5. W DZIWNYM, ALE RZECZYWISTYM ŚWIECIE
Już na dole, w przechowalni rzeczy osobistych więźniów,
spotkałem kapitana z Wojewódzkiego Urzędu d/s Bezpieczeństwa Publicznego, a jak
się później okazało, mojego przyszłego oficera śledczego. Właśnie rozpoczynał
swoje śledztwo od dokładnego przejrzenia zawartości mojego bagażu, a szczególnie
tego, wręczonego mu przez żołnierzy. Przeglądał wszystko długo i skrupulatnie,
nie wyłączając moich zdjęć, którym badawczo przypatrywał się, nie zapominając,
że na ich odwrotnej stronie mogą być jakieś napisy, które - gdy zauważył - dokładnie
czytał.
Część bagażu, mającego znaczenie dla śledztwa, kapitan zabrał
ze sobą, a mnie - przebranego już w więzienną bieliznę,
szare drelichy, w okrągłym czepku na głowie i obutego w drewniaki, wraz z innym
ekwipunkiem - oddziałowy odprowadził do pawilonu A, na
czwarty oddział. Tu, zatrzymawszy się przy celi z numerem 101, otworzył kilka
solidnych zamków, a następnie masywne drzwi i kazał mi wejść do środka.
Nigdy nie zapomnę tych pierwszych chwil, kiedy znalazłem się w
celi. Oddziałowy przedstawił mnie znajdującym się w niej siedmiu więźniom jako
nowego kolegę, a ci zaraz po zamknięciu drzwi oblegli mnie pytając, czy nie mam
papierosów. Sprawiłem im duży zawód mówiąc, iż jestem niepalący. Wszakże nim to
usłyszeli, nabrali już takiej ochoty do palenia sądząc, że będę właśnie miał coś
do zaspokojenia ich głodu, iż teraz nie wytrzymali i zaczęli wytrząsać z
kieszeni paprochy, aby skręcić z nich papierosa. Wśród strzępów i okruchów
wydobytych z kieszeni znajdowało się trochę tytoniu po noszonych w nich
papierosach, którego wraz z paprochami starczyło zaledwie na sporządzenie
jednego skręta. Zawinięto go w jakiś papier pakunkowy, bo gazet w celi nie było,
i wspólnie wypalono, napełniając całą salę niezbyt aromatycznym i szczypiącym w
oczy dymem.
Potem dowiedziałem się, że papierosy i ich niedopałki skończyły
się im poprzedniego dnia, a zakupy na wypiskę mogli zrobić dopiero za kilka dni,
bo jedynie raz w tygodniu ich dokonywano. Poza tym niewiele tylko osób w celi
posiadało pieniądze na koncie w kasie więziennej, by móc poczynić zakupy.
Widząc, że nie jestem zorientowany, co oznacza wypiska, od razu wytłumaczono mi,
że nazywają tak zakupy polegające na zgłaszaniu oddziałowemu rodzaju papierosów
czy artykułów spożywczych, jakie więźniowie chcą kupić za pieniądze, które
posiadają w depozycie i jakie to artykuły są im następnie przynoszone do celi.
Pieniądze do depozytu mogli wkładać, idąc do więzienia, czy też potem ktoś je
przysyłał. Mogli również zapracować w więziennych warsztatach szewskich albo
krawieckich, jak i wykonując inne prace, będąc już po wyroku i przebywając na
oddziałach karnych.
Nikt mnie nie pytał, za co mnie zamknięto, bo wszyscy w tej
celi byli osadzeni za nielegalne przejście lub usiłowanie przekroczenia granicy.
Zapytano tylko, gdzie mnie zatrzymano, a gdy odpowiedziałem, że w Zawidowie,
zaraz odezwał się jeden z więźniów mówiąc, że kiedyś pracował w tym mieście.
Opowiedziałem mu moją historię z mapami, z czego on mocno się uśmiał, gdyż
bardzo dobrze znał ten teren i potwierdził, że granica przebiega przez
Zawidów.
Pięciu więźniów było w młodym wieku. Byli to chłopcy mający po
dwadzieścia kilka lat. Dwóch aresztowanych było już mężczyznami, liczącymi około
czterdziestu i czterdziestu pięciu lat. Jeśli sobie dzisiaj dobrze przypominam,
to wszyscy oni zostali zatrzymani przed albo na granicy polsko-enerdowskiej lub
już na terenie NRD. Mieli oni zamiar dostać się do Berlina, w którym nie było
jeszcze słynnego muru i można było łatwo przejść z Berlina Wschodniego do
Zachodniego. Można było od razu próbować przedostać się do jego części
zachodniej, trzeba było tylko przejść pierścień kontroli enerdowskich
otaczających to miasto.
Jeden z młodych więźniów zamierzał wszakże przedostać się do
NRF, jak wtedy skrótowo nazywano Niemcy Zachodnie, przez granicę między Turyngią
a Łabą dzielącą te dwa państwa niemieckie.
Dopiero tu zorientowałem się, że miast iść do Francji przez
Jugosławię, o wiele łatwiej byłoby chyba dostać się do niej przez NRD i Berlin
Zachodni.
Najwyższy wzrostem jasnowłosy młodzieniec, którego zatrzymano w
NRD, miał w czasie ucieczki przy sobie pistolet i teraz bardzo obawiał się
wysokiego wyroku, gdyż za nielegalne posiadanie broni groziło mu dodatkowo pięć
lat więzienia. Broni tej jednak w czasie zatrzymania nie użył i to go w dużej
mierze uspokajało.
Po zapoznaniu się i dłuższej rozmowie ze współwięźniami
począłem z wielkim zainteresowaniem rozglądać się po celi i zauważyłem, iż nie
wygląda ona tak bardzo tragicznie. Choć pobyt w niej nie należał do rzeczy
przyjemnych, to pomyślałem sobie, że jakiś, z pewnością przecież niedługi czas
będzie można wytrzymać.
Cela była wielka. Miała około osiem metrów długości i ponad
pięć metrów szerokości. Po lewej stronie stał duży stół z dwiema ławami, a z
tyłu obok kaloryfera leżała sterta równo ułożonych sienników i pościeli,
okrytych starannie z każdej strony kocami.
Po prawej stronie celi znajdowały się dwa solidnie zakratowane
okna, a przy nich stały niewielkie, ale mocno wykonane stołki. Na parapetach
okien leżały przyniesione z więziennej biblioteki książki, nowo oprawione - zapewne dzieło więziennych introligatorów.
Ponieważ kaloryfer mocno grzał, jedno okno było otwarte,
obnażając czarne, grube kraty. Było przez nie widać duży sądowy budynek, stojący
za wysokim murem okalającym więzienie. Na murze stały pośrodku i na rogach
murowane wieżyczki strażnicze, w których siedzieli uzbrojeni wartownicy,
nazywani przez więźniów kogutami.
Na dole, między okalającym murem a więzieniem, rozciągał się
niewielki podłużny placyk, po którym w koło spacerowali rozstawieni gęsiego
więźniowie.
Ściany celi były wybielone wapnem, a u sufitu wisiała jedna
słaba żarówka, która była bardzo skąpym oświetleniem, jak na tak duże
pomieszczenie. Podłoga była z długich świerkowych desek, czysto utrzymana,
widać, że często i dokładnie przez więźniów szorowana.
W kącie przy pierwszym oknie stał wielki kibel do załatwiania
swoich potrzeb oraz wylewania zlewków i pomyj, przykryty metalowym deklem. Za
nim była oparta o ścianę deska, którą w razie potrzeby kładziono na kibel po
zdjęciu pokrywy. Obok stały dwa wiadra z wodą, a na stołku duża miednica do
mycia i prania, jako że w celi nie było umywalki i bieżącej wody.
Nigdzie nie mogłem dostrzec kosza na śmieci, może dlatego, że
niewiele odpadków pozostawało do wyrzucenia z celi, gdyż prawie nic tu się nie
marnowało. Zdążono mi już właśnie pokazać różnokolorowe krzyżyki, serduszka i
inne ozdoby zrobione w celi z plastikowych trzonków zużytych szczoteczek do
zębów i temu podobnych materiałów. Sporządzano je przy pomocy bardzo prostych
albo z kolei niezwykle wymyślnych narzędzi w postaci żyletek, agrafek,
połamanych łyżek, kawałków drutu, szkła i innych odpadów osiągalnych w celi lub
przemyconych z zewnątrz. Tak samo potrafiono wytwarzać różne piękne rzeczy z
pudełek od zapałek, a nawet wykorzystać nie dopalone zapałki. Zauważyłem też
schowane w jednym kącie karty do gry (posiadanie ich w celi było zabronione),
wykonane z kartonu pozyskanego z pudełek po papierosach. Zużywano także do
różnych celów wszystek papier, jaki tam się znalazł. Pozostałe nieużyteczne
odpadki i śmieci, jak te po zamiataniu podłogi, wrzucano do wspomnianego
pojemnika z wodą na wszelkie nieczystości.
Na rozmowie i przyglądaniu się wszystkiemu upłynął mi czas do
wieczora, do chwili, kiedy zaczęto rozdawać kolację. Miskę, litrowy blaszany
kubek i stołową łyżkę otrzymałem w jednym z magazynów przed przybyciem do celi.
Teraz przed kolacją starannie je tylko wymyłem.
Gdy odgłosy wydawania posiłku dochodziły już z sąsiedniej celi,
podeszliśmy wszyscy z miskami do drzwi w oczekiwaniu na ich otwarcie. Za chwilę
oddziałowy je otworzył, a dwóch niewysokich, lecz krępych więźniów postawiło
wielki kocioł zupy przed progiem i jęło nam ją nalewać do naszych misek,
napełniając je prawie po brzegi.
Był to barszcz ukraiński, na który składała się gęsta
mieszanina posiekanych czerwonych buraków, kartofli, fasoli, marchwi, kapusty i
innych warzyw. Nie bardzo mi to smakowało, ale ponieważ nie jadłem od rana i
widziałem, jak z dużym apetytem inni go pałaszują, zjadłem wszystko do dna, a
gdy po kilkunastu minutach znowu otworzyły się drzwi i spytano, czy ktoś chce
dolewkę, za przykładem i namową pozostałych więźniów zgłosiłem się i wlano mi
jeszcze prawie taką samą porcję. Ale już nie mogłem jej zjeść do końca, bo
potrawa ta jednak nie przypadała mi do gustu. Gdy powiedziałem to współwięźniom,
jeden z nich odrzekł z trochę kpiarską miną:
- Dlatego dolewkę dostałeś, bo inni też tej zupy nie lubią i
dużo jej w kotle zostaje. Musisz to jakoś przełknąć i strawić, gdyż jutro na
śniadanie dostaniesz tylko suchy chleb i czarną kawę, a na obiad nie wiadomo,
czy będzie dolewka, bo mimo nie najlepszego jej smaku nie zawsze ją dają.
Po kolacji rozmawialiśmy jeszcze ze dwie godziny, do
wieczornego apelu, kiedy to o ustalonej porze wszedł do celi oddziałowy, a my
słysząc jego wchodzenie, ustawiliśmy się w szeregu na około trzy metry przed
drzwiami. Jak szereg był już zwarty i uporządkowany, starszy celi wystąpił krok
do przodu i odmeldował nas na nocny wypoczynek następującymi słowami: "Obywatelu
oddziałowy, cela sto jeden, stan ośmiu, obecnych ośmiu. Dobranoc!"
Gdy apel mieliśmy już za sobą, wzięliśmy się do słania naszych
pościeli, rozbierając stos ułożonych sienników i rozkładając je przy bocznej i
tylnej ścianie w pobliżu kaloryfera.
Kilka godzin przed kolacją wydano mi w magazynie ręcznik,
prześcieradło, powłoczkę na poduszkę i jeden koc, natomiast siennik i poduszka,
lub raczej twardy podgłówek, były jeszcze zapasowe w celi.
Jeden koc wystarczał do przykrycia, bo w ostatnich dwóch dniach
na dworze znacznie się ociepliło, a kaloryfery nadal mocno grzały i nie było
obawy, że w nocy będzie za zimno. Na wszelki jednak wypadek podpowiedziano mi,
że gdyby w nocy było chłodno, to mogę unieść prześcieradło i położyć się na
gołym sienniku, za to przykrywając się nie tylko kocem, ale i podłożonym pod
niego prześcieradłem. Pocieszono mnie następnie, że zimą, w czasie dużych
mrozów, można zsunąć dwa sienniki razem, posłać na nich w poprzek jedno
prześcieradło, położyć się we dwójkę i przykryć się drugim prześcieradłem
normalnie wzdłuż oraz dwoma kocami.
Kiedy już leżeliśmy na swoich posłaniach, dalej rozmawiając ze
sobą, podszedł do drzwi oddziałowy, odsłonił przysłonę judasza, zajrzał do celi,
a zobaczywszy, że leżymy wszyscy gotowi do snu, zgasił światło kontaktem z
korytarza.
*
Usnąłem dość szybko i spałem mocno, ale po odespaniu swoich
zaległości z poprzednich mniej spokojnych nocy - a może
też dlatego, że było w celi gorąco i powietrze zbyt suche od grzejącego
kaloryfera - nad ranem nawiedziły mnie sny. Ujrzałem w
nich sceny z moich młodszych lat, kiedy mieszkałem w Kwidzie. Śniło mi się, że z
Zygmuntem ścigamy się na rowerach, jadąc z Kwidy do Kętrzyna. Ja go wyprzedzam,
jadę przez cały czas pierwszy, lecz nie mogę zdecydowanie go wyprzedzić i
oderwać się choćby na jeden metr. Ciągle czuję jego obecność za moimi plecami,
jedzie tuż za mną, jakby uczepił się mojego roweru. Słyszę jego oddech, ale
kiedy po chwili oglądam się, ze zdziwieniem spostrzegam, że go już nie ma.
Rozglądam się, patrzę wszędzie, lecz wokoło tylko puste pola.
Później jeszcze raz przyśnił mi się Zygmunt. Siedzimy obaj na
wysokim świerku i zrywamy szyszki na sprzedaż do niedalekiej leśniczówki dla
pozyskania z nich nasion, tak jak to niegdyś każdego roku czyniliśmy. Jest późna
zima, w lesie leży jeszcze dużo śniegu, jednakże na drzewach słychać już
wiosenne śpiewy ptactwa. Na uginających się gałęziach świerku wisi mnóstwo
szyszek. Z zapałem zrywamy je i zrzucamy na ziemię. Nagle pojawia się nad nami
wielki jastrząb. Najpierw zatacza duże koło na niebie, a potem spada w dół i nas
atakuje. Dopiero teraz zauważamy u góry, prawie na samym wierzchołku świerku
jego gniazdo. Szybko rzucamy się do ucieczki, pośpiesznie złażąc z drzewa, omal
że z niego nie spadając.
Obudziłem się. W półśnie widziałem jeszcze tego jastrzębia,
lecz po chwili, gdy trochę oprzytomniałem, zdziwił mnie ten sen, bo w
rzeczywistości nigdy podobne zdarzenie nam się nie przytrafiło.
Następnie rozmyślałem o Zygmuncie. W czasie kiedy ja podjąłem
naukę w Karolewie, on poszedł do zakładu rymarskiego w Kętrzynie do przyuczenia
zawodu. Odwiedziłem go kilka razy w tym zakładzie, będąc w mieście. Widziałem,
jak wytwarzano tam uprzęże, siodła, chomąta, rozmaite pasy i smycze ze skóry.
Zygmunt czasami przynosił do domu różnego rodzaju portfele, których kilka mi też
podarował. Chociaż były wykonane z odpadów skóry, wyglądały bardzo
elegancko.
Przypomniało mi się, jak raz poszliśmy z Zygmuntem do lasu na
grzyby i w pewnym momencie z niepokojem spostrzegłem, że zbyt daleko od siebie
odeszliśmy, a po chwili poszukiwań i zawołań stwierdziłem, iż zupełnie
pogubiliśmy się. Nazbierawszy już sporo grzybów, nie pozostało mi nic innego,
jak zawrócić do domu sądząc, że on w tej sytuacji postąpi tak samo. Idąc
ogarniał mnie jednak lęk na myśl, co będzie, jeśli kolega do domu nie wrócił i
długo nie będzie powracał. Właśnie wtedy usłyszałem czyjeś w lesie dalekie
wołanie i rozpoznałem, że jest to głos Zygmunta. Szybko pobiegłem w jego
kierunku i po kilku minutach znalazłem się przy nim. Zastałem go stojącego w
wielkim okopie i wygrzebującego kijem z ziemi jakąś dużą skrzynię, przywaloną
zapadłymi piaszczystymi brzegami owego dołu. Poszukałem drugiego patyka i jąłem
mu pomagać. Niesprawnie nam szło, bo często to, co odgrzebaliśmy, zawalało się z
powrotem. Prócz kijów, pomagaliśmy sobie w odwalaniu ziemi rękami i nogami. W
końcu dokopaliśmy się do jednej dolnej krawędzi. Wówczas usunęliśmy wszystek
piach z wierzchu skrzyni, głęboko odkopaliśmy ją naokoło, chwyciliśmy za
widoczną dolną krawędź i z wielkim wysiłkiem unieśliśmy skrzynię jednym bokiem.
Stwierdziliśmy, że jest to skrzynia bez wieka, odwrócona dnem do góry.
Podparliśmy uniesioną krawędź kijami, lecz, niestety, zarówno w skrzyni, jak i w
znajdującym się pod nią piachu prócz strzępów przegniłych szmat i śladów papieru
niczego więcej nie znaleźliśmy. Jednakże pracę naszą wynagrodził przypadek, bo
idąc z tego miejsca do domu, napotkaliśmy gaj, w którym nazbieraliśmy dużo
prawdziwków i dopełniliśmy nasze koszyki.
Potem przypomniały mi się inne przeżycia z Kwidy i zacząłem
żałować tych czasów, przeto postanowiłem, że jak tylko wypuszczą mnie z
więzienia, to pojadę z powrotem do domu.
Nad ranem znowu usnąłem, ale spałem już chyba niedługo, bo
niebawem zapaliło się światło w celi, co oznaczało, że trzeba już wstawać.
*
Wkrótce wykaraskaliśmy się z naszych pościeli i jęliśmy układać
sienniki w stos, a na nich podgłówki, prześcieradła i kilka koców, pozostałymi
okrywając ułożoną tak stertę. Po zrobieniu porządku z naszą pościelą, kto
szybszy ten pierwszy poszedł się myć, nalewając wody do miski, chociaż niektórzy
zdążyli umyć się jeszcze przed układaniem lub w czasie porządkowania pościeli.
Następnie, ubrani już w nasze drelichy, przez niedługi czas oczekiwaliśmy na
poranny apel. Kiedy usłyszeliśmy zgrzyt i chrobot otwieranych zamków w naszych
drzwiach, ustawiliśmy się wszyscy w szeregu, czekając na wejście oddziałowego.
Gdy ten ukazał się i przekroczył próg, starszy celi złożył mu raport tymi samymi
słowami, co poprzedniego wieczoru, zamieniając tylko "dobranoc" na "dzień
dobry".
Po apelu dobre pół godziny oczekiwaliśmy na rozdanie śniadania.
Kiedy w końcu otworzyły się drzwi, dwóch więźniów, tych samych, którzy
poprzedniego wieczoru roznosili kolację, przyniosło kocioł czarnej, bardzo słabo
słodzonej kawy zbożowej i cztery bochenki czarnego chleba dla nas wszystkich do
podziału. Było to więc po pół bochenka chleba na osobę. Wśród łyżek mieliśmy
dwie, których rękojeści z jednej strony były naostrzone o cementowy parapet
znajdujący się po zewnętrznej stronie okna i nimi poprzekrawaliśmy bochenki na
połowę. Po dokonaniu tej czynności każdy z nas wziął swoją rację i pewną jej
część, którą przeznaczył na śniadanie, pokroił na skibki, a resztę pozostawił na
później do spożycia na sucho w razie poczucia głodu lub jako dodatek do zupy na
obiad czy kolację. Ponieważ trzonkiem łyżki trudno było pokroić chleb jak
należało, przeto rżnięto go na grube skibki, żeby w czasie krojenia nie połamały
się. Okruchy, których wiele przy takim krojeniu powstawało, skrzętnie zbierano
ze stołu i ochoczo zjadano. Było to bardzo ciemne pieczywo, o konsystencji gliny
i chyba też niewiele różniące się w smaku.
Dwóch lub trzech więźniów miało w celi smalec albo zwyczajną
kiełbasę, kupione na wypiskę, więc smarowali chleb smalcem, czy też dokładali do
niego kawałek kiełbasy. Kto nie miał tych przysmaków, był z reguły częstowany
przez kogoś, co je posiadał. Po pewnym czasie zwykle następował rewanż, bo temu,
co teraz częstował, mogły skończyć się pieniądze w więziennej kasie, a ktoś inny
mógł właśnie jakąś sumę otrzymać. Sporo moich pieniędzy zajęto z podejrzeniem,
iż chciałem je bez zezwolenia wywieźć za granicę i nie mogłem nimi dysponować,
przynajmniej do czasu zakończenia śledztwa. Mimo że niewiele było osób w celi
posiadających dodatkowe produkty zakupione na wypiskę, poczęstowano mnie łyżką
smalcu, którym chętnie posmarowałem mój chleb na śniadanie.
*
Po zakończonym posiłku wywołał mnie oddziałowy i zaprowadził do
mojego oficera śledczego, mającego swoje biuro po drugiej stronie korytarza na
tym samym oddziale. Gdy tylko wszedłem do środka, od razu rozpoznałem siedzącego
za biurkiem kapitana. Był to ten sam oficer Urzędu do spraw Bezpieczeństwa
Publicznego, który zaraz po moim przybyciu do więzienia skrupulatnie przeglądał
moje rzeczy. Nie wiedziałem wówczas, że będzie on moim oficerem śledczym, choć
funkcję tę zaczął wykonywać już wtedy. Na moje powitanie odpowiedział szorstkim
głosem, po czym kazał mi usiąść na krześle, przez cały czas bacznie mi się
przypatrując.
Po kilku słowach wstępnej rozmowy kapitan przystąpił do
śledztwa, w którym całe dochodzenie rozpoczynał jakby od nowa. Dokładnie pytał o
wszystkie moje dane personalne, mimo że miał je już w kilku poprzednich
protokołach zapisane. Wypytywał także, jak to już uprzednio czyniono, o wszelkie
dane dotyczące mojej rodziny. Interesowało go, gdzie kto mieszka, gdzie pracuje,
a szczególnie, czy ktoś z rodziny lub krewnych przebywa na stałe za granicą albo
czasami wyjeżdża do innych krajów. Pytał, czy z kimkolwiek utrzymuję kontakt za
granicą, ewentualnie czy znam tam kogokolwiek. Na te ostatnie pytania
odpowiadałem przecząco, gdyż nikt z bliższych ani dalszych moich krewnych nie
mieszkał wówczas za granicą, nikt nie wyjeżdżał ani nikogo tam też nie znałem.
Od początku roztrząsał także wszystkie sprawy związane z moją
ucieczką, zadając mi mnóstwo pytań dotyczących powodów, celu, kierunku i
zamierzonego sposobu realizacji ucieczki oraz innych szczegółów z nią
związanych.
Odnośnie przyczyn ucieczki zrelacjonowałem mu szeroko moją
sytuację, w jakiej znalazłem się po nieotrzymaniu przeniesienia z Karolewa,
niczego nie zmieniając ani nie ukrywając. Przeciwnie. W dalszym ciągu sądziłem,
że czym dokładniej pozna on całą prawdę, tym szybciej najistotniejsza sprawa w
całej ucieczce będzie wyjaśniona, prędzej zostanie zakończone śledztwo i
wcześniej wyjdę na wolność. Jednakże kapitan nie był skory do akceptowania moich
powodów ucieczki tak, jak mu je przedstawiłem, tylko ciągle doszukiwał się
czegoś innego, mając wiele różnych zastrzeżeń do tego, co mówiłem.
Jeśli chodzi o państwo docelowe, do którego miałem zamiar się
udać, to śledczy oczywiście nie uwierzył, że chciałem iść tylko do
Czechosłowacji, i zadał mi między innymi następujące pytanie:
- To dlaczego mieliście
przy sobie tak dużo czekolady, skoro szliście tylko do
Czechosłowacji?
Mówił do mnie per "wy", której to formy, podobnie jak mówienia
"obywatelu", mocno wtedy nadużywano w życiu publicznym, a szczególnie urzędowym,
aby nie wypowiadać słowa "pan", uważanego za synonim kapitalizmu.
Śledczy pytał następnie, do jakich nielegalnych organizacji
należę oraz kto podsunął mi pomysł zrobienia tych podkładek pod buty i czy ktoś
służył mi pomocą w ich wykonaniu, na co miałem tylko jedną, wiadomą już
odpowiedź.
Pytał także, czy ucieczka była przez kogoś organizowana, czy
ktoś mi w niej pomagał i czy ktoś mnie za granicą oczekiwał? Gdy na te pytania
odpowiedziałem również przecząco, śledczy wyciągnął z szuflady swojego biurka
jedno moje zdjęcie, na odwrocie którego była zapisana ołówkiem data 27.11.54, i
zagadnął mnie, co ona oznacza, pytając o to z nie ukrywanym triumfem, bowiem w
wypisanym na zdjęciu dniu odbywało się właśnie to śledztwo.
Odpowiedziałem, że w ten dzień miałem odebrać od fotografa w
Bolesławcu zdjęcia, które sobie zrobiłem niedługo po przyjeździe do brata
wiedząc, że będą one konieczne do nowej legitymacji szkolnej i potrzebne do
załączenia do moich akt w kancelarii szkoły.
- I co, fotograf kazał wam
czekać aż trzy tygodnie na odbiór tych zdjęć? To jakiś leser, a nie fotograf!
- odfuknął kapitan.
- On mnie uprzedził, że
przez dwa tygodnie zakład będzie zamknięty, bo gdzieś wyjeżdżał, na urlop czy w
jakiejś sprawie, tego już nie pamiętam.
- Mówicie, że nie
pamiętacie -
próbował zbić mnie z tropu oficer - i nie poszliście do innego fotografa? Woleliście czekać,
czy innego fotografa w Bolesławcu nie było ?
- Na pewno był, ale
czekając na przeniesienie, aż tak bardzo mi się nie śpieszyło - odpowiedziałem.
- A nie dał on wam żadnego
pokwitowania, tylko datę odbioru zdjęć musieliście zapisać na swojej
fotografii?
- Dał, ale gdy wróciłem do
domu, stwierdziłem, że gdzieś je zgubiłem, więc póki pamiętałem, zanotowałem
sobie tę datę. Zapisałem ją na zdjęciu, bo jak obywatel kapitan pewnie zauważył,
nie mam specjalnego notesu ani kalendarzyka. Poza tym - dodałem - można by przecież to u niego
sprawdzić.
- A na jakiej ulicy ma on
swój zakład? -
zapytał oficer.
- Jest on na jednej z
głównych ulic w tym mieście, ale nie znam dobrze Bolesławca i nazw jego ulic.
Wiem tylko, gdzie się ona znajduje.
- Coś tu kręcicie. Ciągle
czegoś nie pamiętacie albo coś gubicie, a teraz mówicie, że nie znacie nazwy
ulicy, na której daliście sobie zrobić zdjęcia - mocno naparł
kapitan.
- To tylko tak się
przypadkowo złożyło - odpowiedziałem.
- Za dużo tych przypadków
naraz. Dodajmy jeszcze do tego to, dlaczego po tak długiej przerwie fotograf
miałby otwierać swój zakład dzisiaj, to jest w sobotę, a nie od razu od
poniedziałku? Przyznacie chyba, że to też logiczne pytanie. Ale nie trudźcie
się, ja wam na to wszystko odpowiem jednym zdaniem. Po prostu ta data to nie
termin odbioru waszych zdjęć, tylko czas ustalonego na dzisiaj spotkania. Dokąd
zamierzaliście do dzisiaj dojść i gdzie oraz z kim mieliście się
spotkać?
Że też musiałem wplątać się w tę datę - pomyślałem - mogłem przecież jej
nie zapisywać, tylko zapamiętać. Widząc teraz, iż śledczy jest bliski wpakowania
mnie w jakąś nieciekawą kabałę, zdecydowałem stanowczo zareagować:
- Nigdzie z nikim nie
zamierzałem dzisiaj się spotkać. Jeśli obywatel kapitan uważa, że zeznaję
nieprawdę, to można przecież sprawdzić, choćby u wszystkich fotografów w
Bolesławcu, których zapewne nie ma tak wielu, czy u któregoś z nich nie ma moich
zdjęć do odebrania.
- Już ja będę wiedział, co
zrobić i do tej sprawy na pewno powrócimy, a teraz porozmawiajmy jeszcze na
temat waszego szyfru.
Mówiąc to, oficer wyciągnął szyfr z pliku leżących na biurku
dokumentów i przeglądając go w swoich rękach, zapytał:
- Co to za szyfr? Tylko
mówcie prawdę, bo co nieco zdążyliśmy się już w nim zorientować.
- To mój zaszyfrowany
pamiętnik, jak to już wiele razy odczytywałem -
odpowiedziałem.
- Tak, czytaliście, ale za
każdym razem wychodzi wam co innego. Co tam naprawdę jest zakodowane?
Od razu zorientowałem się, że to jakiś blef śledczego. Na pewno
musi mnie zwodzić. Było niemożliwe, abym za każdym razem szyfr odczytywał
inaczej, bowiem znałem go już prawie na pamięć. Jeśli jednak w dekodowaniach
były rzeczywiście jakieś pomyłki, to może popełnili je ci, którzy moje
odczytywania w Lubaniu zapisywali. Chciałem mu to powiedzieć, lecz nie zdążyłem,
bo kapitan po chwili bacznego obserwowania reakcji, jaką na mnie wywarł swoim
stwierdzeniem, wręczył mi szyfr do odcyfrowania, a sam zabrał się do notowania
tekstu.
Gdy przystąpiłem do odczytywania szyfru, śledczy, notując, od
czasu do czasu czynił gesty i miny, jakby mu się coś nie zgadzało, a po jego
odszyfrowaniu rzekł:
- I co, myślicie, że ktoś
wam uwierzy w to, co wy tu czytacie? Radzę wam, abyście od razu powiedzieli, co
naprawdę jest tam zaszyfrowane, to lepiej na tym wyjdziecie.
Właściwie na tym zakończyło się dochodzenie tego dnia, a ja,
wychodząc z pokoju śledczego, miałem trochę mieszane uczucia i nie wiedziałem,
czy dobrze ono dla mnie wypadło, czy źle.
*
Jak tylko oddziałowy wprowadził mnie z powrotem do celi,
zaciekawieni współwięźniowie spytali, pod którym numerem pokoju miałem śledztwo,
a kiedy im powiedziałem, pocieszyli mnie, że jeszcze nie najgorszego mam
śledczego, bo wielu kolegów trafiło bardziej pechowo. Trochę dziwiono się, że
tak długo byłem na przesłuchaniu, ale nie pytano o jego przebieg. Powiedziano
mi, iż w czasie mojej nieobecności dwóch innych młodych więźniów było także w
śledztwie, lecz obaj już dawno powrócili. Teraz wszyscy oczekiwali wyjścia na
spacer, gdyż więźniowie z poprzednich cel, których wyprowadzano na przechadzkę
przed nami, sporo czasu temu już wyszli i zaraz powinni wracać.
Rzeczywiście, ledwie zdążyliśmy włożyć kurtki na plecy,
usłyszeliśmy dochodzący z korytarza głośny stukot drewniaków powracających
więźniów, a wkrótce oddziałowy otworzył drzwi naszej celi i wyszliśmy na spacer.
Zeszliśmy na dół z czwartego oddziału, który był trzecim piętrem, jako że
oddział pierwszy znajdował się na parterze, i wyszliśmy na zewnątrz. Otoczone
murami niewielkie podwórko, po którym spacerowaliśmy, rozciągało się po drugiej
stronie naszego pawilonu i było widoczne z cel mieszczących się po przeciwległej
stronie korytarza oraz z okien biur naszych śledczych. Spacerowaliśmy chyba pół
godziny, rozstawieni co parę metrów jeden za drugim. Pewnie dlatego, że było nas
ośmiu w naszej dużej celi, spacerowaliśmy sami i nie dołączano do nas więźniów z
innych cel, w których przebywały po dwie, trzy lub cztery osoby.
Po powrocie ze spaceru zastaliśmy w celi wielki bałagan. W
czasie naszej nieobecności przeprowadzono kipisz. Rozrzucono stos sienników i
pościeli, poprzestawiano kubki i miski na półce oraz przeszukano wszystko, co
tylko było można. Chyba niczego jednak nie znaleziono i nie zabrano. Powiedziano
mi, że takie kipisze urządza się, raczej bardzo rzadko, w poszukiwaniu grypsów,
ewentualnie narzędzi bądź jakichś oznak przygotowywania ucieczki, jak na
przykład przepiłowania lub nadpiłowania krat, albo też buntu czy innych
zamiarów. Przyszło mi przez chwilę do głowy, iż na pomysł tego kipiszu mógł
wpaść mój śledczy w jakiejś obawie, że za mało dokładnie skontrolował mnie po
moim przybyciu do więzienia i sądził, iż może udało mi się coś - co według niego
powinienem albo mogłem ze sobą mieć - przemycić i ukryć teraz pieczołowicie w
celi. Jednakże, gdyby rzeczywiście tak myślał, to obawy te i taka przezorność
byłyby zupełnie zbędne, bo wystarczająco dobrze i to wielokrotnie przeszukali
już moje ubrania i rzeczy jego poprzednicy w WOP-ie. O możliwości
przeprowadzenia takiego kipiszu dopiero teraz większość młodych więźniów się
dowiedziała, a jeden starszy mężczyzna, który przebywał już ponad rok w tej
celi, obecnie pierwszy raz zobaczył, jak to wygląda w praktyce. Trochę poczułem
się głupio wobec nich, gdyż na pewno skojarzyli to sobie z bardzo długim
przesłuchiwaniem mnie w czasie śledztwa, bo o szyfrze, podkładkach i filmowaniu
mnie nic im nie mówiłem.
Wkrótce po uporządkowaniu przez nas celi przyniesiono obiad.
Dano nam miskę dość gęstej zupy z jęczmiennej kaszy i kartofli. Po jej zjedzeniu
czekaliśmy na repetę, ale dolewki nie przyniesiono.
Po obiedzie zaprowadzono mnie do fotografa, gdzie zrobiono mi
kilka zdjęć z przodu i z profilu oraz zdjęto odciski palców. Potem, do wieczora,
grałem ze współwięźniami w karty w tysiąca.
Na godzinę przed roznoszeniem kolacji jęliśmy spacerować wzdłuż
celi i choć wszyscy maszerowaliśmy naraz, tak nauczyliśmy się chodzić i wymijać,
odpowiednio się rozstawiając, że sobie nawzajem nie przeszkadzaliśmy.
Spacerując, nie rozmawialiśmy. Każdy o czymś rozmyślał. Ja zastanawiałem się nad
moją obecną sytuacją, lecz nie mogąc w niej znaleźć nic pocieszającego ani
wymyślić czegoś, co mogłoby mi w niej pomóc, usiłowałem przynajmniej dać
odpowiedź na nurtujące mnie od czasu zakończenia przedpołudniowego śledztwa
pytanie: dlaczego fotograf po półmiesięcznej przerwie otworzył swój zakład w
sobotę, a nie od razu od nowego tygodnia, w poniedziałek? Niebawem znalazłem
chyba słuszne rozstrzygnięcie tej kwestii, gdyż przypomniałem sobie, że wcale
nie mówiłem śledczemu, iż fotograf miał zakład otworzyć w sobotę, tylko że w ten
dzień mogłem już odebrać zdjęcia, a to zupełnie co innego. Skąd u licha
wytrzasnął on to pytanie? Na wszelki jednak wypadek, gdyby fotograf również miał
otworzyć swój zakład w sobotę, znalazłem też chyba niezłe wytłumaczenie,
dlaczego mógłby on tak postąpić. Otóż, jeśli zamknął on swoje atelier dokładnie
na dwa tygodnie i uczynił to właśnie w sobotę, to potem nie pozostało mu nic
innego, jak również w ten sam dzień je otworzyć. Wyjaśniam przy okazji, iż wtedy
wszystkie soboty, prócz przypadających w święto, były robocze, tylko że
pracowano o dwie godziny krócej. Ponadto - pomyślałem
- fotograf mógł mieć interes otworzyć swój zakład w
sobotę, bo w soboty, jak również w niedziele, fotografowie często robią dużo
zdjęć okolicznościowych, przeważnie grupowych, kiedy to wykonują wiele odbitek,
a więc sporo zarabiają.
Zadowolony, że przynajmniej tę sprawę udało mi się jako tako
rozwiązać, postanowiłem, iż na następnym przesłuchaniu tak ją oficerowi
przedstawię, jeśli mnie jeszcze o to zapyta.
Po kolacji, na którą otrzymaliśmy jakąś zupę, porozmawialiśmy
trochę, pograliśmy w różne towarzyskie gry, a po apelu rozłożyliśmy naszą
pościel i poszliśmy spać.
Tak przeszedł mi drugi dzień w celi i spostrzegłem, że oba te
dni minęły nawet dość szybko. Stosunkowo prędko upłynęło mi jeszcze kilka
następnych dni, lecz potem czas zaczął bardzo się dłużyć.
*
Najwięcej czasu spędzaliśmy na czytaniu książek. Były to
przeważnie książki umoralniające, które ostały się podwójnej cenzurze: cenzurze
tamtych czasów i selekcji więziennej. Jako że tej cenzurze oparły się również
książki podróżnicze, więc korzystałem z okazji i czytałem między innymi dużo
powieści podróżniczo-przygodowych.
Czytaliśmy zwykle w dzień, bo wieczorem przy świetle jednej
słabej żarówki można było czytać tylko w jej pobliżu. Za to nawet przy tym
oświetleniu można było z powodzeniem grać w karty. Grywaliśmy więc w czwórkę w
tysiąca, sześćdziesiąt sześć, a później także w pokera na zapałki, przy której
to grze mogło brać udział pięć lub nawet więcej osób naraz. Ja, podobnie jak
kilku innych młodzieńców, nauczyłem się grać w pokera dopiero tutaj. Jeden ze
starszych panów w celi, widząc jak męczymy się w tysiąca, postanowił nauczyć nas
- jak powiedział - bardziej
męskiej gry i z ochoczą cierpliwością zabrał się do objaśniania nam jej reguł.
Kiedy po kilku godzinach treningu pojęliśmy, o co w tej grze chodzi, to potem
grywaliśmy również w pokera.
Gry tej nauczył nas pan Mieczysław, będący w wieku może
czterdziestu paru lat. Został on zatrzymany w Berlinie Wschodnim, ale nie w
sytuacji, jak zamierzał uciekać dalej, do Berlina Zachodniego, bo tam od
dłuższego czasu już mieszkał. Zatrzymano go w momencie, kiedy wybrał się do
Berlina Wschodniego na zakupy, podobno po kostkę masła na sąsiednią ulicę,
ponieważ artykuły spożywcze były tam tańsze. Wpadł wówczas na jakąś kontrolę, a
że miał również polskie dokumenty przy sobie, uznano go za Polaka, którego
miejsce powinno być w Polsce i tu do więzienia we Wrocławiu go
przytransportowano.
Pan Mieczysław pozostał po wojnie na Zachodzie i podjął służbę
w brytyjskiej kompanii wartowniczej w Hanowerze, a później przeniósł się do
takiej służby w Berlinie, w sektorze brytyjskim, i teraz miał głównie odpowiadać
za służbę w obcej armii, za co groziło mu pięć lat więzienia. Opowiadał, że
właśnie w brytyjskim wojsku nauczył się grać w pokera, gdzie grał na angielskie
pensy, szylingi i funty.
Właściwie nie wolno było posiadać kart w celi ani, tym
bardziej, w nie grać. Jednak cela była narożna, miała duży winkiel w lewo, więc
oddziałowy, który od czasu do czasu podglądał nas przez judasza, mógł widzieć
tylko plecy graczy siedzących nad stołkiem karcianym przy lewej ścianie. Mógł
podejrzewać, że jesteśmy zajęci grą w karty, lecz gdyby przyszło mu do głowy to
sprawdzić, szybciej schowalibyśmy karty i upozorowali jakąś rozmowę, niż on
zdążyłby otworzyć drzwi celi. Zresztą, pozorowanie rozmowy byłoby zbędne, bo za
każdym razem, gdy oddziałowy otwierał drzwi celi, mieliśmy obowiązek ustawić się
przed nim w szeregu i w ciszy, prawie jak do apelu. Poza tym, nauczeni zapewne
przykrymi doświadczeniami albo mając taki nakaz regulaminowy, oddziałowi
pojedynczo w obecności więźniów nigdy nie wchodzili w głąb celi i chyba nikt z
nich nie odważyłby się szukać schowanych kart lub rewidować w tym celu
aresztowanych. Trzymali się oni w pobliżu nie domkniętych lub nawet szeroko
otwartych na korytarz drzwi i nie przypominam sobie, żeby kiedyś wchodzili dalej
niż na jeden lub dwa kroki w głąb celi. Zwykle rozmawiali z nami, stojąc na
progu lub za progiem na korytarzu. Niemniej oddziałowy, którego nazywaliśmy
Góralem ze względu na jego góralski akcent, niekiedy upominał nas mówiąc: - Co wy tam w tym kącie zawsze siedzicie? Czy nie macie
innego miejsca w celi? - Zapewne orientował się, iż
gramy w karty, a jako że nie robiliśmy przecież nic wielce złego, przeto dawał
nam spokój.
Na przesłuchania chodziłem co drugi lub co trzeci dzień i za
każdym razem wyglądały one podobnie. Wprawdzie śledczy często wywlekał coś
nowego, wypytywał o jakieś następne sprawy, przedstawiał kolejne dowody lub
wysuwał wątpliwości, ale przeważnie koncentrowały się one na szyfrze. Zawsze,
gdy brałem go do ręki w celu ponownego odczytania, zastanawiałem się, ile tych
odcyfrowań jest im potrzebne, żeby zorientować się, co jest tam napisane. Na
pewno prócz moich dekodowań sami również próbowali go rozszyfrować, tym bardziej
iż dysponując kopiami moich tłumaczeń, nie było to takie trudne. Zapewne też
przywoływali do pomocy specjalistów, którzy już w ogóle nie powinni byli mieć z
tym kodem kłopotów.
W czasie przesłuchań dużo mówiono także na temat celu i
przyczyn ucieczki oraz wokół tego, czy sam ją podjąłem, czy też była ona przez
kogoś lub w porozumieniu z kimś, zwłaszcza z jakimiś organizacjami przygotowana.
Usilnie wypytywał śledczy również o kierunek docelowy ucieczki, lecz ja ciągle
obstawałem przy Czechosłowacji, choć czasem wydawało mi się, że lepiej byłoby
może i w tym wypadku powiedzieć prawdę i wyjawić, że chciałem iść do Francji.
Jednakże byłem świadomy, iż pociągnęłoby to za sobą wiele nowych następstw i
komplikacji. O fotografie już nigdy więcej nie rozmawialiśmy. Pewnie sprawdził,
czy u któregoś z nich w Bolesławcu są moje zdjęcia do odebrania, a może nawet
kazał je do siebie przysłać. Czasami więc myślałem, że zrobi mi niespodziankę i
pokaże te fotografie, ale nigdy tak się nie stało.
Podobnie jak ja wszyscy pozostali więźniowie z celi chodzili co
pewien czas na przesłuchania, a gdy wracali, chętnie słuchaliśmy, co na ich
temat opowiadają, choć nie wszyscy zbyt wylewnie dzielili się swoimi problemami.
Nie było wszakże w zwyczaju wypytywanie kogoś o coś, czego sam nie mówił,
zresztą niektórzy nie mieli już chęci mówić, wymęczeni pytaniami, jakie im
podczas przesłuchań zadawano. Mimo wszystko orientowaliśmy się, jakie kto ma
kłopoty, i wiedzieliśmy, iż wielu ma bardzo ciężki przebieg śledztwa.
Będąc już co nieco zorientowany, jak moja sprawa wygląda, rad
nierad zabrałem się do pisania listu do domu. Napisałem raczej niewiele,
informując jedynie, iż wynikły przeszkody z moim przeniesieniem się do Technikum
Rolniczego w Chojnowie i że znalazłem się w więzieniu za próbę ucieczki za
granicę. Napisałem, iż czuję się dobrze i żeby się nie martwiono, gdyż niedługo
wyjdę na wolność i wrócę do domu. Również w podobnym tonie i duchu wysłałem list
do brata w Otoku.
Może w dwa tygodnie po moim przybyciu został po rozprawie
przeniesiony na oddział karny wysoki wzrostem młodzieniec, który był starszym
celi, a po jego odejściu do pełnienia tej funkcji współwięźniowie wybrali mnie.
Do starszego celi należało reprezentowanie więźniów przed oddziałowym, a w
szczególności składanie raportu na porannych i wieczornych apelach, którego
słowa, przez wielokrotne powtarzanie, dokładnie pamiętam do dzisiaj. Trudno
wymyślić mniej romantyczny, a bardziej banalny tekst, niż uczynił to autor tego
raportu, cytowanego tu już w obu wersjach kilka stron wcześniej. Starszy celi
miał też czuwać nad tym, by w celi był utrzymany porządek, spokój i właściwe
zachowanie się więźniów. Pozostałem nim do końca pobytu w tej celi.
*
Na drugi lub trzeci dzień na miejsce przeniesionego więźnia
przybył do celi nowy, może trzydziestopięcioletni mężczyzna, mający na imię
Wojciech. Wyglądał bardzo elegancko i niezwykle grzecznie się zachowywał. Mówił,
że został zatrzymany na terenie NRD, gdzie następnie przebywał przez kilkanaście
dni w specjalnym areszcie dla tego typu więźniów w miejscowości Neschwitz, który
to areszt zaliczyli również wszyscy znajdujący się w celi więźniowie zatrzymani
w NRD. Po następnych kilku dniach został po rozprawie zwolniony do domu
czterdziestoletni mężczyzna, a na jego miejsce przyszedł nowy więzień, pan
Henryk, w wieku około trzydziestu lat, również przywieziony z Neschwitz. Wkrótce
po jego znalezieniu się w celi wywiązała się między nim a panem Wojciechem
dyskusja, z której wynikło trochę dziwne to, że obaj w Neschwitz nie spotkali
się, chociaż - jak twierdził nowo przybyły - widywał on w tym areszcie wszystkich zatrzymanych. Pan
Henryk w końcu czymś wytłumaczył to, dlaczego mogli się nie spotkać, i wszyscy
niebawem o tej dyskusji zapomnieli, z wyjątkiem niego samego, który jakby nie
wierzył we własne tłumaczenie i któremu ta sprawa jeszcze przez długi czas nie
dawała spokoju. Ja, słuchając tej dyskusji, wyciągnąłem swój własny wniosek, iż
pan Wojciech, przynajmniej w tym czasie, o którym mówił, w Neschwitz nie
przebywał.
Tymczasem ten ostatni nadzwyczaj sprawnie i szybko w celi się
zadomowił i z nami zaprzyjaźnił, a my byliśmy zadowoleni, że mamy tak miłego,
grzecznego i rozmownego kompana. Miał również tego samego śledczego, co ja, o
którym nie wyrażał się nazbyt pochlebnie, różnie go nazywając. Mimo że nie lubił
on naszego wspólnego śledczego, podobnie jak ja, miałem do pana Wojciecha jakieś
uprzedzenie, którego natury zrazu nie mogłem pojąć. Był dla mnie niezbyt wyraźną
postacią. Swoim wyglądem, rozmową i zachowaniem jakby do nas nie pasował. Mówił
dużo, aczkolwiek ciekawie, przeważnie o podbojach kobiet, którego to tematu
więźniowie nader chętnie słuchali. Był jednak jakiś "za mało" zmartwiony i
przejęty swoim więziennym losem, ciągle dowcipkował i opowiadał wesołe historie.
Jego pobyt w celi przypominał raczej pobyt na wczasach, chociaż niekiedy
wydawało się, iż nudzi się bardziej od nas.
Moja nieufność wobec niego przerodziła się z czasem we
wrażenie, że mnie śledzi. Gdy coś zaczynałem mówić, zaraz nadbiegał i nastawiał
uszu. Niedługo byłem pewny, iż mnie szpicluje. Przyszło mi więc na myśl, że jest
nasłanym do celi kapusiem i wszystko, co usłyszy, donosi mojemu śledczemu. Nie
miałem wprawdzie żadnego pojęcia, czy takowi są podstawiani w celach, ale
wydawało mi się, że jest to całkiem możliwe. Zastanawiałem się następnie, czy
jest on zawodowym, specjalnie przeszkolonym oficerem śledczym, czy też więźniem
skaperowanym do takiej współpracy, na przykład w zamian za skrócenie odbywania
kary.
Obserwowałem go i starałem się dociec, czy pozostałych więźniów
też inwigiluje. Trudno było to stwierdzić, chociaż dużo i chętnie rozmawiał ze
wszystkimi. Czasami myślałem, że ma już taki charakter i sposób zachowania się,
ale co do tego, iż mnie szpicluje, byłem już prawie pewny.
Domniemanie to potwierdzał niejako fakt, że chodził on niemal
zawsze na śledztwo na około godzinę przed wydaniem obiadu, a gdy wracał, prawie
w momencie jego rozdawania, podchodził jak wszyscy z miską po zupę, ale potem
najczęściej jej nie jadł. Tłumaczył się, iż jest zmęczony śledztwem albo nie ma
apetytu lub tej zupy nie lubi i pytał mnie, czy nie mam chęci na jego obiad. Z
reguły - jak inni, gdy ja rezygnowałem - odpowiadałem na to twierdząco, bo
jedzenia było mało, a poza tym postanowiłem żyć z nim w zgodzie, niczego nie dać
po sobie poznać i ewentualnie jeszcze go do czegoś wykorzystać.
Wydawało mi się, że wychodząc w porze obiadowej na śledztwo, ów
detektyw je obiad razem ze śledczym w jego pokoju albo w stołówce, na pewno wraz
z drugim daniem, jakiego my nigdy nie oglądaliśmy. Potem, syty, nie ma już
ochoty na zupę i oddaje ją dla mnie, być może po to, żeby mnie bardziej kupić,
wejść ze mną w większą poufałość i uczynić bardziej skorym do zwierzeń.
Jednego razu właśnie, gdy wszyscy w celi podzielili się na małe
grupki, zajęci rozmowami, a ja siadłem w kącie sam, czytając książkę, pan
Wojciech nie wytrzymał, aby nie skorzystać z dogodnej okazji do porozmawiania ze
mnę. Podszedł do mnie i rozpoczął mniej więcej taką dyskusję:
- Podobno miałeś bardzo
ciekawą i dobrze przygotowaną ucieczkę. Jak to się stało, że cię
złapali?
Zauważyłem, iż siadając przy mnie, przysunął swój stołek tak,
że w czasie rozmowy sam był odwrócony plecami do siedzących trochę dalej
kolegów, a jednocześnie mnie przed nimi zasłaniał, stwarzając w ten sposób
dogodne warunki do odizolowanej i poufnej pogawędki. Byłem pewny, iż chce się
dowiedzieć, jak to naprawdę z tą ucieczką było, aby następnie donieść to
śledczemu. Nie mogłem mu wszak powiedzieć, żeby się odsunął, bo jest wstrętnym
kapusiem, a ja z takimi nie rozmawiam, tylko postanowiłem z tej sytuacji wybrnąć
inaczej: miast wpaść w jakieś tarapaty, osiągnąć z niej pożytek. Spróbowałem
więc zrobić z niego coś w rodzaju zdezinformowanego agenta, a zarazem mojego
obrońcę czy pośrednika i tak mu przedstawić sprawę, aby potem niezamierzenie
bronił mnie przed śledczym zdobytymi wiadomościami. W tym celu powiedziałem mu
nieco więcej, niż wyznałem kapitanowi, aby utwierdzić śledczego w przekonaniu,
iż panu Wojciechowi bardziej dokładnie wyjawiam fakty.
Postanowiłem poprzez niego trochę zaspokoić ciekawość śledczego
w niektórych sprawach, nieco korygując swoje zeznania. Powiedziałem więc, że
szedłem do Jugosławii, skąd pochodzi moja bratowa i gdzie jest o wiele lepiej
niż w Polsce. Chciałem jeszcze dodać, iż w kraju tym nadal mieszka wielu jej
krewnych, ale powstrzymałem się, żeby przypadkiem mnie lub ją nie pytano o nich.
Mówiąc mu, że bratowa pochodzi z Jugosławii, zapewne niczego tu śledczemu
ryzykownie nie wyjawiłem, bo na pewno sam dawno już się o tym dowiedział.
W rozmowie tej niby to zwierzyłem mu się, że niepotrzebnie
zacząłem tłumaczyć się tym, iż chciałem iść tylko do Czechosłowacji, i że teraz
głupio mi zmieniać to zeznanie.
Uznałem, iż nadal byłoby wielką pochopnością i nieostrożnością
powiedzieć, że zamierzałem udać się do Francji, bo z jednej strony Jugosławia w
dużej mierze wystarczała do wyjaśnienia i postawienia na nogi sprawy docelowego
państwa mojej ucieczki, a z drugiej, mówiąc, że tylko tam szedłem, obywało się
bez tej zdrady socjalizmu, której - słuchając na każdym
kroku ówczesnej ideologii i propagandy - bardzo się
obawiałem. Ponadto, jeśli w zaszyfrowanym pamiętniku pisałem, iż socjalizm jest
taki dobry, to dlaczego szedłem wtedy do Francji, która była nazywana
kapitalistyczną. Starałem się więc nie dopuścić do takich sprzeczności.
Twierdzenie, iż chciałem iść do Jugosławii, mogło być znakomicie poparte faktem,
że zatrzymano mnie przy granicy czechosłowackiej, co wskazywało nawet na większe
prawdopodobieństwo, iż szedłem do tego kraju niż do Francji, do której trzeba
byłoby iść raczej przez NRD.
O wszystkim innym opowiedziałem mu tak, jak mówiłem śledczemu,
niczego nie zmieniając - przeciwnie, byłem przecież
zainteresowany, oby jak najlepiej poznano przyczyny mojej ucieczki za granicę.
Pan Wojciech słuchał tego wszystkiego w wielkim skupieniu,
niczym mój śledczy, z miną, jakby starał się to, co mówiłem, dokładnie
zapamiętać. Byłem pewny, że niczego z tego nie wyjawi moim kolegom, bo raczej
nie chciałem, aby o tych wszystkich szczegółach i niuansach wiedziano w
celi.
Nie byłem pewny natomiast, gdyż tego w wyraźny sposób nie
zauważyłem, czy pan Wojciech jeszcze kogoś albo może wszystkich w celi
inwigilował i dlatego też na ten temat z nikim nie rozmawiałem. Zresztą, w ogóle
nie miałem jakichś bezwzględnie oczywistych i bezsprzecznych dowodów, że był
donosicielem czy konfidentem, by móc kogoś przed nim ostrzegać, a prócz tego
wszyscy sami mocno się pilnowali i na temat swoich bardziej sekretnych spraw
nikomu się nie zwierzali. Ponadto wyraźnie dostrzegłem, że jakkolwiek pan
Wojciech sam dużo mówił, to inni w rozmowie z nim byli raczej powściągliwi.
*
W drugiej połowie grudnia atmosfera w celi trochę przygasła. Po
rozprawie został przeniesiony na oddział karny chyba najbardziej zaprzyjaźniony
ze mną młody więzień, z którym najwięcej rozmawiałem. Miał zawsze pogodne, lub
wręcz wesołe usposobienie, przy czym jego humor był nader delikatnej natury,
któremu nie mógł dorównać pan Wojciech swoimi dowcipami. Na imię miał Janusz,
ale nazywaliśmy go Częstochową, ponieważ młodsi więźniowie naszej celi
ponadawali sobie nawzajem przydomki pochodzące od nazw miast, w których
mieszkali. Ja zostałem Olsztynem, chociaż w nim nie mieszkałem, tylko był on
moim miastem wojewódzkim. Podobnie był w celi Kraków, Kalisz i Legnica.
Na miejsce Częstochowy przybył mężczyzna około pięćdziesiątki,
pan Czesław. Był krawcem, ale miał minę wielkiego myśliciela i nadzwyczaj
poważnie się zachowywał. Mało z nami rozmawiał, za to dużo rozmyślał,
najczęściej siedząc przy stole i podpierając się prawą dłonią o podbródek.
Czasami po cichu coś sobie nucił. Gdy już z nami dyskutował, to nie przypominam
sobie, aby kiedyś coś mówił na temat swego zawodu czy swojej pracy, tylko we
właściwy sobie sposób poruszał różne, najczęściej bardzo poważne zagadnienia,
niekiedy czysto naukowe.
W tym okresie bywały jednak dni, że całymi godzinami nie tylko
on, ale i my wszyscy, może z wyjątkiem pan Wojciecha, nie byliśmy chętni do
rozmowy, kiedy to mieliśmy dość czytania książek, gry w karty, stawiania
pasjansów i wróżenia sobie z kart. Opanowywała nas jakaś zbiorowa chandra i
połowę dnia potrafiliśmy przechodzić po celi, maszerując tam i z powrotem po
długich deskach podłogi. Chodzenie to przerywaliśmy tylko na posiłki, spacer na
dworze lub przyglądanie się spacerującym więźniom na podwórku pod naszymi
oknami. Przypominam sobie zwłaszcza jednego z nich, który zwracał na siebie
naszą ogólną uwagę, maszerując niezwykle majestatycznie, mocno wydłużając krok,
jakby mierzył nimi ten placyk. Szczególnie dużo nas siedziało i stało przy
oknach, gdy na zewnątrz spacerowały więźniarki. Niektórzy mieli już swoje
sympatie z widzenia, do których grypsowali, i bardzo martwił się ten, którego
wybranka nie wyszła na spacer, próbując rozwikłać zagadkę, dlaczego jej nie ma.
Mimo że grypsowanie było niedozwolone i bardzo ryzykowne,
zarówno dla spacerujących na dole więźniarek, jak i dla nas w celi, to jednak
pan Henryk zdołał porozumieć się z upatrzoną przez siebie dziewczyną na tyle, że
przekazał jej swoje imię, nazwisko oraz adres i poznał jej imię, miasto z
którego pochodzi i numer telefonu. Obiecał do niej zadzwonić, kiedy wyjdzie na
wolność. Dziewczyna była piękna i zgrabna i trochę zazdrościliśmy, że tak mu się
to udało i tak sobie fajnie sprawę załatwił. A załatwić taką sprawę w więzieniu
to niebywała rzecz i wielka uciecha, nawet gdyby miał się z dziewczyną spotkać
dopiero za kilka lat.
Niekiedy, zwłaszcza wieczorami, siadaliśmy przy stole i dla
przepędzenia nudy zabawialiśmy się w zadawanie mało sensownych, a bardzo
denerwujących pytań, mających naśladować te, jakimi oficerowie Urzędu d/s
Bezpieczeństwa Publicznego podczas przesłuchań nas obdarzali.
Pan Mieczysław, który przebywał w śledztwie już ponad rok, miał
na dłużyznę czasu nader ciekawy sposób, zajmując się wyrabianiem swoich
krzyżyków, łańcuszków, pudełek oraz innych cacek i ozdóbek, do wytwarzania
których zdołał zawsze zdobyć materiały, nieraz w bardzo przemyślny sposób.
Próbowało go naśladować kilku innych chętnych do spędzania w ten sposób czasu,
lecz rzadko udawało im się wykonać takie arcydziełka jak temu najdłużej
przebywającemu w naszej celi więźniowi, być może właśnie dlatego, iż mieli
krótszy staż w tym zajęciu i mniejszą wprawę. On także niewiele z nami
rozmawiał, ale jako że miał również pasję do gry w pokera, przy której mocno się
ożywiał, wówczas nadrabiał te zaległości. Niekiedy uczył nas angielskich słów,
pisowni i wymowy, co mnie bardzo zainteresowało, przeto nauczyłem się sporo słów
oraz paru prostych zdań i liczenia w tym języku.
*
Pewnego dnia, chodząc sobie po celi, bardzo zatęskniłem za
wolnością i zacząłem zastanawiać się, jak by - chociaż
na krótki czas - znaleźć się na niej, wśród wolnych
ludzi - no i coś wymyśliłem. Przypomniałem sobie, jak
zaraz po moim przybyciu do więzienia pan Mieczysław opowiadał, że kiedyś jednego
więźnia z celi na prześwietlenie płuc wieziono aż do wojewódzkiego więzienia we
Wrocławiu, mieszczącego się przy ulicy Klęczkowskiej, kiedy to chłopak nie tylko
kilka kilometrów się przejechał, ale również trochę się rozerwał i odprężył.
Wtedy ta opowiastka niezbyt mnie zainteresowała, lecz teraz,
nudząc się już bardzo, przypomniała mi się ona, a wraz z nią moja nerwica serca
i bliżej nie określona choroba płuc. Jak już wspominałem, obu tych dolegliwości
w swoim hipochondrycznym doszukiwaniu się chorób u siebie się dopatrywałem, o
których jednak, z powodu zamieszania związanego z ucieczką i znalezieniem się w
więzieniu, zapomniałem prawie całkowicie.
Podszedłem więc do drzwi i nacisnąłem przycisk, wzywając
oddziałowego, który po kilku minutach się zjawił, wypowiadając swoje: "O co
chodzi?". Powiedziałem mu, że przed aresztowaniem leczyłem się na serce i płuca,
a teraz znowu poczułem się gorzej i poprosiłem, aby zaprowadzono mnie do
lekarza. To nie najlepsze samopoczucie było wszakże prawdziwe, bo jak tylko
przypomniałem sobie o tych chorobach, to rzeczywiście zaraz zrobiło mi się
gorzej. Oddziałowy, nic nie mówiąc, zamknął drzwi, lecz po godzinie przyszedł
znowu i zaprowadził mnie do więziennego lekarza. Doktor wysłuchał i obsłuchał
mnie uważnie, po czym rzekł, iż dla dokładniejszego zbadania potrzebne jest
jeszcze prześwietlenie klatki piersiowej.
Na rentgena czekałem wiele dni, aż w końcu, chyba po tygodniu,
oddziałowy przyszedł po śniadaniu i kazał mi ubrać się do wyjazdu na
prześwietlenie. Kiedy to uczyniłem, zaprowadził mnie do oczekującej na dole
grupy więźniów, mających udać się do szpitala w tym samym celu. Gdy już wszyscy
zebraliśmy się i wyszliśmy na podwórko, wpakowano nas do "suki", czyli
specjalnie zabezpieczonego milicyjno-więziennego samochodu, którym w wielkim
tłoku, niczego po drodze nie widząc, przyjechaliśmy na Klęczkowską. Tam
wprowadzono nas do rentgenowskiej poczekalni więziennego szpitala, a następnie,
wywołując po kilku naraz, kazano nam wchodzić do małej kabiny. Po rozebraniu się
do pasa pojedynczo przechodziliśmy z niej do ciemnego pomieszczenia, w jakim był
zainstalowany rentgenowski aparat. Siedział przed nim lekarz, który po włączeniu
aparatu na żywo odczytywał z ekranu wszelkie zauważone w czasie prześwietlania
nieprawidłowości lub brak zmian. Spostrzeżenia te na niewielkich formularzach
zapisywała siedząca trochę dalej asystentka.
Mnie wywołano prawie na samym końcu. Płuca i sylwetka
sercowo-naczyniowa były bez zmian, co mnie bardzo pocieszyło.
W drodze powrotnej spotkała nas duża niespodzianka i atrakcja.
Załadowano nas bowiem na samochód ciężarowy bez budy, przedtem jednak zakuwając
po dwóch, każdego za jedną rękę, w kajdanki. Chociaż padał mokry śnieg i wiał
silny, boczny wiatr, chyba nie było wśród nas takiego, kto by z tej przejażdżki
nie był zadowolony. Szczególnie z tego przebywania niemalże na wolności, bowiem
na chodnikach - obok nas -
chodzili wolni ludzie, a jezdnią jeździły samochody. Wiele osób, mimo tej
pogody, do nas się uśmiechało i pomachiwało rękami, a jeden mężczyzna zdążył
nawet podbiec i wrzucić nam na wóz paczkę papierosów, powodując tym duże
zamieszanie wśród więźniów na samochodzie. W pewnym momencie, gdy wyprzedzał
nas, jadąc przez chwilę burta w burtę, ciężarowy samochód z kilkoma robotnikami
siedzącymi z tyłu na platformie, któryś z nich krzyknął, żebyśmy do nich
skakali. Niestety, jeśli nawet miałby ktoś na to ochotę, to prócz tego, że
byliśmy po dwóch skuci kajdankami, stało między nami jeszcze ze trzech
strażników, każdy z pepeszką w ręku, którzy nas bacznie obserwowali. Gdyby
jednak taką sytuację ktoś wcześniej przewidział, może znalazłby sposób, aby z
niej skorzystać.
Powtórne badania, przeprowadzone w kilka dni później przez
naszego więziennego lekarza, również niczego nie wykazały, ale mimo to w dalszym
ciągu byłem przekonany, że jestem chory na zgłaszane niedomagania.
Muszę tu jednak nadmienić, że prócz tego, iż rzeczywiście
bardzo przejmowałem się moimi dolegliwościami, miałem też nadzieję, że to moje
uskarżanie się i obstawanie przy tych chorobach będzie miało wpływ na
przyśpieszenie śledztwa, a może również na wyrok. Byłem przekonany, iż śledczy o
tych schorzeniach dowie się od lekarza albo od pana Wojciecha, a jeszcze, na
wszelki wypadek, postanowiłem sam przy jakiejś nadarzającej się okazji w czasie
śledztwa mu o nich powiedzieć.
*
Mimo że na dworze panoszyła się już zima, bez przerwy byli
chętni do ucieczek i wciąż napływali nowi więźniowie do cel, choć pewnie wielu
ludziom one się udawały. Przed świętami dołączył do nas może
dwudziestopięcioletni młodzieniec z Wałbrzycha, pochodzenia niemieckiego, mający
na imię Hans. Próbował również ucieczki Francuz polskiego pochodzenia, który po
wojnie wraz z rodzicami przeprowadził się do Polski, a teraz z powrotem chciał
zbiec do Francji. Nie przypominam sobie, czy miał na imię Franciszek, lecz my
nazywaliśmy go Fransua. Mówił, iż najpierw jeździł do Gdyni, aby zobaczyć, czy
nie lepiej byłoby uciec za granicę statkiem, ale zauważył, że wejść do portu
strzegą strażnicy, a statki dodatkowo są obstawione przez żołnierzy WOP-u.
Zrezygnował więc z tego sposobu ucieczki i próbował zbiec do Francji przez
Niemcy, ale nim doszedł do granicy, został zatrzymany przez wopistów.
Hans był bliższy sukcesu. Dotarł do granicy, czołgając się po
śniegu, przykryty białym prześcieradłem. Zdołał przeprawić się przez Nysę, która
na południu jest zaledwie kilku lub kilkunastometrowej szerokości rzeczką, lecz
po enerdowskiej stronie został schwytany przez Grenzschutz i odesłany do
Neschwitz.
Teraz, broniąc się przed dłużyzną czasu w celi i szukając na
różne sposoby wyjścia z więziennej codzienności, miałem okazję znalezienia sobie
dodatkowego zajęcia, przystępując do poszerzenia znajomości słów niemieckich i
francuskich.
Dobrym sposobem na przyśpieszenie upływu czasu było układanie
krzyżówek, które nieraz bardzo ładnie i ciekawie mi wychodziły. Innym pomysłem
na przepędzenie nudy była próba wywróżenia sobie z kart daty wyjścia na wolność,
które to zajęcie zwykle trwało tak długo, aż udało mi się wywróżyć bliski,
satysfakcjonujący mnie termin.
Wiele godzin spędziłem na uczeniu się i ćwiczeniu alfabetu
Morse'a, a gdy go już opanowałem, podobnie jak inni znajdowałem wielką
przyjemność w nadawaniu do celi i odbieraniu wiadomości z celi znajdującej się
obok. Była to izolatka, w której pojedynczo zamknięci za regulaminowe
przewinienia więźniowie mieli dużo czasu na dzielenie się w ten sposób z nami
swoimi wiadomościami. Szkoda, że jako pierwsi z brzegu na oddziale
sąsiadowaliśmy tylko z jedną celą, która w dodatku często stała pusta albo
przebywał w niej wyłącznie jeden więzień. Gdyby były cele po obu stronach, to
dwoje z nas naraz mogłoby zabawiać się nadawaniem i odbieraniem większej wtedy
ilości, nieraz bardzo przydatnych dla nas informacji.
Oczywiście, porozumiewanie się morsem z więźniami innych cel
było zabronione i zwykle ktoś z nas musiał stać przy drzwiach i nasłuchiwać, czy
nie zbliża się oddziałowy. Mógł on nasze nadawanie usłyszeć z korytarza, a prócz
tego ściana, przez którą w ten sposób rozmawialiśmy, znajdowała się obok drzwi i
była dobrze widoczna przez judasza, podobnie jak i ściana w izolatce.
Mimo że posługiwanie się alfabetem Morse'a było niedozwolone,
to jednak, gdy się przyłożyło ucho do ściany (zwłaszcza podkładając dla lepszej
akustyki między ścianę a ucho blaszany kubek - dnem do
ucha), słychać było rozchodzące się w murze niezliczone ilości bliskich i
dalekich sygnałów tego alfabetu niczym różnych impulsów przenikających
przestrzeń w kosmosie.
Inną zabawą, uatrakcyjniającą czas spędzany w celi, było
grypsowanie. Polegało ono na porozumiewaniu się za pomocą liter wyrażanych
odpowiednimi znakami palców, dłoni i rąk. Grypsowaniem można było posługiwać się
na dalszą odległość, co pozwalało nam na utrzymywanie kontaktu również z ludźmi
spoza więzienia.
Podobnie jak opanowanie alfabetu Morse'a uczenie się
grypsowania wraz z ćwiczeniami - na tyle, aby można
było w miarę bezbłędnie i szybko nadawać i odczytywać -
pochłaniało nam wiele godzin czasu.
Często porozumiewaliśmy się w taki sposób z więźniami, a
szczególnie z więźniarkami spacerującymi na dole pod naszymi oknami. Właściwie
to grypsowaliśmy tylko my do nich, gdyż one, jak już wspominałem, będąc
obserwowane w czasie spaceru, mało kiedy miały okazję, aby nam coś powiedzieć.
Najwięcej grypsowaliśmy z ludźmi z zewnątrz, przeważnie z
różnymi chętnymi do takiej rozmowy z nami albo z członkami rodzin i znajomymi
więźniów przebywających w celach. Czasami byli to bliscy lub znajomi któregoś z
kolegów naszej celi. Wchodzili oni do budynku sądowego znajdującego się zaraz za
więziennym murem, gmachu dobrze widocznego z naszych okien, i stamtąd,
najczęściej przez okna toalet, grypsowali i przekazywali nowiny z domu, jak i
wiadomości ogólne. Niekiedy sygnalizowali, że w Polsce niedługo nastąpią
oczekiwane zmiany polityczne i pocieszali, że wkrótce zostanie ogłoszona
amnestia. Raz nawet ktoś podający się za dobrze zorientowanego w sytuacji kraju
przekazał nowinę, że już nazajutrz będzie amnestia. Wiadomość tę podawał przez
dłuższy czas, powtarzając ją z uporem wiele razy i starając się nas przekonać,
iż fakt ten polega na absolutnej prawdzie. Informację tę jeszcze ktoś inny tego
samego dnia kilkakrotnie powtórzył. Tak mocno uwierzyliśmy w to, co nam
obwieszczono, że zaczęliśmy już w myślach żegnać się z więzieniem i słownie ze
sobą, pośpiesznie wymieniając adresy i ustalając miejsca i daty spotkań na
wolności. Pamiętam jednak, że ktoś zaśpiewał piosenkę na rzewną i piękną nutę,
której słowa brzmiały:
"Cóż nam z wolności
Wracać nie mamy dokąd"
Wydawało mi się, że tę piosenkę, a przynajmniej melodię, gdzieś
już przedtem słyszałem. Wszelako, jeśli nawet ktoś nie miał dokąd iść, nie było
chyba takiego, kto by się nie cieszył z amnestii i rychłego wyjścia na wolność.
Niestety, i ta wiadomość, która miała być tak wiarygodna,
okazała się tylko słodką nadzieją i przykrym rozczarowaniem. Trzeba było znowu
rozejrzeć się po celi i dalej układać w niej swoje życie, być może do następnej
takiej nowiny, która tym razem będzie prawdziwa.
*
Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na rozmowach. Rozmawiano we
dwójkę lub w gronie kilku osób albo wszczynaliśmy wszyscy wspólną dyskusję i
niekiedy gawędziliśmy tak całymi godzinami. Niezwykle lubiłem te rozmowy,
zwłaszcza że wielu dyskutujących potrafiło mówić bardzo ciekawie. Chociaż byłem
najmłodszym ich uczestnikiem, wcale tego nie odczuwałem i dyskutowałem na
równych prawach ze wszystkimi współwięźniami w celi. Nie byli to wszak pospolici
więźniowie i nie należeli do szeregu zwykłych kryminalistów i w tamtych czasach
nie oglądali jeszcze mało sensownych bandyckich czy gangsterskich filmów, jak
czynią to obecnie już kilkulatkowie siedzący przy telewizorach w domu.
Zainteresowania współwięźniów w celi, rozmowy, zachowanie się w niczym nie
przypominały jakichś przestępców i wszyscy w zgodzie i z wzajemnym szacunkiem
dzielili swój wspólny los. Czasami w naszych rozmowach mówiliśmy, że jesteśmy
więźniami politycznymi, czego między innymi dowodem miało być to, że my w
okresie śledczym spacerowaliśmy przez pół godziny, podczas gdy więźniowie
kryminalni w tym czasie spacerowali tylko piętnaście minut. Dopiero na
oddziałach karnych, jak mówiono, wszyscy więźniowie bez różnicy przechadzali się
pół godziny. Jednakże zdawaliśmy sobie sprawę, iż wielu ówczesnych więźniów
pospolitych było w istocie więźniami politycznymi, aresztowanymi li tylko z
powodu ówczesnego ustroju, z racji jakiegoś protestu, sprzeciwu, niezgadzania
się, przeciwdziałania czy walki z nim.
Opisując moje życie w celi, dla dokładniejszej relacji i
szczypty humoru warto tu jeszcze wspomnieć, iż w naszym więziennym żargonie
nazywaliśmy więźniów kryminalnych dobrodziejami, a oni nas zającami. Z tym
ostatnim określeniem miało widocznie kojarzyć się to, że my, niczym zające,
skakaliśmy sobie przez granicę.
Jako że żyliśmy w czasach, w których swobodne rozmowy na tematy
polityczne były niedozwolone, a my przebywaliśmy przecież pod nadzorem w
więzieniu, przeto o polityce niewiele dyskutowaliśmy i czyniliśmy to bardzo
ostrożnie i raczej ogólnikowo. Wówczas, po śmierci Stalina i rozstrzelaniu
Berii, oczekiwano następnych, głębszych zmian na wschodzie Europy, chociaż
niektórzy dyskutanci nader sceptycznie odnosili się do możliwości ich szybkiego
nadejścia. Ogólnie pocieszano się jednak, że coś się ruszyło i musi zmieniać się
dalej.
W dyskusjach naszych oprócz różnych tematów, na jakie mówi się
wszędzie, my w więzieniu dość często rozmawialiśmy o naszych śledczych i
oddziałowych, o istniejących warunkach więziennych, a szczególnie narzekaliśmy
na wyżywienie, jakie nam podawano. Ponieważ głodnemu chleb zawsze na myśli, więc
nierzadko też na ten temat żartowaliśmy. Nie zapomnę, jak raz Legnicy
przypomniały się domowe kluski z makiem, z czego wszyscy bardzo uśmialiśmy się,
chociaż każdy z nas po cichu marzył o takim domowym jedzeniu. Pamiętam też, jak
sympatyczny młodzieniec, którego nazywaliśmy Krakowem, niesamowicie pobudzając
nasze apetyty opowiadał, że kiedyś jego ojciec kupił okazyjnie od chłopa
dwadzieścia pięć kilogramów wspaniałej, suchej kiełbasy. Cóż to była za pycha!
- mówił. Wisiała na sznurku w spiżarni i mógł po nią
sięgać, kiedy chciał i ile chciał, nikt mu jej jeść nie zabraniał; przeciwnie,
matka go jeszcze do tego nakłaniała. Podekscytowani i sprowokowani tym
opowiadaniem, jęliśmy zaraz narzekać na tutejsze jedzenie, a szczególnie na
jeden rodzaj zupy z kaszą, jaką co pewien czas nam serwowano i w której coś
brązowego, podobnego do robaków pływało. Niektórzy, aby nie psuć sobie apetytu
mówili, iż są to plewy, lecz inni twierdzili, że na plewy to jest za grube.
Rzeczywiście, rozgotowane, trudno było rozpoznać, co to właściwie jest. Na
wszelki wypadek, jedząc tę zupę, rozsiadaliśmy się gdzieś po ciemnych kątach,
żeby tego paskudztwa nie było tak widać.
Często, mocno współczując, rozmawialiśmy o więźniu zza ściany,
który przebywał już od kilku tygodni w izolatce i z którym utrzymywaliśmy
kontakt, porozumiewając się morsem przez dzielący nas mur. Miał na imię Michał,
był w wieku trzydziestu lat, pochodził z Wrocławia i pracował na kolei. Z tej
rozmowy wywnioskowaliśmy, że jest on zapalonym wędkarzem. Za co został
aresztowany lub za jakie przewinienie zamknięto go w izolatce, o to go nie
pytaliśmy. Nieraz jednak w naszych dyskusjach zastanawialiśmy się i wyliczaliśmy
ewentualne wykroczenia przeciwko regulaminowi, za które można było zostać
zamkniętym samotnie w celi.
Prócz naszego zainteresowania izolatką niekiedy mówiono jeszcze
o jakimś ciemnym karcerze, gdzie na posadzce stoi po kostki woda, a dla większej
udręki woda jeszcze kapie więźniowi z góry na głowę. Twierdzono, że znajduje się
tam tylko żelazny fotel do siedzenia i spania, na który także regularnie, co
kilka sekund, spadają krople wody. Właśnie to ciągłe, jednostajne kapanie wody
na głowę miało być dla więźnia największą torturą, jakiej - mówiono - nie można nawet sobie
wyobrazić.
Czy był tam rzeczywiście taki karcer, na to nie jestem w stanie
odpowiedzieć. Zapewne był jakiś karcer, skoro tak uporczywie o nim mówiono. Może
był on czymś w rodzaju izolatki o obostrzonym rygorze, gdzie podawano do
jedzenia tylko chleb i wodę, do tego ciemnej lub mrocznej, bez pryczy do spania,
lecz trudno aż uwierzyć, aby były w nim jeszcze wspomniane wodne udręki.
Oczywiście że jednym z najczęstszych przedmiotów naszych rozmów
były dyskusje na temat ucieczek za granicę. Zastanawiano się, do jakiego kraju
najlepiej emigrować, i okazało się, że ja, marząc o Tahiti, chociaż właściwie
miałem zamiar iść do Francji, nie byłem wcale wyjątkiem. Prócz takich państw
europejskich, jak Szwajcaria, Szwecja, Wielka Brytania, Francja, NRF, Belgia,
Holandia często wymieniano również jako kraj docelowy: USA, Kanadę, Argentynę,
Australię, Nową Zelandię i Afrykę Południową.
Omawiano też różne sposoby ucieczek oraz błędy, jakie
uciekający najczęściej popełniali i z powodu których następnie wpadali. W
dyskusjach tych niejednokrotnie powoływano się na opowiadania znajomych, którzy
odbyli służbę wojskową w WOP-ie.
Z dużą emocją zastanawiano się nad tym, ilu ludziom udało się
zbiec i osiągnąć zamierzony cel, ale też nieraz napomykano, że zapewne wielu
uciekających poległo od kul ścigających ich żołnierzy lub enerdowskich
milicjantów. Niekiedy dyskutanci mówili nawet o znanych im przypadkach takich
zdarzeń.
Dla odmiany jednego razu opowiadano o jakimś starcu, który
często siedział na polsko-czechosłowackiej granicy i którego nie tylko nikt nie
chciał aresztować, lecz wręcz przeciwnie: kazano mu zmykać na drugą stronę
granicy i tak polscy wopiści przepędzali go na stronę czechosłowacką, a tamci
żołnierze do Polski. Niektórzy z nas nie chcieli w to uwierzyć, za to inni
dostrzegli w tym dobry sposób na przejście granicy -
udając starca. W dalszej jednak dyskusji okazało się, że wcale nie byłoby to
takie proste, bo zapewne tego człowieka już znano i może po kilkakroć z jednej i
drugiej strony aresztowano. On pewnie w areszcie tylko się najadł i przespał, a
gdy następnego dnia go wypuszczono - bo co z takim
robić - znowu szedł na granicę. Byli jednakże wśród nas
tacy, którzy nie wierzyli, aby to mogło być prawdziwe, bo jeśliby go
rzeczywiście tak parę razy aresztowano, to w końcu dano by mu taką nauczkę, że
więcej na granicę już by nie poszedł.
- Ale zanim mu ją dano,
mógł przecież kilka razy w ten sposób postąpić - ktoś słusznie zauważył.
*
Opisując nasze rozmowy w celi, muszę również poświęcić trochę
miejsca na polemiki, których głównym inicjatorem był pan Czesław. Chociaż
niezbyt często zabierał głos w naszych codziennych pogawędkach, to nader zapalał
się do dyskusji, gdy usłyszał w niej coś na bardziej poważne tematy, zwłaszcza
filozoficzne i naukowe.
Nie przypominam sobie szczegółów z jego ucieczki i
aresztowania, ale zdaje mi się, że niewiele z nami o tym rozmawiał. Był krawcem,
znał też inne zawody. Mówił, że prócz pracy dużo czasu poświęcał na czytanie
książek, a szczególnie lubił wgłębiać się w zajmujące go artykuły
popularnonaukowe w gazetach i czasopismach. Gdy szył, zawsze miał włączone
radio, ale nie słuchał wszystkiego jak leci, tylko na różnych programach
wyszukiwał interesujących go audycji. Może właśnie dlatego, że tak lubił słuchać
radia przy pracy, kiedyś przeszył sobie igłą maszynową kciuk prawej ręki, co
było jeszcze widoczne, jak raz nam pokazywał ów palec.
Chociaż nie zawsze wszyscy brali udział w rozmowach z nim, ja
byłem stałym uczestnikiem tych dyskusji, a on do mnie, jako do niedawnego
jeszcze ucznia bardzo często w swoich wypowiedziach się zwracał. Pamiętam, jak
pan Czesław mówił raz bardzo ciekawie na temat teorii względności Einsteina,
który w tym czasie jeszcze żył i którego życiorys w sposób niezwykle
interesujący również nam opowiadał. Teoria względności znana mi była częściowo z
niektórych publikacji astronomicznych, lecz w szkołach tego tematu uczono albo w
wyższych klasach lub dopiero na wyższych uczelniach. Więcej próbowałem
polemizować z nim w dyskusji dotyczącej teorii rachunku prawdopodobieństwa.
Jakkolwiek tematu tego w szkole dotychczas także nie przerabialiśmy, to był on o
tyle przystępny, że i bez głębszych jego studiów można było coś w tej materii
powiedzieć. Zresztą, wykupując niekiedy losy loterii pieniężnej, na swój sposób
zastanawiałem się nad rachunkiem prawdopodobieństwa, kalkulując szansę głównej
wygranej.
Pan Czesław mówiąc o rachunku prawdopodobieństwa, podał
przykład, iż żołnierz w czasie ataku może śmiało położyć się w dole po wybuchu
bomby, ponieważ drugi pocisk w to samo miejsce nie spadnie. Zastanowiłem się nad
tym i pomyślałem, iż ma chyba rację. Chodząc po wojnie po zrytym pociskami polu,
częstokroć grzebiąc w ziemi i szukając w powstałych lejach odłamków, zwłaszcza
opisywanych przedtem lotek pocisków moździerzowych, nie natrafiłem na przypadek,
aby dwa pociski wybuchły w tym samym miejscu, co byłoby zauważalne po wielkości
dołu lub jego kształcie. Niemniej w czasie tej dyskusji nie byłem wcale pewny,
czy do takiego dołu nie mógłby wpaść drugi pocisk, zwłaszcza jeśliby spadało ich
bardzo dużo. Wyraziłem więc moją wątpliwość, podając następujący
przykład:
- Nie wiem, jak poczułby
się żołnierz w świeżej wyrwie po kuli armatniej, gdyby artylerzysta z
naprzeciwka ustawił swoje działo w jednym kierunku i nie zmieniając jego
pozycji, przez dłuższy czas sobie strzelał?
Wówczas okazało się, jaką błyskotliwością umysłu, wiedzą i
elokwencją potrafi zaimponować ten spokojny i małomówny krawiec
powiadając:
- Jeśliby nawet ów
artylerzysta ciągle w jednym i tym samym kierunku strzelał, to mimo to dwa
pociski nie spadną w to samo miejsce i zapewne strzelający z dział o tym
wiedząc, często tak właśnie czynią. Otóż, jeżeli artylerzysta nawet nie zmieni
pozycji lufy, to i tak po każdym wystrzale jej kierunek, choćby bardzo
nieznacznie, lecz się odchyli, co spowoduje, że pociski przeleciawszy kilka
kilometrów, za każdym razem będą spadały w innym miejscu. Ale gdyby lufa działa
nie zmieniła swojej pozycji nawet o część milimetra, to też pociski nie będą
spadały w to samo miejsce, bo siła wybuchu ładunku w każdym naboju jest trochę
inna i pociski choćby z tego powodu będą spadały bliżej lub dalej. Do tego
należy dodać nieidentyczny ciężar, kształt i gładkość pocisków. Ma tu też
znaczenie niejednakowy opór, jaki stawia każda łuska naboju przy wyrywaniu się z
niej pocisku, a także opór powietrza, które ciągle się zmienia. Powietrze będzie
raz rzadsze, raz gęstsze, za każdym razem będzie różna siła oraz kierunek wiatru
i również z tych powodów nie ma obawy, że pociski, lub choćby tylko dwa z nich,
spadną w to samo miejsce. Chyba że strzelano by do bardzo bliskiego celu, ale z
dział strzela się raczej dalej niż na odległość kilkudziesięciu, czy nawet
kilkuset metrów.
Było to logiczne, wszelako ktoś poczynił jeszcze dość istotną
uwagę: - Dobry żołnierz nie powinien kryć się do dołka
w czasie ataku, tylko iść naprzód i atakować.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, lecz pan Czesław i tym razem
rzeczowo sprawę wyjaśnił: - Miałem na myśli żołnierza,
którego zadaniem jest utrzymanie wraz z frontem swojej pozycji i ma bronić się,
a nie atakować.
Niekiedy dyskutowaliśmy z panem Czesławem na inne podobne
tematy i chociaż były one niejednokrotnie zupełnie naukowej natury, to nigdy
przy tych dyskusjach nie nudziliśmy się.
Nie przypominam już sobie, czy był on wdowcem, rozwodnikiem czy
mimo dojrzałego wieku jeszcze kawalerem, ale pamiętam, że był samotny. Wszelako
miał charakter zgodny, był uczynny i bardzo sympatyczny; posiadał mieszkanie,
kilka fachów i mógł z powodzeniem utrzymać rodzinę. W częstej rozmowie z nim
spostrzegłem, iż bardzo interesuje się ludźmi wybitnymi i że czytuje ich
biografie. Dużo wiedział nie tylko o Einsteinie, ale także o wielu innych
genialnych uczonych, a szczególnie pasjonował się Leonardem da Vinci, którego
uznawał za największego geniusza wszechczasów. Kiedyś z nie ukrywaną emocją
powiedział, że jakie to szczęście, iż są tacy ludzie, którzy potrafią coś nowego
wymyślić, odkryć, wynaleźć czy zrobić coś wspaniałego, wielce użytecznego i
potrzebnego. Niejednokrotnie wypowiadał nawet coś w rodzaju litanii nadziei i
życzeń, jakich spodziewa się i oczekuje od takich ludzi. Mówił wtedy o
wynalezieniu sposobu na tanią produkcję ekologicznej energii elektrycznej; o
pięknych, wygodnych i nie trujących domach; szybkich, bezpiecznych i wygodnych
środkach lokomocji na Ziemi i w kosmosie; czystym, pięknym środowisku, nie
skażonej ziemi, wodzie i powietrzu; długowiecznym zdrowiu, życiu i młodości, i
tym podobnych marzeniach.
Po trosze był chyba sam geniuszem (choć bardzo obruszył się,
gdy raz ktoś mu to powiedział), bo potrafił wiele rzeczy zrobić, imał się
różnych fachów i mógł się pochwalić wieloma w życiu osiągnięciami. Kiedy jeden
młodzieniec w celi zaczął trochę pokpiwać z niektórych jego zajęć, odpowiedział
zdecydowanie, iż woli je wykonywać, niż być jakimś kombinatorem i żyć bez
uczciwej pracy. Uzasadnił, że miał przecież w domu wszystko, co mu było
potrzeba, spał spokojnie i, z wyjątkiem sytuacji politycznej oraz gospodarczej
kraju, był z życia zadowolony.
Chciał uciec do USA przez Berlin Zachodni. Widział tam duże
szanse na interesujące i piękne życie dlatego, że w tym kraju jest najwięcej
uczonych, co widoczne jest choćby po liczbie otrzymywanych Nagród Nobla, i że
ludzie ci mają jednocześnie duży wpływ na politykę państwa, zarządzanie i
decydowanie o jego losie, rozwoju i dobrobycie.
Mimo że nie wszyscy z jego wypowiedziami zupełnie się zgadzali,
to jednak nikt mu stanowczo nie przeczył. Ktoś mu wszak zarzucił, że jest
ateistą i w Boga nie wierzy, ale pan Czesław po chwili namysłu
odpowiedział:
- Jestem takim samym
człowiekiem jak inni, bo wszyscy jesteśmy ludźmi tego samego świata i Boga, i
uznaję boskie przykazania miłości bliźniego i otaczającego nas świata za
najwyższą mądrość i powinność każdego człowieka i przykazań tych staram się
dotrzymywać. Następnie dodał: - Cóż wart byłby postęp i cywilizacja, gdyby miało
w niej dojść do zatracenia serca i duszy, uczuć i moralności, i twierdził, że
bez tych wartości istnienie wysokiej cywilizacji byłoby w ogóle niemożliwe.
Wszelako jeden z młodych więźniów wyraził raz zdziwienie, iż
pan Czesław, będąc krawcem, tak bardzo interesuje się takimi filozoficznymi i
naukowymi zagadnieniami.
- A mnie jeszcze bardziej
dziwi to - odparł
pan Czesław - jak
czasami młodzieniec, który nieraz legitymuje się świadectwem maturalnym, chce
się już żenić i mieć swoją rodzinę; chciałby długo żyć i żeby dzieci były
zdrowe; często dokładnie wie, z czego składa się samochód, a na przykładnie wie,
jak jest zbudowany on sam. Nie umie powiedzieć, co to jest białko, witaminy,
alkohol, nikotyna, wirusy, bakterie lub najgroźniejsze i najczęściej spotykane
choroby. Nie wie, jak można uniknąć grypy i innych chorób przeziębieniowych albo
np. zatruć pokarmowych. Nie ma pojęcia, jak powinno wyglądać zdrowe mieszkanie i
co je najczęściej i najbardziej zatruwa - bo przecież zdrowie i to wszystko jest
chyba ważniejsze od samochodu, jakkolwiek samochód jest też bardzo potrzebny.
Gdy ktoś zapytał, czy on wie, jak uniknąć owych chorób
przeziębieniowych? Odpowiedział: - Może i tak. Często
chorowałem na takie choroby w czasie wojny. Ale jako że z opieką lekarską było
wtedy trudno, szukałem więc porad u ludzi i sam próbowałem się leczyć i
zapobiegać chorobom. Teraz, mimo że od wojny minęło już dziesięć lat, ani razu
nie zachorowałem na grypę, zapalenie płuc lub oskrzeli czy inne podobne choroby.
Doszedłem bowiem do oczywistego wniosku, iż o wiele łatwiej jest zapobiegać
chorobom, niż później je leczyć. Żeby to osiągnąć, należy właściwie się odżywiać
- to znaczy, posiłki winny zawierać wszelkie potrzebne
naszemu organizmowi składniki pokarmowe. Trzeba też właściwie, ciepło się
ubierać, gdyż wszystkie nasze układy wewnętrzne, z układem immunologicznym
włącznie, lepiej wówczas funkcjonują. Jest to przecież bardzo widoczne na
przykładzie roślin. Bardzo ważny jest także ruch - trzeba dużo chodzić, biegać,
żyć na sportowo i wykonywać różne zajęcia fizyczne. Zauważyłem, iż choroby
przeziębieniowe rozpoczynają się od bólu gardła, a później może wystąpić katar,
gorączka itd. Kiedy więc spostrzegam takie pierwsze bóle gardła, właściwie tylko
lekkie jeszcze szczypanie w gardle, albo też katar lub kaszel z powodu
przeziębienia, robię niezbyt mocny roztwór soli kuchennej z wodą i płuczę nim
gardło. Czynność tę przez pewien czas powtarzam. Podkreślam, iż najlepiej jest
robić to, gdy gardło dopiero zaczyna boleć. Potem już może być za późno. Może
dojść do przeniesienia się zakażenia na oskrzela i płuca i rozwinięcia się
jakiejś choroby. Nie jest to wszystko jedno, czy zapobiegać chorobie, czy
później ją leczyć, bo przebyte zakażenia mogą pozostawić po sobie różne ślady,
następstwa i komplikacje. Po wypłukaniu gardła wspomnianym roztworem soli
aplikuję sobie witaminę C, zawartą w warzywach lub owocach oraz w tabletkach.
Zapobiegam również przeziębieniu się.
Pan Czesław był tak pewny swojej metody, iż mówił, że jeśli
ktoś ma jako tako funkcjonujący układ odpornościowy i tę metodę dobrze
zastosuje, to nie wierzy, aby mogło wówczas dojść do ciężkiej choroby, której
istotną przyczyną bywa przeziębienie.
*
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Krótko przed nimi
przybył do celi fryzjer, będący także więźniem, który mnie oraz kilku innym
kolegom, przebywającym dłużej w celi, podstrzygł włosy. Jeśli chodzi o golenie,
to oczywiście więźniowie golili się sami, korzystając z miednicy i wiszącego nad
nią lusterka.
Mieliśmy raczej skromne warunki do mycia się w celi, ale też
nie było specjalnej okazji, aby się bardzo wybrudzić. Ponadto co tydzień
chodziliśmy do łaźni, gdzie pod prysznicami mogliśmy się wymyć do woli.
Akurat przed świętami przypadł czas zmiany naszej bielizny
osobistej i pościelowej, którą wystarczająco często nam wymieniano.
W wieczór wigilijny zasiedliśmy przy stole przykrytym białym
prześcieradłem, na którym znalazły się opłatki przysłane nam w listach z domu
(ja jeszcze odpowiedzi na mój list nie otrzymałem) oraz nasz chleb pozostawiony
od śniadania, a także dwa słoiki śledzi marynowanych i kilka paczek ciastek
kupionych na wypiskę w tutejszej kantynie. Niestety, głównie z powodu braku
gorącej przegotowanej wody herbaty nie było. Niektórzy więc postawili kubek z
zimną wodą przed sobą, a pan Czesław zaraz pocieszył, że woda jest wspaniałym,
naturalnym i najstarszym napojem, może jeszcze lepszym od herbaty.
Po podzieleniu się opłatkiem i złożeniu sobie życzeń
przystąpiliśmy do spożywania naszej wieczerzy. Gdy trochę już zjedliśmy, w
wielce uroczystym nastroju i miłej atmosferze zaczęliśmy opowiadać sobie
zwyczaje i obrządki, jakie były obchodzone u każdego z nas w domu w czasie
Wigilii i świąt Bożego Narodzenia. Następnie zaśpiewaliśmy kilka
najpopularniejszych kolęd, co jeszcze bardziej podniosło nastrój tego wieczoru.
Hans, uniesiony tak nadzwyczaj serdeczną atmosferą, wyraził chęć zaśpiewania nam
jednej kolędy po niemiecku, której z wielką przyjemnością wysłuchaliśmy.
Zaśpiewał "Stille Nacht" i trzeba przyznać, że miał duży talent do śpiewania.
Ośmielony i zachęcony tym sukcesem Fransua również zanucił nam piękną kolędę po
francusku. Tylko pan Mieczysław nie mógł długo się zdecydować, aby zaśpiewać po
angielsku, ale kiedy przyznał się, że zna jedną kolędę w tym języku, to nie
ustąpiliśmy i musiał ją zaśpiewać.
W czasie wieczerzy przyniesiono naszą więzienną kolację, która
niczym nie różniła się od poprzednich wieczornych posiłków z tym, że jedliśmy ją
tego dnia wszyscy razem przy okrytym na biało stole.
W pierwszy dzień świąt zjedliśmy wszyscy dość obfite śniadanie,
gdyż kilku więźniów, którzy mieli pieniądze na swoich kontach, kupiło na wypiskę
sporo zwyczajnej kiełbasy (bo chyba tylko taką można było tu kupić) i do naszej
codziennej kawy i pół bochenka chleba każdy miał na dokładkę wcale pokaźny
kawałek tego przysmaku. Po śniadaniu wyszliśmy jak zwykle na przechadzkę. Od
poprzedniego dnia śniegu w nocy dużo dopadało i w tej śnieżnej zimowej scenerii
oraz w świątecznym, wszelako więziennym nastroju spacer był bardzo odprężający i
żal było, że nie mógł trwać dłużej.
Resztę świąt również spędziliśmy mile, a wielkiego uroku
przydawał im często padający śnieg. Staraliśmy się zbyt wiele nie rozmyślać o
naszych domach i rodzinach, o których wspomnienia mocno ściskały nam serca.
Jeśli nie wszyscy to większość z nas pocieszała się, że następne święta Bożego
Narodzenia na pewno spędzi już razem z bliskimi w domu.
*
Na Sylwestra w celi duża sensacja. Pan Wojciech po powrocie ze
śledztwa oznajmił, że wychodzi na wolność i nie wyjaśniając niczego, spakował
swoje rzeczy, by po kilku minutach zniknąć z celi.
- To dziwne... - z niemałym zdumieniem
zareagował Henryk, gdy tylko szczęśliwiec opuścił celę. - Umorzenie śledztwa, czy co?
Ale jeśli przekroczył nielegalnie granicę, to przecież według nich popełnił
wielkie przestępstwo i powinna być przynajmniej jakaś rozprawa, po której
ewentualnie mógłby zostać zwolniony do domu. Te jego opowiadania o pobycie w
Neschwitz też nie są jakieś zupełnie jasne i wcale nie jestem pewny, czy on tam
rzeczywiście przebywał. A teraz na Sylwestra pan Wojciech nagle został zwolniony
i poszedł sobie do domu. Może nas tak wszystkich dzisiaj wypuszczą na
sylwestrowy bal? -
zakończył z humorem pan Henryk.
Podnieceni tym zdarzeniem i tym, co na końcu powiedział nasz
kolega, zaczęliśmy częściej spoglądać na drzwi w nadziei, iż może istotnie ktoś
jeszcze zostanie wezwany do śledczego, a następnie zwolniony do domu, lecz,
niestety, nikogo już nie zawołano. W dodatku tego dnia bardzo szybko ucichł ruch
po drugiej stronie korytarza, gdzie były biura naszych śledczych - widocznie w Sylwestra poszli szybciej do domu.
Po ułożeniu się do spania i zgaszeniu światła w celi dużo
jeszcze rozmawialiśmy o panu Wojciechu oraz jego zagadkowym wyjściu na wolność,
przypominając zarazem różne uprzednie, trochę dziwne spostrzeżenia, dotyczące
jego osoby. Potem mówiliśmy sobie, że pewnie już mocno bawi się on na balu,
pijąc nie tylko szampana, co - jak mówił - bardzo lubił, jeśli miał jakąś okazję, choć niektórzy
podejrzewali, że być może przeniesiono go tylko do innej celi.
Długo jeszcze gawędziliśmy tego wieczoru na temat sylwestrowych
zabaw, uczt, zwyczajów i wspomnień w nadziei, że doczekamy tak do północy.
Chcieliśmy usłyszeć witające nowy rok wiwaty i wystrzały oraz popatrzeć na
ogniste fajerwerki, bo atrakcji w celi nie było za dużo i należało wykorzystać
każdą okazję, aby się trochę rozerwać i rozweselić. Przebywaliśmy na najwyższym
oddziale, a jak twierdził pan Mieczysław, ponad dachami budynku sądowego miały
być dobrze widoczne owe sztuczne ognie, petardy i rakiety. Powiedzieliśmy nawet
sobie, że na wypadek, gdybyśmy pousypiali, a ktoś by nie usnął albo w tym czasie
ze snu się zerwał, żeby pozostałych chętnych do obejrzenia tych fajerwerków
obudził, ale wszyscy usnęliśmy, nikt też się nie obudził i niczego nie
widzieliśmy. Rano tylko złożyliśmy sobie życzenia, przede wszystkim jak
najszybszego wyjścia na wolność i oby każdy z nas w tym nadchodzącym roku
opuścił tę twierdzę.
*
Jakoż niedługo zacząłem całkiem realnie myśleć o tej wolności,
ponieważ ósmego stycznia po południu oficer prowadzący dochodzenie oświadczył
mi, że moje śledztwo zostało zakończone.
Miałem nadzieję, iż ostatecznie w dochodzeniu tym nie zdołano
mi wmówić niczego, czego w rzeczywistości nie było, choć w sumie śledztwo to
mocno mnie wymęczyło. Bywały w nim chwile srogie i pełne napięcia, mogące grozić
dużymi konsekwencjami, jak i momenty całkiem humorystyczne, gdyby nie to, że
czasami mogły również wywołać nie wiadomo jakie skutki. Starałem się wszakże
utrzymać kontrolę nad tym, co się w śledztwie działo, i uważałem, iż w końcu
dobrze mi ono wypadło.
Jeśli chodzi o mój pamiętnik, to bez najmniejszych wątpliwości
przeczytano by go wielokrotnie i drobiazgowo przebadano również wtedy, gdyby nie
był zaszyfrowany, lecz sam pomysł zabrania go ze sobą był chyba zupełnie
słuszny. Mógł on być dowodem, że moja ucieczka nie była przez nikogo
organizowana, jak mi to usiłowano wmówić, tylko wynikła z sytuacji, w jakiej się
znalazłem.
Po powrocie do celi przekazałem kolegom wiadomość o zakończeniu
śledztwa. Tak jak sam już się orientowałem, powiedzieli, że za kilka tygodni
odbędzie się moja rozprawa, po której - dodali - na pewno wyjdę na wolność, otrzymując z pół roku lub rok w
zawieszeniu. Również i ja liczyłem na podobny wyrok, chociaż czasami nie byłem
tego bardzo pewny.
Teraz po zakończeniu śledztwa był dobry moment na odpisanie na
list, jaki zaraz po świętach z domu otrzymałem. Był on pisany jeszcze przed
Bożym Narodzeniem, a w kopercie znajdowała się połowa opłatka. W liście nie
czyniono mi wyrzutów za sytuację, jaką sobie zgotowałem, jakkolwiek nie
powstrzymano się od zdziwienia, że się w więzieniu znalazłem. Dowiedziałem się,
że Stachowi nie udało się odroczyć służby wojskowej na jeszcze jeden rok i
zabrano go do wojska zaraz po moim wyjeździe. Napisano, że w czasie świąt Regina
ma wyjść za mąż za Olka, którego już przedtem znałem. Powiadomiono Franię o
mojej sytuacji. Powiedziała, że przyjedzie odwiedzić mnie w więzieniu, jeśli w
najbliższym czasie do domu nie wrócę.
Odpisałem, że śledztwo zostało już zakończone; może za miesiąc
będę miał rozprawę, po której na pewno wyjdę na wolność i przyjadę do domu.
Dodałem, iż dokładnie nie wiem, kiedy odbędzie się moja rozprawa, ale jak tylko
się dowiem, to zaraz o tym napiszę.
Od czasu zakończenia śledztwa mogłem korzystać z moich
pieniędzy zajętych w czasie zatrzymania mnie w Zawidowie i przeznaczyć je na
wypiskę. Pieniądze te zostałyby zarekwirowane, gdybym w śledztwie nie
powiedział, iż nie miałem zamiaru ich zabrać ze sobą do Czechosłowacji, tylko
chciałem za nie jeszcze sobie cokolwiek kupić w Zawidowie. Wywóz polskich
pieniędzy za granicę powyżej pewnej, bardzo niewielkiej kwoty był niedozwolony.
Od czasu zwrotu mi tej sumy znacznie poprawiłem moje menu, które teraz uczyniłem
bardziej urozmaiconym i odżywczym. Pieniędzy tych było jeszcze ponad trzysta
złotych i mogło to wystarczyć na wielotygodniowe uzupełniające zakupy kiełbasy,
dżemu, cukru do kawy i dodatkowego chleba jak również na rewanżowanie się
kolegom za ich uprzednie poczęstunki.
*
Dwudziestego pierwszego stycznia został mi wręczony przez
prokuratora akt oskarżenia. Po dokładnym przeczytaniu go byłem mocno zdziwiony i
sfrustrowany. Zawierał on wiele różnych nieścisłości, zniekształcających
rzeczywistość, mimo wielokrotnych zeznań, ustaleń i uzgodnień wszystkich spraw
ze śledczym, który był chyba współredaktorem tego aktu i pod pieczątką
Wojewódzkiego Urzędu d/s Bezpieczeństwa Publicznego go podpisywał.
Czytając ten dokument, w którym wyszczególniono nawet, że nie
posiadałem odznaczeń i orderów, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, iż moja
sprawa widziana w tym akcie przez pryzmat różnych artykułów, punktów i
paragrafów nabrała jakiegoś nieprawdziwego, formalnego, mocno spłaszczonego
charakteru i przedstawiała się niczym w krzywym zwierciadle. Zostałem w tym
piśmie nazwany "przestępcą granicznym", chociaż granicy nawet nie widziałem i
być może byłem jeszcze od niej daleko.
Postawieniem sprawy na głowie i dość istotnym jej przekłamaniem
był w akcie oskarżenia zapis, że po opuszczeniu Karolewa moim głównym celem był
przyjazd do brata, a nie przeniesienie się do Technikum Rolniczego w Chojnowie,
o co niby zacząłem ubiegać się dopiero później, a przecież u brata znalazłem się
tylko dlatego, że z przyczyn uprzednio opisanych do szkoły nie zostałem
przyjęty.
Niezrozumiałe i dziwne było też sformułowanie, że
"zrezygnowałem z dalszego uczęszczania do szkoły", tak jakbym do szkoły w
Chojnowie już uczęszczał, a potem z niej zrezygnował.
O szyfrze nie wspomniano ani słowem, natomiast za wielkie
zuchwalstwo poczytano to, iż przed ucieczką zaopatrzyłem się w specjalne
podkładki pod buty, mające na celu skierowanie pościgu w odwrotnym kierunku, a
więc wprowadzenie władzy w błąd.
Wszelako byłem świadomy, że te wszystkie zarzuty i nieścisłości
nie są tak bardzo istotne, gdyż najważniejszą sprawą jest sam zamiar ucieczki za
granicę, a w szczególności jego przyczyny. Tutaj uważałem, iż powody te zostały
całkowicie i korzystnie dla mnie w śledztwie wyjaśnione, a w czasie rozprawy
usunę pozostałe wątpliwości. Nie należy więc niczym się przejmować, bo na pewno
wszystko będzie dobrze.
*
O dacie rozprawy udało mi się po wielu staraniach dowiedzieć
dopiero na kilka dni przed jej terminem. Nie było już sensu pisania o tym do
domu i lepiej było parę dni jeszcze poczekać i napisać już po procesie,
powiadamiając zarazem o jego wyniku. A jeszcze lepiej będzie - w duchu pomyślałem - jeśli w
wypadku wypuszczenia mnie po rozprawie na wolność zrobię niespodziankę i sam do
domu przyjadę.
Z czterech więźniów z celi, których rozprawy już się odbyły,
jeden poszedł do domu następnego dnia po posiedzeniu sądu, otrzymując pół roku
więzienia z zawieszeniem na trzy lata. Następny otrzymał pół roku, a dwóch po
roku więzienia bez zawieszenia kary.
Zauważyłem, że wszyscy ci, którzy dalej zaszli i byli bliżsi
celu, otrzymali wyższe wyroki niż ci, których na przykład zatrzymano jeszcze
przed granicą. W związku z tym spostrzeżeniem miałem dużą nadzieję, że zostanę
wypuszczony do domu zaraz po procesie.
Te kilka dni dzielące mnie od rozprawy były chyba najdłuższymi
dniami, jakie spędziłem w więzieniu. Przeżyłem je w największym
zniecierpliwieniu i podenerwowaniu. Nie myślałem o niczym więcej jak tylko o
rozprawie i wyjściu na wolność. Układałem plany, co będę robił w Kwidzie po
przyjeździe do domu. Mogłem zimą zaangażować się do wyrębu lasu, jaki
przeprowadzano w pobliżu naszej wsi, przy którym pracowało dużo młodych chłopców
z najbliższych okolic. Jeśliby do tej pracy mnie nie przyjęto, to w domu
spędziłbym kilka miesięcy, pomagając w gospodarstwie, a od wiosny przystąpiłbym
do pracy na polu w tamtejszej spółdzielni produkcyjnej, chociaż nie miałem zbyt
wielkiej ochoty pracować w spółdzielni po tym, co na ich temat nawet tutaj w
więzieniu słyszałem. Mógłbym w niej jednak popracować do września, kiedy to
mieszkając blisko Karolewa, zapewne szybciej zdołałbym załatwić to przeniesienie
do Technikum Rolniczego w Chojnowie. Jednakże teraz po tym, co zaszło, i będąc
prawie pewnym, że mój śledczy na różne sposoby dotarł do obu szkół, trochę
obawiałem się, czy z moją kryminalną przeszłością zechcą w ogóle ze mną w
szkołach rozmawiać, a tym bardziej do technikum w Chojnowie mnie przyjąć. W tych
okolicznościach może już lepiej byłoby popracować w spółdzielni produkcyjnej w
Kwidzie do czasu ukończenia osiemnastu lat, a potem pójść do jakiejś pracy w
Kętrzynie lub wyjechać gdzieś dalej w Polskę. Widywałem przecież w prasie
ogłoszenia, w których poszukiwano różnych pracowników, oferując zamieszkanie w
hotelu robotniczym, więc w ten sposób mógłbym sobie jakoś dać radę.
Wreszcie nadszedł dzień mojego procesu. Był nim 16 lutego 1955
roku, środa. Po śniadaniu z niecierpliwością i niemałym strachem oczekiwałem ze
dwa lub trzy długie kwadranse na otwarcie drzwi celi i wywołanie mnie na
rozprawę. W końcu nastąpił ten moment.
Nasze więzienie poprzez jeden z pawilonów łączyło się z
budynkiem sądu. Idąc oddziałami, pawilonami, korytarzami i różnymi przejściami
doprowadzono mnie do poczekalni dla więźniów, przylegającej do sal sądowych od
frontu. Oczekiwało tam już wielu więźniów i nowi wciąż przybywali. Co jakiś czas
wołano kogoś na rozprawę. Może po pół godzinie wezwano i mnie. Dwóch milicjantów
wprowadziło mnie do wielkiej, aczkolwiek zupełnie pustej sali. Po chwili wszedł
cały skład sędziowski. Wraz z milicjantami powstałem z ławy, a gdy sędziowie
zajęli miejsca, zaczęła się rozprawa. Przez cały czas stałem przy ławie
oskarżonych w otoczeniu owych dwóch milicjantów siedzących tuż obok mnie na
ławie. Obrońcy nie miałem. Rozprawa odbywała się przy zamkniętych drzwiach,
dlatego też nikogo z publiczności nie było na sali. Odpowiadałem na zadawane mi
pytania, w większości na nie potakując z tym, że wniosłem kilka uwag na temat
meritum sprawy, a w szczególności to, iż celem mojego przyjazdu w tutejsze
strony był wyłącznie zamiar przeniesienia się z Technikum Rolniczego w Karolewie
do takiej samej szkoły w Chojnowie, a nie przyjazd do brata, jak zapisano to w
akcie oskarżenia. W tej części posiedzenie sądu trwało może trzydzieści minut,
po czym zarządzono przerwę na naradę i wymierzenie wyroku. Milicjanci znowu
wyprowadzili mnie do poczekalni, gdzie oczekiwałem, jak mi się wydawało, bardzo
długo.
Gdy wprowadzono mnie z powrotem na salę, byłem mocno zdziwiony,
ponieważ w tym obszernym pomieszczeniu znajdowało się bardzo dużo ludzi i
wszystkie miejsca dla publiczności zostały zajęte. Wiele osób stało, zwłaszcza
po bokach sali. Dokładnie pamiętam uroczą dziewczynkę stojącą przed
publicznością po lewej stronie. Miała ze trzynaście lat i ciemne włosy do
ramion. Stała przez cały czas prawie nieruchomo. Zapewne przyszła z rodzicami,
którzy wiedzieli jaka to rozprawa i może chcieli, żeby ich córeczka coś z niej
pojęła, dobrze się uczyła, trzymała się domu i rodziców, a ryzykownych eskapad
rozważnie unikała.
Zastanawiałem się, dlaczego tak dużo ludzi przybyło na salę.
Czyżby na temat mojej ucieczki napisano jakiś artykuł w prasie. Czy ten bardzo
aktualny wówczas przedmiot mojej sprawy zainteresował tak wielu ludzi.
Nastąpiło ogłoszenie wyroku. Wszyscy powstali z miejsc. Poważny
głos sędziego donośnie rozbrzmiewał po sali:
"W imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej,
dnia 16 lutego 1955 roku,
Sąd Powiatowy dla miasta Wrocławia w Wydziale V Karnym po
rozpoznaniu w dniu 16 lutego 1955 roku sprawy Piotra Borodyńskiego, syna
Andrzeja i Józefy z Kamińskich, urodzonego dnia 24 czerwca 1937 roku w
Serpelicach, powiat Biała Podlaska, zamieszkałego w Kwidzie, powiat Kętrzyn,
oskarżonego o to, że:
I. W dniu 23 listopada 1954 roku w Zawidowie, powiat Lubań, w
zamiarze przekroczenia granicy polsko-czechosłowackiej w kierunku do
Czechosłowacji, w miejscu na to nie przeznaczonym i bez właściwych dokumentów,
przybył do strefy granicznej, lecz zamierzonego skutku nie osiągnął, ponieważ
został zatrzymany przez patrol WOP, to jest o czyn przewidziany w artykule 23
kodeksu karnego.
II. W czasie, miejscu i okolicznościach opisanych w punkcie
I-szym, w celu uchylenia się od powinności celnej i wykroczenia przeciwko
ograniczeniom wywozowym, nie posiadając zezwolenia na wywóz z Polski do C.S.R.
dziesięciu tabliczek czekolady na ogólną sumę 150 złotych, przybył do strefy
granicznej, lecz zamierzonego skutku nie osiągnął, gdyż został zatrzymany przez
patrol WOP, to jest o czyn przewidziany w artykule 48, paragraf 1, punkt 2
P.K.S.
I. Uznaję Piotra Borodyńskiego za winnego dokonania zarzuconych
mu czynów i za czyn opisany w punkcie I-szym, na zasadzie artykułu 23 kodeksu
karnego o granicach państwa, skazuję go na jeden rok i sześć miesięcy więzienia,
a za czyn opisany w punkcie II-gim, skazuję go na dwieście złotych grzywny, z
zamianą, w razie nieściągalności, na dwadzieścia dni więzienia.
II. Na zasadzie artykułu 58 kodeksu karnego zaliczam mu na
poczet kary pozbawienia wolności okres tymczasowego aresztowania od dnia 24
listopada 1954 roku do dnia 16 lutego 1955 roku.
III. Orzekam przepadek na rzecz Skarbu Państwa 9 sztuk
tabliczek czekolady, zdeponowanej w Urzędzie Celnym we Wrocławiu.
IV. Uwalniam oskarżonego od kosztów sądowych, zaliczając koszty
postępowania na rachunek Skarbu Państwa.
Uzasadnienie:
W dniu 23 listopada 1954 roku w Zawidowie oskarżony Piotr
Borodyński usiłował nielegalnie przekroczyć granicę z Polski do Czechosłowacji i
został zatrzymany przez patrol WOP, mając przy sobie dziesięć tabliczek
czekolady. Do winy całkowicie przyznał się podając, że szedł do Czechosłowacji,
aby tam znaleźć pracę.
Sąd, uznając jego winę za udowodnioną, skazał go na karę jak w
sentencji wyroku, zważywszy szkodliwość społeczną czynu oskarżonego oraz z
drugiej strony jego młody wiek i dotychczas nienaganną przeszłość".
Od razu pragnę tu wyjaśnić, że sprawa liczby tabliczek
czekolady w akcie oskarżenia i odpisie wyroku przewija się różnie z tego powodu,
że jedna tabliczka była już napoczęta i śledczy oddał mi ją w czasie
dochodzenia.
*
Byłem bardzo zaskoczony tym wyrokiem i nie mogłem dociec
przyczyny tak wysokiego wymiaru kary. Sprawa jednak nie była ostatecznie
przesądzona, ponieważ przysługiwało mi jeszcze prawo apelacji od wyroku do sądu
wojewódzkiego, z czego oczywiście nie zamierzałem zrezygnować.
Wyrokiem tym byli również zdziwieni współwięźniowie w celi, ale
chyba najbardziej był nim zdumiony nasz najstarszy wiekiem oddziałowy, Góral,
który prowadząc mnie z rozprawy do celi, dowiedziawszy się o tej sentencji,
powiedział, że jest ona dla niego wprost nie do uwierzenia, po których to
słowach dodał:
- Musisz złożyć apelację w
sądzie wojewódzkim o zmniejszenie kary i zrób to jak najszybciej, bo czym
wcześniej odbędzie się rozprawa rewizyjna, tym prędzej może wypuszczą cię do
domu.
Chociaż byłem moim wysokim wyrokiem zaskoczony, nie byłem nim
skonsternowany. Prawie trzy miesiące już odsiedziałem -
mówiłem sobie - więc odbędę jakoś i pozostałe
piętnaście miesięcy kary. Ponadto pocieszałem się, że rewizja procesu na pewno
zmniejszy ten wyrok, a może też w końcu zostanie uchwalona amnestia, o której
tak już głośno mówiono i której powszechnie oczekiwano. Będę mógł także pisać o
wcześniejsze zwolnienie warunkowe po odbyciu części kary - pomyślałem sobie.
Następnego dnia zgłosiłem Góralowi decyzję złożenia podania o
rewizję procesu i poprosiłem o papier. Po niedługim czasie oczekiwania
oddziałowy wrócił i wręczył mi arkusz kratkowanego papieru. Wszelako na czas
pisania apelacji zaprowadził mnie do mieszczącej się obok izolatki, która w
owych dniach była akurat wolna. Pewnie uczynił to dlatego, abym, pisząc tak
ważne pismo, miał warunki do zachowania dyskrecji i żeby był spokój i nikt mi
nie przeszkadzał. Prośbę o rewizję rozprawy i o uniewinnienie lub zmniejszenie
wyroku umotywowałem tym, że jestem jeszcze bardzo młody - mam tylko siedemnaście lat - i że
powinno to być dla mnie okolicznością łagodzącą. Następnie zwróciłem uwagę na
to, że granicy jeszcze nie przekroczyłem i nie jestem pewny, czy bardziej
zbliżywszy się do niej, w ostatniej chwili nie rozmyśliłbym się i nie
zrezygnował z tego zamiaru. Nie omieszkałem też napisać, że jestem chory na
serce i płuca, powołując się na badania i leczenie, jakie tu w więzieniu
przeprowadziłem, jak również na te, które odbywałem w Olsztynie, a nawet
powołałem się na ewentualne poświadczenie współwięźniów, którzy moje
dolegliwości znali, gdyż rzeczywiście nieraz im o nich wspominałem.
Zaraz po powrocie do swojej celi, będąc już w trochę lepszym
humorze, napisałem list do domu, do Frani i do Kazika, powiadamiając ich o
wyroku i o złożeniu apelacji od tego orzeczenia do sądu wojewódzkiego, który na
pewno zmniejszy tę karę do sześciu miesięcy lub może do roku. Napisałem też, że
mam jeszcze sporo pieniędzy w więziennej kasie na wypiskę i jakoś ten czas
będzie mi leciał. Zaproponowałem Frani, aby przyjechała mnie odwiedzić wiosną
albo latem, gdyż wtedy na dworze była bardzo brzydka zima. Poprosiłem ją, żeby
przekazała Stachowi w wojsku mój adres lub przysłała mi adres jego jednostki,
bym mógł się dowiedzieć, co u niego słychać, i żeby, korespondując, czas upływał
mi szybciej. Napisałem to wszak zbędnie, bo chyba w dwa dni później list
otrzymałem od Stacha. Był w Szczecinie i służył w WOP-ie. Trafił tam zapewne
dlatego, że poszedł do wojska jeszcze przed moim aresztowaniem.
*
Pierwszego marca zostałem przeniesiony na oddział karny do
pawilonu "C", gdzie również znalazłem się na najwyższym, czwartym oddziale.
Zostałem umieszczony w dwuosobowej celi, numer 116, w której przebywał
dwudziestoletni młodzieniec. Był to chłopiec raczej mało ciekawy, o niezbyt
skoordynowanym myśleniu i mówieniu. Właściwie nie wiem, za co był karany, bo za
każdym razem mówił co innego. Był jednak cichy, w miarę grzeczny i mogłem
spokojnie pędzić z nim ten mój więzienny żywot. Spaliśmy na żelaznym, piętrowym
łóżku - on na dole, ja u góry. Na początku w tej małej
celi z tym małomównym kolegą trochę się nudziłem, lecz po dwóch, trzech
tygodniach dołączył do nas może dwudziestopięcioletni młodzieniec i od tego
czasu życie w celi ożywiło się i jakby ruszyło do przodu. Lubił on opowiadać i
umiał to czynić, a jako że miał już w swoim życiu dużo różnych przygód i
przeżyć, więc miał też o czym mówić, szczególnie o dziewczynach. Zdaje mi się,
że wraz z jego przybyciem wniesiono do celi siennik, ale on spał w łóżku na dole
razem z kolegą, przystawiając do łóżka stołki, choć mimo to widziałem, że jest
im ciasno.
Tu na oddziale karnym były w celi warcaby oraz szachy,
otrzymywaliśmy codziennie lokalną gazetę i co tydzień ilustrowane czasopismo,
którego tytułu już nie pamiętam. W prasie tej pilnie wyszukiwałem wiadomości z
kraju, które mogłyby być zwiastunem ogłoszenia amnestii. Jednakże na przekór
temu, co powszechnie mówiono, wyczytywałem, że w Polsce wszystko przebiega w
najlepszym porządku i wszyscy zgodnie budują socjalizm. W prasie nie było
niezadowolonych, nie odnotowywano starć, kryzysów, zamieszek ani żadnego innego
oporu. Z wiadomości zagranicznych przypominam sobie to, że premiera Churchilla
zastąpił na tym stanowisku Eden, a 18 kwietnia zmarł w USA Albert Einstein.
Z tego okresu pobytu w więzieniu pamiętam i to, że pierwszego
dnia świąt Wielkiej Nocy zjadłem w celi po raz pierwszy obiad złożony z dwóch
dań, ponieważ, oprócz zupy, podano nam kotlet rybny z ziemniakami i surówką z
kiszonej kapusty.
*
Pewnego kwietniowego poranka oddziałowy powiadomił mnie, iż
zostałem skierowany do pracy przy sklejaniu pudełek do papierosów, po czym mnie
oraz paru młodych więźniów z innych cel naszego oddziału zaprowadził, ku memu
wielkiemu zdumieniu, do mojej poprzedniej celi, w której teraz urządzono
pracownię do sklejania owych pudełek. Znajdowało się już w niej kilku
młodzieńców, doprowadzonych tu z innych oddziałów. Niestety, nikogo z moich
znajomych nie było. Pomyślałem od razu, że prawdopodobnie dlatego zrobiono na
niektórych oddziałach przetasowania więźniów i zagęszczono cele, o czym
opowiadano niedawno w łaźni, bo pewnie szykowano miejsce na tę pracownię.
W mojej poprzedniej celi stało teraz kilka dużych stołów,
obstawionych naokoło ławkami i stołkami, oraz leżały sterty odpowiednio
wyciętych kartoników z wielkim napisem DUKAT i innymi, drobniejszymi napisami,
jakie zwykle znajdują się na każdym pudełku od papierosów. Przedstawiciel
fabryki poinformował nas, jak trzeba te kartoniki zginać i sklejać, co należało
wykonywać przy pomocy drewnianych form w postaci prostokątnych deszczułek,
wielkości równej sklejanym pudełkom, oraz pędzelków i kleju. Za tę robotę
mieliśmy otrzymywać akordowe wynagrodzenie, wprawdzie bardzo niskie, ale nikt
nie protestował, bo lepsze było to zajęcie w dużej grupie młodych więźniów niż
bezczynne przebywanie w celi.
Gdy produkcja ruszyła, przy naszym stole siedziało sześciu
młodzieńców, pracujących w dwóch zespołach. Jeden z trójki przykładał drewniane
formy do kartoników, które następnie wokół tych form zaginał. Drugi zagięte
brzegi kartoników smarował klejem, a trzeci posmarowane krawędzie stykał i wokół
form dociskał, po czym z nich zdejmował i gotowe już pudełka układał w wielkich
kartonach.
Wkrótce bardzo zgraliśmy się i wzajemnie poznali, a czas przy
pracy i opowiadaniach upływał szybko i przyjemnie.
Najbardziej zaprzyjaźniłem się z Jurkiem z Kielc, pracującym w
naszym zespole. Mieliśmy wspólne tematy do rozmowy, ponieważ był skazany z tego
samego artykułu, co ja, za przekroczenie granicy polsko-enerdowskiej, którą
przeszedł pod jakimś niewielkim, zamkniętym dla ruchu mostem na Nysie. Uznał to
za bezpieczniejsze niż przechodzenie przez most, który musiał znajdować się pod
szczególną obserwacją. I rzeczywiście. W czasie jego przeprawiania się przez
rzekę weszli na most polscy, a potem niemieccy żołnierze i wszczęli na nim
dłuższą rozmowę. Miał wrażenie, że czymś ze sobą handlują. Było to w letnią,
lecz zimną noc. Ukryty za filarem, przeczekał te groźne chwile, a gdy żołnierze
odeszli, zdołał przejść na drugą stronę Nysy i oddalić się od granicy. Został
jednak potem zatrzymany na bocznej, prawie polnej drodze przez enerdowskich
milicjantów jadących na motorach. Dowieziono go na posterunek, przesłuchano, po
czym odesłano do Neschwitz.
Po pięciu godzinach tej bądź co bądź nużącej pracy wracaliśmy
do swoich cel. Po wyjściu na korytarz doznawałem uczucia ulgi i w drodze
powrotnej do swojej celi było nawet przyjemnie tak iść po tych oddziałach i
pawilonach, a niekiedy wydawało mi się, że owe pawilony i oddziały, wielkie
bramy oraz mocno pozabezpieczane drzwi, choć z wyglądu bardzo złowrogie, są
zarazem imponujące i majestatyczne, wywierające na mnie niezwykłe wrażenie.
Mimo tych impresji, gdy przechodziłem korytarzami, oczy zawsze
błądziły po różnych zakamarkach, szukając jakichś gzymsów, kanałów, kominów,
wietrzników lub innych dróg dających nadzieję i szansę na znalezienie sposobu
ucieczki.
Czasami zastanawiałem się, do czego służy druciana siatka
rozciągnięta poziomo między korytarzami, wzdłuż całych pawilonów na wysokości
pierwszych oddziałów. Gdy kilka razy na ten temat dyskutowałem z więźniami,
jedni mówili, że jest to zabezpieczenie przeciw samobójstwom, a inni byli
zdania, że po to, by nie móc z górnych korytarzy zeskoczyć czy opuścić się po
czymś na parter i w ten sposób chciano utrudnić więźniom ewentualną ucieczkę.
*
28 kwietnia, w czasie zajęć przy sklejaniu pudełek, wszedł do
pracowni oddziałowy, wyczytał kilka nazwisk i oznajmił, że po obiedzie
wymienione osoby mają przygotować się do wyjazdu do ośrodka pracy - a jak potem
kilku chłopaków dopowiedziało: - na pewno do pracy w kopalni węgla kamiennego. W
liczbie wywołanych pięciu czy sześciu więźniów znalazłem się również ja, a także
Jurek.
Chociaż praca w kopalni dość mnie zatrwożyła, to wyjazd ten
trochę mnie też ucieszył i z niecierpliwością oczekiwałem końca zajęć, żeby
pójść na obiad i udać się w tę podróż. Jeśli mielibyśmy jechać do pracy w
kopalni, to pomyślałem, że na pewno wywiozą nas gdzieś tu w pobliże na Dolny
Śląsk, może do Wałbrzycha lub jego okolic. Było wszakże możliwe, iż
przetransportują nas na Górny Śląsk, co wydawało mi się, że byłoby ciekawsze,
ponieważ dłużej podróżowalibyśmy, czego już od dawna przecież nie czyniłem.
Po obiedzie i pożegnaniu się z kolegami w celi oddziałowy
doprowadził mnie oraz kilku innych młodzieńców z naszego oddziału do grupy około
dwudziestu więźniów oczekujących na dole na transport do obozu pracy. Jurek,
który odsiadywał swój wyrok na innym oddziale, już był w tej grupie. Po
dołączeniu do nas następnych skazanych wyprowadzono wszystkich na zewnątrz i
załadowano do kilku więziennych suk, w których, z powodu ścisku, nie można było
nawet poruszyć się, i zawieziono na dworzec. Tu, przy jakimś bocznym peronie,
przesiedliśmy się do specjalnego więziennego wagonu o zakratowanych oknach,
gdzie zaraz po naszym wejściu pozamykano wszystkie drzwi na klucz. Do kilku
ośmioosobowych przedziałów wciśnięto nas chyba po dwunastu, a gdy zajęliśmy,
siedząc lub stojąc, wszystkie możliwe do wykorzystania miejsca, oczekiwaliśmy na
odjazd. Jednakże musieliśmy czekać jeszcze długo, bo do chwili przyjazdu
następnych skazanych, być może z naszego więzienia lub z wojewódzkiego przy
ulicy Klęczkowskiej, którymi zapełniono pozostałe przedziały naszego wagonu.
Wkrótce jednak po dokonaniu tej operacji podjechała lokomotywa, która dołączyła
nas do pociągu (nie pamiętam, ale zapewne osobowego) i ruszyliśmy w drogę.
W wielkim tłoku i zaduchu jechaliśmy w kierunku Górnego Śląska,
chociaż ja jeszcze w czasie postoju zmieniłem swoje zdanie i wolałem już, żeby
wieziono nas bliżej - do Wałbrzycha. Późno w nocy
przyjechaliśmy na stację w Sosnowcu, gdzie przewekslowano nasz wagon w kierunku
Radochy, a po dojechaniu tam o świcie stanęliśmy na bocznicy kolejowej przy
jakimś więzieniu czy obozie przejściowym. Tu zjedliśmy posiłek i w barakach na
piętrowych łóżkach przespaliśmy się do późnego rana.
Po śniadaniu przez kilka godzin dzielono nas na grupy z
przeznaczeniem do różnych kopalń. Razem z Jurkiem znaleźliśmy się w jednej
grupie, liczącej około dwudziestu więźniów, którą po obiedzie, samochodem z
budą, pod eskortą siedzących w szoferce i z tyłu przy klapie pojazdu uzbrojonych
w pistolety maszynowe strażników, przewieziono do Wesołej, oddalonej kilkanaście
kilometrów od Sosnowca. Pamiętam, że po drodze ktoś krzyknął: - Jak fajnie! Jedziemy teraz z Radochy do Wesołej! - Zastanawiałem się i sam nie wiedziałem, czy to tylko zwykła
zbieżność nazw, czy też jakaś ironia losu. Kończąc tę podróż, wjechaliśmy w
bramę Ośrodka Pracy Więźniów w Wesołej II, gdzie po dłuższym czasie dyskusji i
jakiegoś bałaganu organizacyjnego rozlokowano nas w znajdujących się tam
drewnianych barakach.
Rozdział 4.
Spis treści
Rozdział 6.
|