysługiwało mi jeszcze prawo apelacji od wyroku do sądu wojewódzkiego, z czego oczywiście nie zamierzałem zrezygnować.

Wyrokiem tym byli również zdziwieni współwięźniowie w celi, ale chyba najbardziej był nim zdumiony nasz najstarszy wiekiem oddziałowy, Góral, który prowadząc mnie z rozprawy do celi, dowiedziawszy się o tej sentencji, powiedział, że jest ona dla niego wprost nie do uwierzenia, po których to słowach dodał:

- Musisz złożyć apelację w sądzie wojewódzkim o zmniejszenie kary i zrób to jak najszybciej, bo czym wcześniej odbędzie się rozprawa rewizyjna, tym prędzej może wypuszczą cię do domu.

Chociaż byłem moim wysokim wyrokiem zaskoczony, nie byłem nim skonsternowany. Prawie trzy miesiące już odsiedziałem - mówiłem sobie - więc odbędę jakoś i pozostałe piętnaście miesięcy kary. Ponadto pocieszałem się, że rewizja procesu na pewno zmniejszy ten wyrok, a może też w końcu zostanie uchwalona amnestia, o której tak już głośno mówiono i której powszechnie oczekiwano. Będę mógł także pisać o wcześniejsze zwolnienie warunkowe po odbyciu części kary - pomyślałem sobie.

Następnego dnia zgłosiłem Góralowi decyzję złożenia podania o rewizję procesu i poprosiłem o papier. Po niedługim czasie oczekiwania oddziałowy wrócił i wręczył mi arkusz kratkowanego papieru. Wszelako na czas pisania apelacji zaprowadził mnie do mieszczącej się obok izolatki, która w owych dniach była akurat wolna. Pewnie uczynił to dlatego, abym, pisząc tak ważne pismo, miał warunki do zachowania dyskrecji i żeby był spokój i nikt mi nie przeszkadzał. Prośbę o rewizję rozprawy i o uniewinnienie lub zmniejszenie wyroku umotywowałem tym, że jestem jeszcze bardzo młody - mam tylko siedemnaście lat - i że powinno to być dla mnie okolicznością łagodzącą. Następnie zwróciłem uwagę na to, że granicy jeszcze nie przekroczyłem i nie jestem pewny, czy bardziej zbliżywszy się do niej, w ostatniej chwili nie rozmyśliłbym się i nie zrezygnował z tego zamiaru. Nie omieszkałem też napisać, że jestem chory na serce i płuca, powołując się na badania i leczenie, jakie tu w więzieniu przeprowadziłem, jak również na te, które odbywałem w Olsztynie, a nawet powołałem się na ewentualne poświadczenie współwięźniów, którzy moje dolegliwości znali, gdyż rzeczywiście nieraz im o nich wspominałem.

Zaraz po powrocie do swojej celi, będąc już w trochę lepszym humorze, napisałem list do domu, do Frani i do Kazika, powiadamiając ich o wyroku i o złożeniu apelacji od tego orzeczenia do sądu wojewódzkiego, który na pewno zmniejszy tę karę do sześciu miesięcy lub może do roku. Napisałem też, że mam jeszcze sporo pieniędzy w więziennej kasie na wypiskę i jakoś ten czas będzie mi leciał. Zaproponowałem Frani, aby przyjechała mnie odwiedzić wiosną albo latem, gdyż wtedy na dworze była bardzo brzydka zima. Poprosiłem ją, żeby przekazała Stachowi w wojsku mój adres lub przysłała mi adres jego jednostki, bym mógł się dowiedzieć, co u niego słychać, i żeby, korespondując, czas upływał mi szybciej. Napisałem to wszak zbędnie, bo chyba w dwa dni później list otrzymałem od Stacha. Był w Szczecinie i służył w WOP-ie. Trafił tam zapewne dlatego, że poszedł do wojska jeszcze przed moim aresztowaniem.

*

Pierwszego marca zostałem przeniesiony na oddział karny do pawilonu "C", gdzie również znalazłem się na najwyższym, czwartym oddziale. Zostałem umieszczony w dwuosobowej celi, numer 116, w której przebywał dwudziestoletni młodzieniec. Był to chłopiec raczej mało ciekawy, o niezbyt skoordynowanym myśleniu i mówieniu. Właściwie nie wiem, za co był karany, bo za każdym razem mówił co innego. Był jednak cichy, w miarę grzeczny i mogłem spokojnie pędzić z nim ten mój więzienny żywot. Spaliśmy na żelaznym, piętrowym łóżku - on na dole, ja u góry. Na początku w tej małej celi z tym małomównym kolegą trochę się nudziłem, lecz po dwóch, trzech tygodniach dołączył do nas może dwudziestopięcioletni młodzieniec i od tego czasu życie w celi ożywiło się i jakby ruszyło do przodu. Lubił on opowiadać i umiał to czynić, a jako że miał już w swoim życiu dużo różnych przygód i przeżyć, więc miał też o czym mówić, szczególnie o dziewczynach. Zdaje mi się, że wraz z jego przybyciem wniesiono do celi siennik, ale on spał w łóżku na dole razem z kolegą, przystawiając do łóżka stołki, choć mimo to widziałem, że jest im ciasno.

Tu na oddziale karnym były w celi warcaby oraz szachy, otrzymywaliśmy codziennie lokalną gazetę i co tydzień ilustrowane czasopismo, którego tytułu już nie pamiętam. W prasie tej pilnie wyszukiwałem wiadomości z kraju, które mogłyby być zwiastunem ogłoszenia amnestii. Jednakże na przekór temu, co powszechnie mówiono, wyczytywałem, że w Polsce wszystko przebiega w najlepszym porządku i wszyscy zgodnie budują socjalizm. W prasie nie było niezadowolonych, nie odnotowywano starć, kryzysów, zamieszek ani żadnego innego oporu. Z wiadomości zagranicznych przypominam sobie to, że premiera Churchilla zastąpił na tym stanowisku Eden, a 18 kwietnia zmarł w USA Albert Einstein.

Z tego okresu pobytu w więzieniu pamiętam i to, że pierwszego dnia świąt Wielkiej Nocy zjadłem w celi po raz pierwszy obiad złożony z dwóch dań, ponieważ, oprócz zupy, podano nam kotlet rybny z ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty.

*

Pewnego kwietniowego poranka oddziałowy powiadomił mnie, iż zostałem skierowany do pracy przy sklejaniu pudełek do papierosów, po czym mnie oraz paru młodych więźniów z innych cel naszego oddziału zaprowadził, ku memu wielkiemu zdumieniu, do mojej poprzedniej celi, w której teraz urządzono pracownię do sklejania owych pudełek. Znajdowało się już w niej kilku młodzieńców, doprowadzonych tu z innych oddziałów. Niestety, nikogo z moich znajomych nie było. Pomyślałem od razu, że prawdopodobnie dlatego zrobiono na niektórych oddziałach przetasowania więźniów i zagęszczono cele, o czym opowiadano niedawno w łaźni, bo pewnie szykowano miejsce na tę pracownię.

W mojej poprzedniej celi stało teraz kilka dużych stołów, obstawionych naokoło ławkami i stołkami, oraz leżały sterty odpowiednio wyciętych kartoników z wielkim napisem DUKAT i innymi, drobniejszymi napisami, jakie zwykle znajdują się na każdym pudełku od papierosów. Przedstawiciel fabryki poinformował nas, jak trzeba te kartoniki zginać i sklejać, co należało wykonywać przy pomocy drewnianych form w postaci prostokątnych deszczułek, wielkości równej sklejanym pudełkom, oraz pędzelków i kleju. Za tę robotę mieliśmy otrzymywać akordowe wynagrodzenie, wprawdzie bardzo niskie, ale nikt nie protestował, bo lepsze było to zajęcie w dużej grupie młodych więźniów niż bezczynne przebywanie w celi.

Gdy produkcja ruszyła, przy naszym stole siedziało sześciu młodzieńców, pracujących w dwóch zespołach. Jeden z trójki przykładał drewniane formy do kartoników, które następnie wokół tych form zaginał. Drugi zagięte brzegi kartoników smarował klejem, a trzeci posmarowane krawędzie stykał i wokół form dociskał, po czym z nich zdejmował i gotowe już pudełka układał w wielkich kartonach.

Wkrótce bardzo zgraliśmy się i wzajemnie poznali, a czas przy pracy i opowiadaniach upływał szybko i przyjemnie.

Najbardziej zaprzyjaźniłem się z Jurkiem z Kielc, pracującym w naszym zespole. Mieliśmy wspólne tematy do rozmowy, ponieważ był skazany z tego samego artykułu, co ja, za przekroczenie granicy polsko-enerdowskiej, którą przeszedł pod jakimś niewielkim, zamkniętym dla ruchu mostem na Nysie. Uznał to za bezpieczniejsze niż przechodzenie przez most, który musiał znajdować się pod szczególną obserwacją. I rzeczywiście. W czasie jego przeprawiania się przez rzekę weszli na most polscy, a potem niemieccy żołnierze i wszczęli na nim dłuższą rozmowę. Miał wrażenie, że czymś ze sobą handlują. Było to w letnią, lecz zimną noc. Ukryty za filarem, przeczekał te groźne chwile, a gdy żołnierze odeszli, zdołał przejść na drugą stronę Nysy i oddalić się od granicy. Został jednak potem zatrzymany na bocznej, prawie polnej drodze przez enerdowskich milicjantów jadących na motorach. Dowieziono go na posterunek, przesłuchano, po czym odesłano do Neschwitz.

Po pięciu godzinach tej bądź co bądź nużącej pracy wracaliśmy do swoich cel. Po wyjściu na korytarz doznawałem uczucia ulgi i w drodze powrotnej do swojej celi było nawet przyjemnie tak iść po tych oddziałach i pawilonach, a niekiedy wydawało mi się, że owe pawilony i oddziały, wielkie bramy oraz mocno pozabezpieczane drzwi, choć z wyglądu bardzo złowrogie, są zarazem imponujące i majestatyczne, wywierające na mnie niezwykłe wrażenie.

Mimo tych impresji, gdy przechodziłem korytarzami, oczy zawsze błądziły po różnych zakamarkach, szukając jakichś gzymsów, kanałów, kominów, wietrzników lub innych dróg dających nadzieję i szansę na znalezienie sposobu ucieczki.

Czasami zastanawiałem się, do czego służy druciana siatka rozciągnięta poziomo między korytarzami, wzdłuż całych pawilonów na wysokości pierwszych oddziałów. Gdy kilka razy na ten temat dyskutowałem z więźniami, jedni mówili, że jest to zabezpieczenie przeciw samobójstwom, a inni byli zdania, że po to, by nie móc z górnych korytarzy zeskoczyć czy opuścić się po czymś na parter i w ten sposób chciano utrudnić więźniom ewentualną ucieczkę.

*

28 kwietnia, w czasie zajęć przy sklejaniu pudełek, wszedł do pracowni oddziałowy, wyczytał kilka nazwisk i oznajmił, że po obiedzie wymienione osoby mają przygotować się do wyjazdu do ośrodka pracy - a jak potem kilku chłopaków dopowiedziało: - na pewno do pracy w kopalni węgla kamiennego. W liczbie wywołanych pięciu czy sześciu więźniów znalazłem się również ja, a także Jurek.

Chociaż praca w kopalni dość mnie zatrwożyła, to wyjazd ten trochę mnie też ucieszył i z niecierpliwością oczekiwałem końca zajęć, żeby pójść na obiad i udać się w tę podróż. Jeśli mielibyśmy jechać do pracy w kopalni, to pomyślałem, że na pewno wywiozą nas gdzieś tu w pobliże na Dolny Śląsk, może do Wałbrzycha lub jego okolic. Było wszakże możliwe, iż przetransportują nas na Górny Śląsk, co wydawało mi się, że byłoby ciekawsze, ponieważ dłużej podróżowalibyśmy, czego już od dawna przecież nie czyniłem.

Po obiedzie i pożegnaniu się z kolegami w celi oddziałowy doprowadził mnie oraz kilku innych młodzieńców z naszego oddziału do grupy około dwudziestu więźniów oczekujących na dole na transport do obozu pracy. Jurek, który odsiadywał swój wyrok na innym oddziale, już był w tej grupie. Po dołączeniu do nas następnych skazanych wyprowadzono wszystkich na zewnątrz i załadowano do kilku więziennych suk, w których, z powodu ścisku, nie można było nawet poruszyć się, i zawieziono na dworzec. Tu, przy jakimś bocznym peronie, przesiedliśmy się do specjalnego więziennego wagonu o zakratowanych oknach, gdzie zaraz po naszym wejściu pozamykano wszystkie drzwi na klucz. Do kilku ośmioosobowych przedziałów wciśnięto nas chyba po dwunastu, a gdy zajęliśmy, siedząc lub stojąc, wszystkie możliwe do wykorzystania miejsca, oczekiwaliśmy na odjazd. Jednakże musieliśmy czekać jeszcze długo, bo do chwili przyjazdu następnych skazanych, być może z naszego więzienia lub z wojewódzkiego przy ulicy Klęczkowskiej, którymi zapełniono pozostałe przedziały naszego wagonu. Wkrótce jednak po dokonaniu tej operacji podjechała lokomotywa, która dołączyła nas do pociągu (nie pamiętam, ale zapewne osobowego) i ruszyliśmy w drogę.

W wielkim tłoku i zaduchu jechaliśmy w kierunku Górnego Śląska, chociaż ja jeszcze w czasie postoju zmieniłem swoje zdanie i wolałem już, żeby wieziono nas bliżej - do Wałbrzycha. Późno w nocy przyjechaliśmy na stację w Sosnowcu, gdzie przewekslowano nasz wagon w kierunku Radochy, a po dojechaniu tam o świcie stanęliśmy na bocznicy kolejowej przy jakimś więzieniu czy obozie przejściowym. Tu zjedliśmy posiłek i w barakach na piętrowych łóżkach przespaliśmy się do późnego rana.

Po śniadaniu przez kilka godzin dzielono nas na grupy z przeznaczeniem do różnych kopalń. Razem z Jurkiem znaleźliśmy się w jednej grupie, liczącej około dwudziestu więźniów, którą po obiedzie, samochodem z budą, pod eskortą siedzących w szoferce i z tyłu przy klapie pojazdu uzbrojonych w pistolety maszynowe strażników, przewieziono do Wesołej, oddalonej kilkanaście kilometrów od Sosnowca. Pamiętam, że po drodze ktoś krzyknął: - Jak fajnie! Jedziemy teraz z Radochy do Wesołej! - Zastanawiałem się i sam nie wiedziałem, czy to tylko zwykła zbieżność nazw, czy też jakaś ironia losu. Kończąc tę podróż, wjechaliśmy w bramę Ośrodka Pracy Więźniów w Wesołej II, gdzie po dłuższym czasie dyskusji i jakiegoś bałaganu organizacyjnego rozlokowano nas w znajdujących się tam drewnianych barakach.


Rozdział 4.       Spis treści       Rozdział 6.