4. UCIECZKA DO KWADRATU

W Kętrzynie wsiadłem do pociągu wieczorem i według rozkładu jazdy miałem dotrzeć do Chojnowa następnego dnia około godziny czwartej po południu. Do tego miasta było ponad sześćset kilometrów i aby do niego dojechać, trzeba było przesiąść się w Olsztynie i Wrocławiu.

Gdy pociąg ruszył i zaczął oddalać się od dworca, przemykając peryferiami miasta, trochę zrobiło mi się żal, że wyjeżdżam z tych stron i opuszczam Kętrzyn, Kwidę i Karolewo. Przecież w tej szkole miałem też bardzo dużo wspaniałych kolegów, zarówno w naszej klasie, jak i w innych klasach i technikach, oraz bardzo miłych i sympatycznych profesorów. Zastanawiałem się, czy aby w Chojnowie na pewno będzie lepiej, ale pomyślałem, że jeśli nawet trafię na jednego lub kilku chłopców, z którymi mógłbym mieć większe trudności, to upłynie rok albo dłużej, zanim dostatecznie się wobec mnie ośmielą. Teraz chyba nie spoufalą się tak szybko, bo pewnych rzeczy już się nauczyłem i będę lepiej wiedział, jak z nimi żyć i postępować. Zdawałem sobie jednak sprawę, iż na początku też mi będzie trudno, że będę skrępowany, gdyż od razu nie zdobędę przyjaciół, bo na poznanie i zżycie się z nimi potrzeba będzie trochę czasu. Wszelako byłem z natury optymistą i nigdy z góry niczym nadmiernie się nie przejmowałem, a jeśli już czymś się zmartwiłem, to niewiele mi było trzeba, żeby się rozweselić. Właśnie bardzo ucieszyłem się tym, że dojechałem do Olsztyna szczęśliwie i wygodnie, bez wielkiego tłoku, a pociąg do Wrocławia wyruszył zgodnie z planem.

Do Olsztyna ostatnio przyjeżdżałem kilkakrotnie do lekarza, bo od około roku czułem się chory na nerwicę serca. Była ona dla mnie dużym utrapieniem, mimo że w czasie jej ataków, które wszak nie zdarzały się często, było chyba więcej strachu i niepokoju niż prawdziwego niebezpieczeństwa. Na domiar jednak złego, po przeczytaniu w którejś gazecie bardzo przejmującego i niepokojącego artykułu na temat gruźlicy płuc, przy najmniejszym kaszlu począłem miewać hipochondryczne lęki, iż być może jestem chory również i na tę chorobę. Oba te cierpienia traktowałem bardzo poważnie i przyjeżdżałem leczyć się aż do Olsztyna, ponieważ polecono mi tutaj dobrego specjalistę.

Choroby te były może trochę śmieszną sprawą, ale takie właśnie bywają objawy hipochondrii, która czasami pojawia się w stresowych i konfliktowych sytuacjach.

Do Chojnowa przyjechałem o czasie. Gdy opuściłem dworzec i szedłem przez miasto, nastawał już zmrok. Szukając mojej przyszłej szkoły, zobaczyłem idącą przede mną drobną postać żeńską, zapewne też jakąś uczennicę, może nawet z tego technikum - pomyślałem. Podszedłem więc do niej i zapytałem:

- Koleżanko, gdzie tu jest szkoła rolnicza?

- Właśnie w tym kierunku idę - odpowiedziała nieznajoma, która - z niemałym zmieszaniem zauważyłem - była dorosłą, może czterdziestoletnią kobietą. Przeprosiłem ją za tę niezamierzoną poufałość i dalej szliśmy razem. Do szkoły było niedaleko, a gdy do niej doszliśmy, podziękowałem nieznajomej za wskazanie mi drogi i wszedłem do środka budynku.

W sekretariacie powiedziałem kim jestem i okazałem przysłane mi pismo wyrażające zgodę na przyjęcie mnie do trzeciej klasy tutejszego technikum rolniczego. O sprawie chyba pamiętano, bo pisma nikt nie czytał, tylko po chwili rozmowy zaprowadzono mnie do klasy, w której odbywała się jeszcze jakaś lekcja. Po przedstawieniu mnie uczniom i wymianie ze mną kilku zdań profesor zapytał, czy chcę pozostać w klasie na lekcji, czy wolę pójść rozlokować się w internacie.

Zdążyłem już rozejrzeć się po sali. Wszyscy uczniowie wyglądali sympatycznie. W jednej ławce zauważyłem samotnego, bardzo miło wyglądającego chłopca, więc pomyślałem, iż pewnie z nim będę siedział w tej ławce. Nie myliłem się, gdyż profesor słysząc, że chcę pozostać w klasie, wskazał mi ręką to miejsce. Jednakże na chwilę się zatrzymałem, bo spostrzegłem, że kobieta, która wraz ze starszym mężczyzną i ze mną weszła do klasy, zaczęła właśnie coś mówić:

- Zapomnieliśmy jeszcze chyba o tym, że ostatnio wyszło zarządzenie, żeby uczniowie uzyskiwali zgodę na przeniesienie się z poprzedniej szkoły, ponieważ zbyt dużo uczniów zmienia miejsca nauki. Czy masz taką zgodę na piśmie z poprzedniego technikum?

- Nie, nie mam, ale w odpowiedzi, którą stąd otrzymałem, nic na ten temat nie wspomniano.

Kobieta wzięła pismo do ręki i przeczytała.

- Tak, tu rzeczywiście na ten temat nic nie ma, widocznie sekretarka zapomniała o tym napisać.

Nastała chwila milczenia, po której tym razem przybyły wraz z nami mężczyzna, chyba dyrektor, powiedział:

- To właściwie bez takiej zgody nie możemy cię przyjąć do szkoły. Musisz o tę zgodę najpierw jakoś się postarać.

Bardzo zaskoczony tym obrotem sprawy, rzekłem:

- Dobrze. Mam tu koło Bolesławca brata, więc zamieszkam u niego i wyślę do Karolewa prośbę o przysłanie mi takiej zgody.

- O, to świetnie się składa - powiedział dyrektor. - Chyba nie zajmie ci to dużo czasu. Jak tylko tę zgodę otrzymasz, proszę przyjeżdżać. Sprawa już będzie wtedy całkowicie załatwiona.

Wyszedłem. Po drodze na dworzec zastanawiałem się i nie mogłem pojąć, dlaczego postanowiono przeciwdziałać przenoszeniu się uczniów ze szkoły do szkoły, kiedy czynią to zapewne po to, aby coś sobie polepszyć lub usprawnić. Z drugiej strony - pomyślałem - skoro zapomnieli o przeniesieniu napisać, to teraz powinni przyjąć mnie do tutejszego technikum i pozwolić mi załatwić tę sprawę korespondencyjnie.

*

Do brata przyjechałem późno wieczorem, bo musiałem trzy godziny czekać na pociąg do Bolesławca. Jakkolwiek pisałem mu, że chcę się przenieść do szkoły w Chojnowie, skąd będę mógł go czasami odwiedzić, to jednak był bardzo zaskoczony, gdy tak nagle o tej porze zjawiłem się u niego. Wszelako chałupę miał sporą i zawsze było gdzie się podziać i przenocować, jeśli nawet ktoś przybył nieoczekiwanie.

Na drugi dzień z rana napisałem podanie do szkoły w Karolewie z prośbą o wyrażenie zgody na moje przeniesienie się do Technikum Rolniczego w Chojnowie, którą to prośbę umotywowałem głównie lepszym w tych stronach klimatem dla mojego zdrowia. Koperty z podaniem nie wręczyłem listonoszowi, tak jak to się tutaj zwyczajowo robiło i choć codziennie przyjeżdżał on przed południem do wsi, tylko sam zaniosłem na pocztę w Bolesławcu i nadałem listem poleconym. Tak było szybciej niż przez listonosza, który pewnie na pocztę powracał dopiero późnym popołudniem, albo nawet wieczorem.

Miałem więc teraz z tydzień lub więcej czasu na poznanie rodziny Kazika oraz wsi, w której mieszkał, i tutejszych okolic. Brat i bratowa chętnie zgodzili się, żebym u nich przez ten czas pobył, gdyż w czasie ich nieobecności w domu mogłem popilnować dzieci, których mieli dwoje: pięcioletnią dziewczynkę, Stasię, i dwuletniego chłopczyka, Antka.

Kazik miał trzydzieści lat, pracował w fabryce kwasu siarkowego w Wizowie koło Bolesławca, a prócz tego posiadał kawałek pola, które obrabiał w czasie wolnym od pracy w fabryce. Bratowa, Władysława, była o kilka lat młodsza od brata i zajmowała się dziećmi oraz pracowała w polu. W tym czasie kończyli na nim prace jesienne, wobec czego byłem bardzo przydatny do posiedzenia z dziećmi w domu.

Bratowa urodziła się w Jugosławii, w Zagrzebiu, dokąd jej polscy rodzice wyjechali jeszcze przed pierwszą wojną światową. Dobrze mówiła po polsku i po serbochorwacku.

Wieś, Otok, była ładnie położona, od zachodniej strony otoczona polami, a od wschodu dużym pięknym lasem. Był to las mieszany, przeważnie liściasty, rosnący na wilgotnym gruncie. Kiedy w wolnych chwilach wychodziłem z domu, a nie szedłem na spacer po wiosce lub na pole albo do Bolesławca, bardzo chętnie udawałem się na przechadzkę po nim. W pamiętniku, który pisałem, przebywając w mieszkaniu z dziećmi, prócz różnych medytacji i refleksji na temat sytuacji, w jakiej wówczas się znalazłem, często wspominałem o spacerach w tym lesie i dużo uwagi poświęciłem jego opisowi.

Po kilku dniach przystąpiłem do przerabiania kolejnych lekcji z książek, aby nie powstały zbyt duże zaległości w nauce. Dobrze mi nawet szło, gdyż lekcje były przystępnie napisane i można było nauczyć się ich bez poprzedzających wykładów profesora. Jednakże nie do wszystkich przedmiotów mieliśmy książki i niektórych lekcji uczyliśmy się na wykładach, a następnie z notatek, które w czasie ich trwania sporządzaliśmy.

Żadna wiadomość z Karolewa nie nadchodziła. Po tygodniu bardzo się już niecierpliwiłem i żeby szybciej uzyskać jakąś wiadomość, wychodziłem z rana przed wieś na szosę aż do najwyższego jej wzniesienia, skąd mogłem obserwować z daleka: idących ludzi, nadjeżdżające samochody i rowerzystów, wśród których starałem się rozpoznać sylwetkę tutejszego doręczyciela poczty. Listonosz prawie zawsze nadjeżdżał o tej samej porze, lecz, niestety, nigdy nie miał dla mnie oczekiwanego listu.

Po dziesięciu dniach napisałem drugie pismo do dyrekcji szkoły w Karolewie z prośbą o szybsze załatwienie sprawy, a korzystając z tego, że byłem w Bolesławcu, wsiadłem do pociągu i pojechałem do szkoły w Chojnowie. Powiadomiłem dyrektora, że przeniesienie z Karolewa jeszcze nie nadeszło i poprosiłem go, żeby zechciał mnie przyjąć do technikum, nim ta zgoda przyjdzie, gdyż powstają zaległości w nauce, chociaż - mając czas - usiłuję je nadrobić. Dyrektor jednak nie zgodził się na przyjęcie mnie do szkoły, dopóki nie otrzymam przeniesienia z Karolewa, i w dodatku wyraził duże wątpliwości, czy będę mógł nadrobić powstałe zaległości w nauce, mimo że staram się sam uczyć w domu.

Czekałem jeszcze wiele dni, ale żadnej odpowiedzi z Karolewa nie było. Począłem już nawet zastanawiać się, czy nie odpuścić tego roku szkolnego i nie poszukać sobie jakiejś pracy. Mogłem przecież wznowić starania o przyjęcie do tutejszego technikum od nowego roku szkolnego. Do tego czasu zdołam chyba załatwić to przeniesienie z Karolewa - pocieszałem się.

Jednakże sprawa znalezienia pracy okazała się nie taka prosta. Upłynęło dopiero kilka miesięcy, jak ukończyłem siedemnaście lat, a do pracy przyjmowano od lat osiemnastu. Mogłem jedynie pójść na ucznia do przyuczenia zawodu lub zostać kurierem w jakimś przedsiębiorstwie, co w obu przypadkach było bardzo mało płatne i nie wystarczyłoby mi na życie. Poza tym nie wiedziałem, gdzie miałbym mieszkać. Przebywanie u brata jeszcze prawie przez rok byłoby trochę kłopotliwe, a prócz tego musiałbym z Otoku do Bolesławca kilka kilometrów dochodzić piechotą, bo autobus - przynajmniej z rana - nie pasował. Brat dojeżdżał do Wizowa rowerem, ale miał on tylko jeden taki pojazd, a ja nie wiem, czy bym sobie rower kupił, gdybym nawet wydał wszystkie pieniądze, jakie wtedy posiadałem.

Byłem jednak bardzo ambitny i chyba też mocno zagniewany na moją szkołę, bo mimo iż znalazłem się w tak trudnej sytuacji, to powrotu do technikum w Karolewie w ogóle nie brałem pod uwagę, choć prawdopodobnie było to możliwe. Również niepotrzebnie poczułem się aż tak bardzo głupio po tym nieudanym załatwieniu sprawy, co odbierało mi wszelką myśl powrotu do domu, chociaż ojciec zapewne w końcu by mi to wybaczył.

*

Gdy tak biegł już czwarty tydzień, a zgoda na przeniesienie z Karolewa nie nadchodziła, wtedy pewnej nocy, kiedy nie mogłem usnąć, przypomniała mi się historia, jaką ze dwa tygodnie przedtem opowiadała bratowa. Otóż jeden z jej znajomych, który po wojnie przyjechał do Polski z Jugosławii i nie znalazł tu godziwych warunków do życia, uciekł z powrotem nielegalnie do tego państwa, gdzie mu się już o wiele lepiej powodziło.

Jak mówiła bratowa, udało mu się jakoś przedrzeć przez granicę polsko-czechosłowacką, następnie czechosłowacko-węgierską i węgiersko-jugosłowiańską, gdyż granice między krajami socjalistycznymi były nie tak mocno strzeżone jak do państw kapitalistycznych, na których mogły być nawet zasieki z drutu kolczastego, miny oraz inne przeszkody.

Pomyślałem więc, że jeśli udało się temu człowiekowi uciec do Jugosławii, to czemu podobny pomysł nie mógłby powieść się mnie? Szkoda, że wtedy, jak bratowa to opowiadała, nie dowiedziałem się czegoś więcej na temat tej ucieczki, lecz wtedy to mnie nie bardzo zainteresowało. Ale nic straconego - pomyślałem - wkrótce ją jeszcze o to zapytam i może czegoś ciekawego się dowiem. Wówczas spytałem ją tylko, dlaczego ten jegomość nie wyjechał legalnie, jeśli mu się tu nie spodobało, na co bratowa odrzekła prawie wzburzona:

- Coś ty! W dzisiejszych czasach? A kto by mu paszport wydał?

Trochę zmieszany tym, iż sprawiłem wrażenie dyletanta w tych sprawach, zaprzestałem dalszej dyskusji.

Z Jugosławii już nie było żadnego problemu dostać się do państw zachodnich, legalnie czy nielegalnie, ponieważ obywatele tego kraju mogli łatwo wyjeżdżać do zachodnioeuropejskich państw, a granice jugosłowiańskie nie były pilnowane ponad normalne potrzeby neutralnego kraju, z którego i do którego był dość swobodny przepływ ludności.

Gdybym dotarł do Jugosławii - pomyślałem - pojechałbym zaraz do Francji, o której brat opowiadał tyle ciekawych rzeczy, bowiem Kazik w czasie wojny przebywał przez kilka lat w tym kraju.

W nocy śniło mi się nawet, że jestem w Paryżu i przechadzam się nad Sekwaną po paryskich bulwarach. Jednakże, gdy obudziłem się rano i poszedłem na spacer do lasu, po dłuższym zastanowieniu się uznałem całe te uprzednie rozmyślania za zwariowane, a przede wszystkim mało możliwe do zrealizowania i niebezpieczne. Z obawy, żeby nie przyszła mi rzeczywiście chęć realizacji tego pomysłu, powziąłem decyzję, aby szybko wracać do ojca, wszystko mu wytłumaczyć, zamieszkać w domu, pomagać w gospodarstwie i stamtąd od nowego roku szkolnego ponownie starać się o przeniesienie, które - będąc na miejscu - można będzie skuteczniej załatwić.

Jednak wieczorem, kiedy znowu nie mogłem usnąć, ambicje oraz marzenia powróciły i wzięły górę. Ojcu, oczywiście, jakoś się wytłumaczę - mówiłem sobie - ale jest jeszcze macocha i jej dwie córki, moi bracia oraz mieszkańcy całej wsi, a znając poczucie humoru niektórych z nich, wyobrażam sobie, jak będą dowcipkowali i śmiali się ze mnie, gdy się dowiedzą, że tak szkołę pokpiłem, że już się nie uczę i teraz oto jak kompletny gamajda do domu powracam. A jeśli chodzi o pomoc przy gospodarskich obrządkach czy o pracę w spółdzielni, to od listopada do wiosny nie ma dużo roboty, a ludzi w domu jest dość i często sami zimą nie wiedzą, co z czasem począć.

Jąłem więc jeszcze raz zastanawiać się nad sytuacją, w jakiej się znalazłem, i rozważać nad sensem i możliwością ucieczki do Jugosławii, a następnie do Francji. Jest to trudne i ryzykowne przedsięwzięcie, ale jednak możliwe - rozpatrywałem swój pomysł - bo przecież jest faktem niezaprzeczalnym, że człowiek, o którym opowiadała bratowa, zdołał uciec do Jugosławii, gdyż potem przysyłał listy i przypadek ten we wsi jest ogólnie znany.

Tak, to byłoby bardzo fajnie uciec do Francji. Rozwiązałoby to wiele moich obecnych problemów - rozważałem dalej. Chyba znalazłbym tam jakąś pracę, a jako uciekinierowi, to by mi jeszcze na początku dopomożono osiedlić się i zagospodarować w tym kraju. Następnie począłem rozwodzić się w marzeniach nad przymiotami tego państwa. Francja - rozmyślałem - to nie tylko Paryż. Ma ona przecież wiele innych wspaniałych atrakcji i zalet. Francja ma chyba najlepsze położenie geograficzne w Europie. Nad Morzem Śródziemnym prawie cały rok lato, a jeśli komuś zachce się zimy, to może pojechać do Chamonix i ma tam prawie cały rok zimę. Od północy - słynny La Manche, a od zachodu - Zatoka Biskajska, która właściwie jest tylko z nazwy zatoką, bo w rzeczywistości jest otwartym oceanem. Oceanem, po którym płynął Kolumb, a za nim jest Ameryka, wodospad Niagara, Nowy Jork, Karaiby i Amazonka. Można by tak stać nad brzegiem tego oceanu i nieskończenie marzyć. Zresztą, Francuzi wcale nie muszą o Ameryce marzyć. W Ameryce Północnej, właśnie w pobliżu wodospadu Niagara, jest spory kawałek francuskojęzycznej Kanady, gdzie mieszka ponad sześć milionów Kanadyjczyków francuskiego pochodzenia i gdzie Francuzi mogą się czuć jak u siebie w domu. Na Morzu Karaibskim mają kilka wysepek, a w Ameryce Południowej - Gujanę Francuską, leżącą niedaleko Amazonki. A jeśli komuś byłoby mało piękna i egzotyki, to mają jeszcze kolonie w Afryce i jest Oceania z niezliczonym mnóstwem wysp, z których wiele znajduje się pod protektoratem francuskim, a wśród nich prześliczna Tahiti. Tak, warto by zobaczyć Tahiti, a przecież mieszkając we Francji, można by łatwo odwiedzić tę wyspę, pracując na przykład w handlu, turystyce, transporcie lub gdziekolwiek indziej, a potem nawet znaleźć na niej pracę i tam zamieszkać. Cóż by to był za raj i szczęście zamieszkać na Tahiti. Piękne dziewczyny, egzotyczne krajobrazy, przypływy i szum oceanu, plaże pod palmami, cudowne wschody i zachody słońca nad otaczającym wyspę bezkresem wód oceanu.

Tak, należy wyruszyć w świat, a najpierw trzeba dostać się do Francji. Jest to przecież możliwe do wykonania. Skoro udało się temu Jugosłowianinowi, to czemu nie mogłoby powieść się mnie.

Przyszły mi już nawet do głowy pierwsze pomysły, jak by tę ucieczkę udanie zrealizować. Akurat poprzedniego dnia spadł pierwszy śnieg i pomyślałem, że wkrótce może go więcej napadać i w razie zdecydowania się na ten krok trzeba będzie się pośpieszyć, żeby nie zaskoczyła mnie zima, tym bardziej iż w górach ona szybciej nadchodzi. Wtedy będą trudniejsze warunki do wykonania tego zamiaru. Jednakże pocieszałem się też, że po przekroczeniu gór, w Czechosłowacji i na Węgrzech, zima z kolei trochę później przychodzi i może będzie tam nawet jeszcze dość ciepło.

Zważywszy, iż nie można było niczego uczynić, aby śladów pozostawionych w czasie przekraczania granicy nie było widać na śniegu, pomyślałem, iż można coś zrobić, żeby te ślady jakoś zmylić. Można na przykład przypiąć pod swoimi butami dodatkowe zelówki z obcasami odwróconymi do przodu, co wprowadziłoby w błąd ewentualną pogoń i skierowało pościg w odwrotnym kierunku.

*

Przez noc śniegu jeszcze trochę dopadało i na dworze zrobiło się prawie biało. Odżegnując się w dalszym ciągu od brania zamiaru ucieczki na serio, mówiąc sobie, iż dobre to pomarzyć w łóżku, jak spać się nie chce, jąłem rozglądać się, dla samego tylko sprawdzenia trafności pomysłu - usprawiedliwiałem się - czy nie ma w domu jakichś zużytych butów, od których mógłbym oderżnąć zelówki wraz z obcasami. Niestety, takich butów nadających się tylko do wyrzucenia nie znalazłem. Spostrzegłem natomiast wśród rupieci na strychu oderwane wieko starej walizki, więc wziąłem je i wykroiłem z niego lewą i prawą zelówkę. Wyciąłem je większe od moich butów, żeby jednocześnie mylnie sugerowały, iż przechodzący granicę jest dużo większym mężczyzną ode mnie. Do każdej tak sporządzonej podkładki przybiłem obcas z kartonu, a następnie przymocowałem po dwa sznurki. Sznurkami tymi przywiązałem wycięte zelówki pod podeszwami moich butów, tak jak było to pomyślane - obcasami do przodu. Po dokonaniu tego wyszedłem i dla zrobienia próby przeszedłem się kilka razy wokół domu, wzbudzając tym niezwykłą ciekawość i uciechę obserwujących mnie przez okna dzieci. Brata i bratowej nie było, ponieważ wyjechali do znajomych na wesele.

Próba wypadła doskonale. Pozostawione na śniegu ślady bez wątpienia wykazywały odwrotny kierunek marszu. Trzeba było tylko nieco bardziej unosić nogi do góry, ale jeślibym nawet o tym zapomniał, to też wszystko byłoby dobrze.

Podkładki te należałoby mieć przypięte w chwili przechodzenia przez linię graniczną, jak również i w strefie przygranicznej od jakiejś uczęszczanej drogi przed granicą, na której ścigający mogliby zgubić ślad, do najbliższej podobnej drogi napotkanej po jej przekroczeniu, nawet gdyby nie było śniegu. Chcę tu nadmienić, że w tym czasie chyba nie było jeszcze na granicach pasów zaoranej i zabronowanej ziemi, pozwalających na ujawnienie naruszenia granicy. Zresztą pasów takich nigdy nie było w górach, jak i na innych terenach uniemożliwiających wykonanie takiego rodzaju zabezpieczenia granicy.

Ten pomyślnie sprawdzony w próbie pomysł ośmielił mnie znacznie i zachęcił do poszukiwania dalszych sposobów ułatwiających zrealizowanie rozważanej ucieczki za granicę oraz wywarł duży wpływ na zdecydowanie się jednak na tę eskapadę. W pewnym momencie bowiem z niepokojem zauważyłem, że od tego celu nie ma już chyba odwrotu. Uświadomiłem sobie ponadto, iż - chcąc tego dokonać - należy, z powodu nadchodzącej zimy, jak najszybciej zabrać się do przygotowań i rychło wyruszyć w drogę.

Wieczorem, po powrocie gospodarzy do domu, w wesołej rozmowie o weselu i na różne inne tematy spróbowałem bardzo dyskretnie dowiedzieć się od bratowej trochę więcej szczegółów na temat ucieczki jej znajomego, ale okazało się, że ona sama niewiele o niej wie. Powtórzyła tylko, przez jakie granice przechodził, bo - jak nadmieniła - było to według niej oczywiste i tak to ludzie opowiadali. Poza tym - mówiła - sama o tym wszystkim dopiero po dłuższym czasie się dowiedziała. Aby coś więcej usłyszeć o tym człowieku, skomentowałem, iż musiał to być niezły bohater, skoro porwał się na taki wyczyn, i to mu się udało. Lecz bratowa rzekła tylko, że bardzo mało go znała, i to co powiedziała, nie miało większego znaczenia dla realizacji mojego zamiaru, może z wyjątkiem tego, że uciekający - według niej - musiał być takim samym przebojowcem jak ja, porównując tu jego ucieczkę do Jugosławii z moją ucieczką ze szkoły w Karolewie do Chojnowa. Porównaniem tym nawet mnie dość pocieszyła, bo pomyślałem sobie, że jeśli mam coś z zachowania tego człowieka, któremu udało się uciec do Jugosławii, to może i mnie się powiedzie.

Późnym wieczorem, zamknąwszy się w oddanym mi do spania pokoju, zastanawiałem się nad dalszymi szczegółami ucieczki. Próbowałem rozwiązać różne problemy techniczne, które nasuwały mi się przy organizowaniu tej wyprawy. Nie posiadałem odpowiedniej mapy Europy. Wśród moich pomocy szkolnych miałem tylko jako taką mapę Polski, natomiast mapa naszego kontynentu, którą posiadałem, była za mała i niedostatecznie szczegółowa do tego celu. Pomyślałem więc, że trzeba będzie rano pójść do Bolesławca lub nawet pojechać do Legnicy albo do Wrocławia i kupić możliwie dokładną mapę Europy.

Rozważałem również sposób, w jaki miałem poruszać się po przekroczeniu granicy. Ostatecznie doszedłem do tego, że pewne przestrzenie będę musiał przemierzać piechotą, a dalsze odległości można będzie pokonywać różnymi środkami lokomocji. Mogłem podróżować autostopem, najlepiej zatrzymując samochody ciężarowe, aby nie wpaść na jakichś oficjeli. Można też było jechać pociągiem osobowym na gapę, jako że nie mogłem wymienić w Czechosłowacji czy na Węgrzech polskich pieniędzy i wykupić za nie biletu, chociaż z pewnością byłoby to najbardziej wygodne. Przyszło mi przez chwilę na myśl, że być może w jakimś biurze podróży lub w banku wymienią mi polskie pieniądze, ale wnet pomyślałem, że przy takiej operacji na pewno zażądają okazania paszportu i wtedy, zamiast wymiany, mogę narazić się tylko na duże kłopoty. Niemniej postanowiłem zatrzymać trochę złotówek, mając nadzieję, iż może gdzieś uda mi się je jakoś wymienić.

Był jeszcze inny sposób poruszania się: podróżowanie pociągami towarowymi w budkach hamulcowych, które były dobudowywane przy niektórych wagonach towarowych. Byłem zdania, że można będzie w nich w miarę spokojnie jechać, a także na siedząco się przespać, bo przecież nikt chyba do tych budek nie zagląda. Trzeba tylko tak do nich się przedostawać, żeby nie zauważył tego żaden kolejarz, a szczególnie strażnik ochrony kolei, których czasem widywałem na naszych stacjach i jacy zapewne są też w krajach, przez które zamierzam przejeżdżać. Jeśli jednak dostrzeże mnie zwykły kolejarz, to wydawało mi się, że sytuacja nie będzie jeszcze zbyt groźna i można będzie z niej jakoś wybrnąć. Są oni pewnie przyzwyczajeni do takich podróżnych i być może nie będą robili z tego powodu wielkiego rabanu.

Zanim usnąłem, przyszło mi na myśl, aby nazajutrz, udając się po mapę Europy, sprawdzić i przećwiczyć od razu taką jazdę w budce hamulcowej pociągu towarowego - o jakim to sposobie lokomocji nic mi nie było wiadome - podróżując tak do Wrocławia. W razie zbyt wolnego tempa jazdy czy długiego oczekiwania na taki pociąg albo w wypadku innych komplikacji, pomyślałem, że wówczas będzie można pojechać tylko do Legnicy z ewentualną przesiadką na pociąg osobowy do Wrocławia, gdybym w Legnicy nie mógł kupić odpowiedniej mapy Europy. Pomysł ten wydał mi się bardzo użyteczny i celowy, przeto postanowiłem go zrealizować.

*

Gdy rano wstałem, zegar ścienny wybijał akurat godzinę szóstą. Szybko wyszykowałem się i poszedłem do Bolesławca, gdzie od razu udałem się na kolejową stację towarową, aby wypatrzyć jakiś pociąg odjeżdżający w kierunku Wrocławia. Przedzierając się przez stojące na torach długie rzędy wagonów zauważyłem, że jeden pociąg towarowy stoi gotowy do odjazdu, akurat z lokomotywą zaczepioną do podróży w kierunku Wrocławia. Kręciło się koło niego dwóch kolejarzy. Wkrótce spostrzegłem poszukiwaną budkę, znajdującą się przy ostatnim wagonie, ale sądziłem, że w budce na końcu pociągu może jechać kolejarz, jak nieraz widywałem to już przedtem, więc szybko pobiegłem w kierunku parowozu i po minięciu kilkunastu wagonów zauważyłem następną taką dobudówkę. Nie czytając już nalepki kierunkowej w obawie, aby mnie ktoś nie zobaczył i żeby pociąg nie odjechał, pośpiesznie wspiąłem się po schodkach do budki i, chyba przez nikogo nie dostrzeżony, zamknąłem za sobą drzwi. Jednakże, gdy tak trochę posiedziałem i pierwsze wrażenia minęły, pomyślałem, iż niewłaściwie postąpiłem, wsiadając do budki bez czytania nalepki kierunkowej. Jeślibym tak postąpił za granicą, opierając się tylko na intuicji i kierunku zaczepienia lokomotywy, to mógłbym pojechać nie wiadomo dokąd i stracić niepotrzebnie dużo czasu oraz bez pożytku wałęsać się po obcym kraju, zwiększając ryzyko jakiejś wpadki. Wyjrzałem więc przez małe okienko w drzwiach budki, a potem uchyliłem drzwi i kiedy nikogo w pobliżu nie zauważyłem, zszedłem na dół. Powiedziałem sobie, że przecież pociąg towarowy tak szybko nie jedzie, zwłaszcza na początku, i nawet gdy ruszy, zdążę wskoczyć z powrotem na swoje miejsce.

Kiedy byłem już na dole i spojrzałem na nalepkę informacyjną, wśród wielu cyfr, liter, słów oraz innych oznaczeń bez trudu odczytałem stację przeznaczenia wagonu, którą była Warszawa. Skoro było już wiadome, że wagon powinien jechać przez Wrocław, szybko wdrapałem się znowu do budki i ukontentowany oczekiwałem na ruszenie pociągu. Jednakże, miast rychłego odjazdu, przez dłuższy jeszcze czas słyszałem głośno rozmawiających kolejarzy, sapanie lokomotywy i czyjeś chodzenie wzdłuż pociągu, tuż przy budce, w której siedziałem. Nie śmiałem jednak unieść się z ławki i spojrzeć w okienko, żeby ten ktoś mnie nie zobaczył.

Wreszcie, ku memu wielkiemu zadowoleniu, około godziny siódmej pociąg ruszył. Na początku czułem się dość niezwykle, jakbym już był za granicą i przejeżdżał przez obce kraje, ale wkrótce przyzwyczaiłem się do tego sposobu lokomocji i podróż mi się nawet trochę dłużyła.

Dopiero po blisko dwóch godzinach takiej dość ślamazarnej jazdy pociąg przybył na stację towarową w Legnicy. Tu po przedłużającym się postoju chciałem już zrezygnować z dalszej podróży tym pociągiem, gdy niespodziewanie ruszył on i począł jechać w kierunku przeciwnym. Po chwili jednak zatrzymał się nagle i zauważyłem, że za drugim lub trzecim wagonem pozostały skład odłączył się, pędząc gdzieś dalej do tyłu. Następnie pociąg znowu ruszył do przodu, a potem wykonał manewr wstecz i jechał tak przez moment, aż nastąpił duży huk i wstrząs, a otworzywszy lekko drzwi mojej budki, spostrzegłem, że dołączyliśmy do innego rzędu stojących na torach wagonów. Po niedługim czasie pociąg ponownie pojechał do przodu, a po kilku dalszych minutach opuścił stację.

Przy podobnym tempie podróży było jeszcze z Legnicy ze trzy godziny jazdy do Wrocławia. Mając wiele czasu do rozmyślań, postanowiłem od początku rozpatrzyć i uzupełnić wszystkie szczegóły zamierzonej wyprawy. Przyszło więc mi na myśl, że granica węgiersko-jugosłowiańska będzie przez Węgrów bez wątpienia mocniej strzeżona, skoro z Jugosławii można bez większych problemów pojechać do państw zachodnich. Następnie pomyślałem, że właściwie to nie bardzo jestem pewny, czy rzeczywiście tak łatwo można z Jugosławii wyjechać do krajów kapitalistycznych, chociaż na pewno jest to łatwiejsze niż z Polski lub innych państw naszego obozu. W związku z tym trzeba było jeszcze raz zastanowić się, czy będę mógł w Jugosławii zupełnie spokojnie ujawnić się i bez żadnego ryzyka, iż odeślą mnie z powrotem do Polski, wyznać, że chcę jechać dalej, do Francji. Czy może będzie lepiej od razu z Jugosławii potajemnie przedostać się do Włoch, skąd nie będzie już chyba problemu pojechać legalnie do zamierzonego kraju.

Zapewne z Jugosławii można było też łatwo przedostać się do Austrii, do części okupowanej przez państwa zachodnie, a najlepiej byłoby dostać się od razu do francuskiej strefy okupacyjnej, ale nie miałem większego rozeznania, jaka właściwie sytuacja panuje w Austrii, gdzie znajdują się poszczególne strefy okupacyjne, a zwłaszcza jak daleko na zachód sięga strefa radziecka. Nie wiedziałem też, jakie istnieją zwyczaje lub porozumienia w sprawach imigracji do tego kraju.

W końcu postanowiłem, iż o tym - czy mam w Jugosławii ujawnić się i powiedzieć, że chcę iść dalej, do Francji, czy też nielegalnie przedostać się do Włoch albo do Austrii - ostatecznie zadecyduje sytuacja, jaką napotkam w Jugosławii. Byłem zdania, że do jej rozeznania trzeba będzie dojść poprzez dokładne przestudiowanie zakupionej mapy Europy oraz w ostrożnej i umiejętnej rozmowie z ludźmi w tym kraju.

Pomyślałem wówczas, jak dobrze zrobiłem, gdy czekając na przeniesienie z Karolewa, po trosze z nudów, trochę z ciekawości, nauczyłem się od brata wielu słów, zdań i liczb po francusku, a od bratowej nieco mówić po serbochorwacku, co w czasie ucieczki może niezmiernie się przydać. Postanowiłem od razu, jadąc w tej budce do Wrocławia, przypomnieć to, czego się nauczyłem i dobrze to przećwiczyć. Już przedtem zauważyłem, że język, którym bratowa mówiła w Jugosławii, jako język słowiański, jest trochę podobny do naszego i w dużej mierze może zrozumieć Polak, który słyszy go po raz pierwszy.

Podobnie powinno być z językiem czeskim i słowackim - rozmyślałem - natomiast gorzej będzie na Węgrzech, gdyż po węgiersku znam tylko kilka słów, których nauczyłem się od studenta z tego kraju, będącego przez pewien czas z nami na ostatniej praktyce w pegeerze. Ze studentem tym rozmawialiśmy wówczas po rosyjsku, a w prowadzonych z nim dyskusjach wspomniał on, iż wielu Węgrów umie mówić po niemiecku. Ja - dalej rozważałem - mieszkając przez kilka lat na Mazurach, nauczyłem się od tamtejszej autochtonicznej ludności mówić trochę po niemiecku, a w szkole nieźle poznałem język rosyjski, którego to języka uczy się również młodzież węgierska. Tak więc nie widziałem wielkich, nie do pokonania barier językowych i dostrzegałem możliwość porozumienia się w krajach, przez które miałem przejeżdżać.

Do Wrocławia przyjechałem już po pierwszej, zatrzymując się jeszcze po drodze z Legnicy na jednej stacji. Z góry przez okienko w budce zorientowałem się, jaki powinienem wziąć kierunek, aby dojść do miasta, i w chwili, kiedy trochę się przy pociągu uspokoiło, zszedłem na dół i szczęśliwie przedostałem się przez labirynt wagonów i torów kolejowych na jakąś ulicę. Nie mogę jednak powiedzieć, abym nie był przez nikogo zauważony, gdyż po torach kręciło się kilka osób, zarówno w ubraniach kolejarskich, jak i cywilnych, ale dostrzegłszy, że nie zwracają na mnie większej uwagi, przestałem również interesować się nimi. Z przejażdżki tej wyciągnąłem wniosek, iż jest to ryzykowna i mało przewidywalna podróż, ale można ją zaliczyć do sposobów przemieszczania się w czasie ucieczki.

Wrocław był podczas wojny bardzo zniszczony i w większej części znajdował się jeszcze w ruinach. Szczególnie było to widoczne, gdy przejeżdżałem pociągiem przez przedmieścia, gdzie całe dzielnice leżały w gruzach. Jednakże w centrum miasta, do którego musiałem jeszcze spory kawałek jechać autobusem, większość domów była już odbudowana, a na ulicach panował duży ruch.

Do odjazdu pociągu osobowego w kierunku Bolesławca, jak pamiętałem to z podróży do Chojnowa, miałem z półtorej godziny, gdyż pociąg ten odjeżdżał około czternastej trzydzieści. Następny był dopiero po trzech godzinach. Nie mając wiele czasu, wpadłem przede wszystkim do kilku księgarń w poszukiwaniu możliwie dokładnej mapy Europy, lecz, niestety, we wszystkich domach książki były tylko jedne i te same wydania, niewielkie i niezbyt szczegółowe, choć były to trochę lepsze mapy od tej, jaką już posiadałem. W końcu kupiłem jedną z nich i udałem się na poszukiwanie kilku innych artykułów, które postanowiłem kupić. Wkrótce nabyłem więc małą elektryczną latarkę, kilogram suchej kiełbasy i dużo czekolady w tabliczkach, wybierając co piękniejsze opakowania. Czekoladę tę miałem traktować nie tylko jako bardzo kaloryczny i odżywczy produkt do spożycia, ale także jako ewentualny środek wymienny lub płatniczy albo prezent za czyjąś pomoc czy przysługę.

Zastanawiałem się jeszcze nad tym, czy kupić również specjalną teczkę na moją wyprawę, ale zrezygnowałem, bo były dość drogie i wydałbym zbyt dużo pieniędzy, których potem mogłoby zabraknąć na bardziej niezbędne cele. Następnie wydawało mi się, że człowiek z teczką może więcej zwracać na siebie uwagę, może być łatwiej zapamiętany, ponadto nosi w ręku jeden szczegół rozpoznawczy więcej. Teczka może też przeszkadzać w razie konieczności jakiejś wspinaczki lub szybkiego biegu albo ucieczki. Poza tym nosiłem wtedy bardzo obszerny płaszcz, a ja raczej byłem szczupły, i w kieszeniach, zwłaszcza znajdujących się pod jego połami, mogłem ukryć wiele rzeczy i wcale nie byłoby to zauważalne.

*

Po zrobieniu zakupów przyszedłem na dworzec, aby wrócić do Bolesławca pociągiem osobowym. Gdy przybyłem, pociąg stał już na stacji, choć do jego odjazdu pozostawało jeszcze trochę czasu. W kolejce do kasy nie było dużo ludzi, więc spokojnie wykupiłem bilet i wyszedłem na peron. Kiedy zająłem miejsce w dość luźnym wagonie, wziąłem zaraz do ręki kupioną mapę Europy oraz moją szkolną mapę Polski, którą zabrałem w tę podróż, i zacząłem szukać najdogodniejszego miejsca do przekroczenia granicy polsko-czechosłowackiej. Wybór padł na okolice Zawidowa, gdyż tam kończyło się już wyższe pasmo Sudetów i dopiero po przekroczeniu granicy trzeba było przebyć niewielkie Góry Izerskie.

Doszedłem również do wniosku, że należy przejść granicę kilka kilometrów na wschód od Zawidowa. Po stronie zachodniej miasta pole manewru ograniczała niewielka rzeczka, przepływająca przez granicę, przez którą trzeba byłoby może przechodzić najpierw w Polsce, a następnie z powrotem w Czechosłowacji, więc musiałem zrezygnować z tego kierunku.

Należało przekroczyć granicę parę kilometrów w bok od Zawidowa, bo na wprost za miastem mogła być ona bardziej strzeżona. Doszedłem do wniosku, iż łatwiej będzie przejść granicę w terenie zalesionym albo dość gęsto porośniętym drzewami czy wysokimi zaroślami niż na otwartym polu. Trzeba też czynić to wieczorem lub w nocy, pod osłoną ciemności, a nie za dnia, w czasie dobrej widoczności. W gwiaździstym niebie trochę się rozeznawałem i wiedziałem, gdzie znajduje się Gwiazda Polarna. Wiedziałem też, że drzewa w lesie najbardziej porośnięte są mchem od strony północnej, przez co mogłem orientować się w terenie.

Zawidów na zakupionej mapie Europy nie był zaznaczony, a na mojej mapie Polski, w skali 1:2000000 (czy też była ona w skali 1:2500000) był zaznaczony kółeczkiem trochę oddalonym od granicy, co odczytałem, iż miasto to znajduje się jakieś 3-5 kilometrów przed granicą. Potwierdziło się to potem na dworcu w Bolesławcu, gdy po przyjeździe na tę stację około godziny 17.00 skierowałem się do poczekalni, aby zorientować się na schematycznej mapie sieci PKP oraz załączonych do niej rozkładach jazdy pociągów, jak dojechać do Zawidowa. Takimi mapami i rozkładami były wówczas oblepione wszystkie dworce kolejowe i nie zabrakło ich również w tym mieście.

Niestety, dojazd pociągiem z Bolesławca do Zawidowa nie bardzo mi w czasie odpowiadał, ale za to zauważyłem na schematycznej mapie kolei, że miasto to jest oznaczone kółkiem w miejscu określającym jego położenie na mniej więcej pięć kilometrów przed granicą. Ta dość znaczna odległość mocno uradowała mnie, kiedy byłem jeszcze w przedziale i dostrzegłem ją na mojej szkolnej mapie Polski. Doszedłem wtedy do wniosku, że po przyjeździe do Zawidowa może wobec tego nie być tak ścisłej kontroli na dworcu, na jaką mógłbym natknąć się przy wychodzeniu ze stacji w mieście leżącym przy samej granicy. Ponadto pocieszałem się, że idąc z Zawidowa w kierunku wschodnim do miejsca przekroczenia granicy, nie będę szedł przez kilka kilometrów w bezpośredniej jej bliskości, co przecież narażałoby na dodatkowe ryzyko wpadnięcia na jakąś przygraniczną kontrolę.

Właściwie to aż tak bardzo nie obawiałem się kontroli WOP-u w strefie nadgranicznej. Przebywając bowiem poprzedniej zimy niedaleko stąd, na wczasach w Sobieszowie, kilka razy jeździłem z tego miasteczka autobusem do leżącej nie opodal granicy Szklarskiej Poręby. Gdy wjeżdżaliśmy w strefę przygraniczną, to do autobusu wchodzili żołnierze WOP-u i sprawdzali przepustki, czy też zezwolenia na przebywanie w strefie przygranicznej albo miejsce zameldowania w dowodach osobistych. Ja wówczas wręczałem kontrolującemu mnie żołnierzowi tylko moją szkolną legitymację z Karolewa, a kiedy pytał, dokąd lub po co jadę, odpowiadałem, iż udaję się do Szklarskiej Poręby, aby ją zobaczyć, i na tym sprawa się kończyła. Wopista oddawał mi legitymację i jechałem sobie dalej. Podobnie rzecz się miała z moimi kolegami, jak i innymi, nieznajomymi mi chłopcami, którzy tłumaczyli się tak samo jak ja albo mówili, że jadą odwiedzić swoich krewnych bądź znajomych.

Na wszelki jednak wypadek, aby na mojej drodze nie spotkać jakiejś kontroli albo napotykać ich jak najmniej, postanowiłem, że wyskoczę z pociągu jeszcze przed Zawidowem. Wtedy już bez ryzyka, iż będą sprawdzane przepustki na dworcu, oraz bez niepotrzebnego wałęsania się w pobliżu granicy pójdę do miejsca, gdzie będę mógł ją przekroczyć. Wyskoczenie z pociągu wydawało mi się zupełnie możliwe, gdyż zakładałem, że będzie to na pewno prowincjonalny gruchot, który przynajmniej gdzieś pod górę nie będzie szybko jechał.

Następnie ważną sprawą było zorientowanie się, w którym miejscu dokładnie przebiega granica. Być może były przed nią oznaczenia lub ostrzeżenia, lecz wydawało mi się niezbędne, aby po drodze kogoś o nią zapytać. Najlepiej byłoby przedtem poznać nazwę jakiejś wsi, która by leżała kilka kilometrów na wschód od Zawidowa, a jednocześnie bardzo blisko granicy, i potem pytać tylko o tę wieś. W wypadku, gdybym spotkał bardziej chętnego do pogawędki rozmówcę, mogłem też go spytać, gdzie dokładnie przebiega granica i jak ona wygląda, ewentualnie jak jest strzeżona. Jeśliby ów rozmówca z kolei mnie zapytał do kogo idę, mogłem odpowiedzieć, że do sołtysa. Gdyby coś podejrzewał, to tłumaczyłbym moją ciekawość wyglądu granicy obawą, abym - nie wiedząc, jak wygląda - przypadkiem na nią nie wszedł.

Należało być bardzo uważnym, by w rozmowie czymś się nie zdradzić, ponieważ mogłem natknąć się na jakiegoś konfidenta. Ponadto wszyscy mieszkańcy wsi zapewne byli ostrzeżeni i pouczeni, jak postępować w wypadku zauważenia kogoś nieznajomego, kręcącego się przy granicy, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że gdyby nawet tak było, to na pewno nie wszyscy tymi poleceniami będą się zbytnio przejmowali.

Z tego, co wnioskowałem, granica ta nie była chyba nadzwyczaj mocno pilnowana i tylko od czasu do czasu, wzdłuż swojego odcinka, przechodził albo przejeżdżał patrol złożony z dwóch lub trzech żołnierzy. Prawdopodobnie przechodzili oni bez asysty psów, bo ile musieliby ich posiadać, żeby obstawić całą granicę, choć na pewno w wielu różnych sytuacjach wopiści się psami posługiwali.

Zatem, nie dochodząc do wsi, o którą miałem pytać, trzeba było skręcić w kierunku granicy i doszedłszy do niej, w najodpowiedniejszym miejscu trochę poczekać, posłuchać i popatrzeć, czy nie zbliża się patrol. Jeśliby nie nadchodził, to należało po cichu i ostrożnie przechodzić granicę zważając, żeby kawałek dalej nie natknąć się na patrol czeski. Trzeba było bardzo uważać, aby na linii granicznej nie zaczepić o jakiś drut lub nie nastąpić na coś, co mogłoby spowodować wystrzelenie rakiety albo wybuch miny ostrzegawczej, o jakich słyszałem, że były instalowane na niektórych granicach. Jednak powątpiewałem, aby w tym miejscu podobne zabezpieczenia granicy się znajdowały.

Oczywiście, jeszcze przed zbliżeniem się do granicy należało założyć pod buty przygotowane podkładki, które mogłem zdjąć dopiero na dostatecznie uczęszczanej drodze po przekroczeniu granicy.

Będąc już w Czechosłowacji, trzeba było najpierw dostać się do małego miasteczka Frydlant, oddalonego około dwanaście kilometrów od granicy. Następnie autostopem lub koleją dojechać do Liberca, a stamtąd przez Pragę albo inną drogą pojechać w kierunku Bańskiej Bystrzycy. Kierując się do niej - mówiłem sobie - ominę płynący wzdłuż granicy czechosłowacko-węgierskiej Dunaj i będę miał z tego miasta prostą drogę do Budapesztu, skąd będzie dużo możliwości dojechania do granicy jugosłowiańskiej.

Zastanawiałem się, czy nie lepiej przekroczyć granicę polsko-czechosłowacką koło Wodzisławia Śląskiego na Górnym Śląsku. Byłoby stamtąd bliżej do Bańskiej Bystrzycy, ale potem pomyślałem, że granica przy tak dużym skupisku wielkich miast może być bardziej strzeżona i w końcu zaniechałem tego pomysłu.

*

Wracając pociągiem osobowym z Wrocławia do Bolesławca, prócz układania opisanych powyżej planów dotyczących miejsca i sposobu przekroczenia granicy polsko-czechosłowackiej, jak i innych szczegółów ucieczki, przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, który w myślach dopracowywałem, idąc z dworca kolejowego w Bolesławcu do domu w Otoku. Pomysł ów uznałem za niezwykle ciekawy oraz użyteczny i bardzo się do niego zapaliłem.

Pomyślałem właśnie, żeby na wypadek zatrzymania mnie w czasie ucieczki zabrać ze sobą mój pamiętnik, który pisałem, oczekując na przeniesienie z poprzedniej szkoły. Tego rodzaju pamiętniki często pisywałem już przedtem, ale wyjeżdżając z Karolewa, pozostawiłem je wszystkie w moim kuferku w domu na strychu i więcej już ich nigdy nie widziałem.

Z pamiętnika, który pisałem w Otoku, mogło bezsprzecznie wynikać, że moja ucieczka za granicę nastąpiła z powodu bardzo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazłem. Liczyłem, że w razie wpadki może to wpłynąć na złagodzenie kary albo na wypuszczenie mnie do domu zaraz po zatrzymaniu i przeczytaniu pamiętnika, a może nawet spowoduje jeszcze wydanie nakazu dyrekcji technikum w Chojnowie, by mnie niezwłocznie przyjęto do szkoły.

Byłem jednak świadomy tego, że to co zamierzam uczynić, jest rzeczą karalną i zagrożoną sądowym wyrokiem. Uważałem zwłaszcza, że kara ta jest nieunikniona nie tyle dlatego, iż zdecydowałem się nielegalnie przekroczyć granicę, ile za to, że - jako uświadomiony uczeń - chcę uciec z państwa socjalistycznego do kapitalistycznego, a więc za zdradę socjalizmu. Przecież tak bardzo przekonywano nas w szkole, że socjalizm - a szczególnie jego wyższa forma: komunizm - jest najlepszym ustrojem na świecie, a ja oto porzucam go i udaję się do kraju kapitalistycznego.

Żeby więc tego socjalizmu jakoś nie zdradzać, postanowiłem przeto w razie wpadki tłumaczyć się, iż idę tylko do Czechosłowacji, a jeśli zatrzymano by mnie właśnie w tym kraju, wtedy mogłem powiedzieć, że zamierzam jechać na Węgry. Jugosławię wymieniłbym na końcu, jako że było to państwo niezbyt z nami sprzymierzone. W każdym przypadku mówiłbym, że słyszałem, iż w kraju, do którego udaję się, można łatwo znaleźć dobrze płatną pracę, jakiej, mimo moich usiłowań, nie znalazłem w Polsce. Podałbym tu za przykład kilka przedsiębiorstw w Bolesławcu, w których nie chciano mnie zatrudnić.

Aby dodatkowo władze przekonać, jak bardzo doceniam socjalizm, przyszło mi na myśl, żeby dopisać w pamiętniku, w formie moich wynurzeń, kilka panegiryków na jego temat, jakich to uczono nas w szkole i które często można było wówczas wyczytać w każdej gazecie lub usłyszeć w radiu. Pomyślałem, że trzeba będzie przeto napisać, iż ustrój ten bardzo mi się podoba, że komunizm wkrótce zwycięży i zdominuje cały świat. Będzie to dla mnie zarazem okolicznością łagodzącą, gdyż zasugeruje, że nie popełniam wszak wielkiego przestępstwa, jeśli nawet uciekam do jakiegoś państwa kapitalistycznego, bo przecież, jak to napiszę, komunizm wkrótce zapanuje wszędzie.

Potem pomyślałem jednak, że być może nikt nie zechce tego czytać i nad tym się zastanawiać. Więc żeby to, co w pamiętniku napiszę, zostało uważnie przeczytane i wszystkim dobrze się zainteresowano, wpadłem na pomysł, aby ten elaborat jeszcze zaszyfrować. Mogłem znakomicie posłużyć się w tym celu kodem, jaki kiedyś dla zabawy i spędzania czasu w szkole sobie ułożyłem, używając cyfr zamiast liter, i którego to szyfru nauczyłem się wtedy na pamięć. Nie był to kod wielce skomplikowany, ale miał swoistą pisownię, jej reguły i wyjątki. Trzeba było wiedzieć, jak podzielić szeregi cyfr na litery, których dziesięć było oznaczonych jedną cyfrą, a pozostałe składały się z dwóch znaków liczbowych. W sumie szyfr był ciekawy i dość pomysłowy.

Po powrocie do domu i zapytaniu, czy nie przyszła do mnie korespondencja z Karolewa - która jednak w dalszym ciągu nie nadeszła i jak się później okazało, nigdy przyjść nie miała - zabrałem się do przepisywania kodem mojego pamiętnika. Tak jak to pomyślałem, na końcu nieco go przerobiłem dla celów mojej obrony w razie wpadki w czasie ucieczki. Była to długa, aczkolwiek pasjonująca praca, która zajęła mi kilka godzin. Po skończeniu tego dzieła dobrze się mu przyjrzałem i spostrzegłem, że owe siedem czy osiem stron szyfru w zeszycie, te długie rzędy cyfr wyglądają bardzo imponująco, a zarazem niezmiernie intrygująco, tak że nawet zastanawiałem się, czy przypadkiem czegoś nie przedobrzyłem lub w czymś nie przesadziłem. Ale uznałem to wszystko za bardzo dobry pomysł i postanowiłem szyfr zabrać ze sobą.

Wieczorem, gdy poszedłem spać do mojego pokoju, przyszyłem jeszcze dwie duże kieszenie pod połami mojego płaszcza i było to już właściwie ostatnie tego dnia przygotowanie przed moją wyprawą. Miała się ona rozpocząć nazajutrz wyjazdem autobusem do Lwówka Śląskiego, gdzie powziąłem zamiar wsiąść do pociągu jadącego w kierunku Zawidowa, aby dojechać w jego pobliże około piętnastej, to jest na krótko przed zapadnięciem zmroku.

Po przyszyciu kieszeni poszedłem jeszcze nie tak późno spać, żeby dobrze wypocząć, bo trudno było przewidzieć, kiedy znowu będę mógł spokojnie i wygodnie się wyspać. Jakoż, zmęczony podróżą do Wrocławia, po niedługim czasie rozmyślań rzeczywiście szybko usnąłem i obudziłem się dopiero o świcie, dobrze wyspany i w niezłym nastroju.

*

Był to dwudziesty trzeci listopada 1954 roku, wtorek. Tego rana nie padało, cały dzień był również pogodny, lecz śnieg, który spadł w poprzednie dwie noce, miejscami jeszcze się utrzymywał i na dworze było zimno.

Po pośpiesznie sporządzonym śniadaniu przystąpiłem do przygotowań do wymarszu. Najpierw starannie i dość grubo wypastowałem buty, tak żeby mogły jak najdłużej dobrze wyglądać po przetarciu ich tylko szmatką. Następnie - zgodnie z tym, czego nas w szkole uczono, iż więcej warstw cienkiej odzieży bardziej chroni przed zimnem niż mniejsza ilość choćby grubszych przyodziewków - włożyłem na siebie kilka podkoszulek oraz sweterków i w ogóle ciepło się ubrałem.

Kiedy wdziałem już garnitur i płaszcz, począłem równomiernie rozkładać po kieszeniach wszystko to, co zaplanowałem ze sobą zabrać. Prócz wspomnianej elektrycznej latarki, mapy Europy, zaszyfrowanego pamiętnika, podkładek pod buty, czekolady i suchej kiełbasy wziąłem jeszcze kilka skibek chleba, smarując go kalorycznym smalcem i zawijając w pergamin, żeby szybko nie wysechł. Potem włożyłem do jednej z kieszeni płaską butelkę, jaką udało mi się w domu znaleźć, napełniając ją przegotowaną wodą, a do innej kieszeni schowałem kawałek mydła i największą z moich chusteczek.

Wziąłem także ze sobą pudełko zapałek, bo chociaż nie zakładałem, że będę gdzieś w lesie nad strumykiem rozpalał ognisko i piekł nad nim złowione ryby lub suszył wyprane skarpetki, to wcale nie było wykluczone, iż w pewnych okolicznościach może wyłonić się konieczność wzniecenia ognia.

Na głowę włożyłem czapkę uczniowską i na zapas wziąłem jeszcze beret do kieszeni, żeby przezornie zmieniać mój wygląd lub na wypadek, gdybym musiał za granicą zrezygnować z czapki, nigdzie podobnej nie widząc. W celu owej zmiany wyglądu zakładałem również, iż w chwilach pościgu lub innych wskazanych ku temu momentach mogę także poruszać się bez nakrycia głowy.

Gdy wychodziłem z domu, brata już nie było, bo zwykle około szóstej wyjeżdżał rowerem do pracy, a pozostali domownicy jeszcze spali. Przed wyjściem pozostawiłem w zajmowanym przeze mnie pokoju karteczkę z napisem: "wyjechałem daleko", żeby mnie nie szukano.

Przystanek autobusowy znajdował się ze sto metrów od domu brata, tuż przy czyichś zabudowaniach gospodarskich. Jako że było zimno, a autobus nie nadjeżdżał, siadłem w zaciszu na drewnianej skrzyni, która stała przy stodole, i lekko postukując o nią obcasami, aby mi nogi nie marzły, przez dobrych jeszcze kilka minut oczekiwałem na autobus. Kiedy usłyszałem warkot zbliżającego się autokaru, szybko ruszyłem na przystanek i wtedy poczułem, że coś uczepiło się mojej lewej nogawki. Gdy z trwogą obejrzałem się do tyłu, spostrzegłem, iż skrzynia, na której siedziałem, jest psią budą, a mnie za spodnie trzyma zajadle spory czarny kundel, od którego szczęk z wielkim trudem udało mi się oderwać. Całe szczęście, że autobus był jeszcze daleko i pasażerowie tego nie widzieli, bo przez to mogliby w nim potem niepotrzebnie zwracać na mnie uwagę, czego wtedy pragnąłem unikać. I tak, mimo że ledwie zdążyłem rozpocząć moją eskapadę, stałem się już podejrzany, bowiem kundel wyrwał mi spory klin z tyłu lewej nogawki, w dość widocznym miejscu poniżej płaszcza. Nie byłem jednak pewny, czy ktoś to zauważył, a sam spostrzegłem dziurę dopiero po wykupieniu biletu i zajęciu miejsca, w czasie sprawdzania, czy kundel czegoś takiego mi nie wyrządził. Wtedy bardzo pożałowałem, iż nie wziąłem ze sobą igły i nici, którymi poprzedniego dnia przyszywałem kieszenie, i z niepokojem zastanawiałem się, czego to jeszcze potrzebnego do tej podróży nie wziąłem. Na szczęście miałem agrafkę i trochę wiercąc się na siedzeniu, zdołałem przyczepić naderwany klin, tak że dziurę niewiele było już widać. Dobrze, że pies mnie nie ugryzł, bo nie wiedziałbym, co wtedy począć, a stało się tak tylko dlatego, że miałem pod spodniami jeszcze dwie pary kalesonów.

Niestety, gdy dojechałem do Lwówka, sklepy, w których mogłem kupić igłę i nici, były jeszcze zamknięte, przeto postanowiłem je kupić w Lubaniu, gdzie miałem przesiadkę i ponad dwie godziny oczekiwania na pociąg do Zawidowa.

W Lwówku Śląskim na pociąg do Lubania czekałem niedługo i zajechałem tam jeszcze przed południem. Chodząc po mieście, kupiłem igłę i szare nici oraz kilka innych drobiazgów, a wśród nich niewielki, ale bardzo ostry scyzoryk. Po zakończonych zakupach udałem się do toalety w jakimś lokalu i zaszyłem rozerwane spodnie. Po umyciu od razu rąk w umywalce wszedłem do restauracji i siadłem przy stoliku, aby zjeść możliwie obfity obiad, który by mi na dłuższy czas wystarczył, i rzeczywiście nieźle się tam posiliłem. Po smacznym obiedzie wstąpił we mnie dobry humor i duch i o kundlu prawie już zapomniałem, zajęty zresztą innymi, bardziej istotnymi sprawami, które po posiłku, przy herbatce, postanowiłem po raz kolejny rozważyć i dopracować. O kundlu przyszło mi jeszcze na myśl jedynie to, iż znane mi jest powiedzenie o nieszczęściu, jakie może wywołać napotkanie na swojej drodze czarnego kota, a szczególnie, kiedy przejdzie on drogę, lecz pocieszałem się, że chyba dotyczy to tylko kotów, a nie również psów tej maści, a poza tym ten kundel przecież w drogę mi nie wszedł.

Rozmyślając przy herbatce o różnych sprawach i problemach mojej wyprawy pomyślałem, że najtrudniej będzie przejść pierwszą granicę, gdyż potem nabędę już więcej praktyki oraz pewności siebie i będzie mi może łatwiej pokonywać następne takie przeszkody. Tego, że miałem przechodzić granice nocą, nie bardzo się obawiałem, ponieważ chodzenie o takiej porze po lesie nie było mi pierwszyzną, a w tym wypadku było to przecież dla mnie bezpieczniejsze.

*

Pociągiem z Lubania do Zawidowa odjechałem kilka minut po godzinie czternastej. Odległość między tymi dwoma miastami wynosi około trzydziestu kilometrów. Tak jak przewidywałem, był to pociąg lokalny, który jechał z przeciętną szybkością może czterdziestu kilometrów na godzinę, a na zakrętach i pod górę posuwał się jeszcze wolniej, stwarzając dogodną okazję do wyskoczenia.

W pociągu było mało pasażerów, zaledwie po dwie, trzy osoby w przedziałach i gdzieniegdzie stojący ludzie na korytarzach. Wszedłem do przedziału, w którym siedział tylko jeden mężczyzna, w średnim wieku, wyglądający na człowieka o miłym i spokojnym usposobieniu. Po przywitaniu, a następnie po niedługim czasie milczenia nawiązaliśmy przyjemną i ciekawą rozmowę, w której nieznajomy wyjawił, że mieszka w Zawidowie i dobrze zna tutejsze okolice. Wkrótce więc poznałem nazwę wsi położonej kilka kilometrów na wschód od Zawidowa, a jednocześnie znajdującej się blisko granicy, bo po wyskoczeniu z pociągu miałem pytać o tę wieś, a nie o granicę, żeby nie zdradzić się ze swojego zamiaru. Podróżny wymienił mi aż dwie takie wsie: Miedziane i Łowin. Szczególnie ów Łowin mnie zainteresował, gdyż kojarzył mi się z położeniem w lesie lub w jego pobliżu.

Chciałem jeszcze spytać mojego rozmówcę, jak daleko jest z Zawidowa do granicy, ale uważałem, że i tak już go za dużo wypytałem. Pasażer był bowiem bardzo roztropnym i inteligentnym człowiekiem, a nie chciałem, żeby czegoś zaczął się domyślać. Nie zdecydowałem się przeto zadać mu tego pytania. Poza tym nie miało to większego znaczenia, czy stacja ta leży cztery czy pięć kilometrów przed granicą, jak wywnioskowałem to uprzednio z map, bo postanowiłem przecież wyskoczyć z pociągu jeszcze przed dojazdem do Zawidowa.

Gdy wydawało mi się, że miasto to musi być już niedaleko, spytałem mojego rozmówcę, ile kilometrów pozostało jeszcze do stacji, a kiedy mi odpowiedział, że jest już tylko z pięć, sześć kilometrów, pożegnałem go, tłumacząc czymś moje wcześniejsze wyjście z przedziału, i poszedłem na koniec pociągu. Uważałem, iż będzie najlepiej wyskoczyć z ostatniego wagonu, aby nikt tego nie spostrzegł, ewentualnie zauważyło to jak najmniej osób.

Prześlizgując się korytarzami wagonów, po minięciu niewielkiej stacji natknąłem się w jednym z nich na dwóch mężczyzn rozmawiających o jakimś Kunowie, ale pomyślałem, że wieś ta pewnie leży w nie interesującym mnie kierunku, więc poszedłem dalej.

W przedziałach ostatniego wagonu było jeszcze mniej ludzi niż w środkowej części pociągu i tylko dwóch pasażerów stało na korytarzu, w tym jeden na początku wagonu, a drugi w głębi przy oknie. Przy drzwiach na końcu wagonu nie było nikogo. Podszedłem więc do tych drzwi i przez znajdujące się w nich okno jąłem obserwować szybkość biegu pociągu i przyglądać się mijanym okolicom.

Chociaż pociąg posuwał się powoli, wydawało mi się, że jedzie niezwykle szybko, pędząc ze sobą wydarzenia, których biegu powstrzymać już było nie sposób.

Gdy pozostawało cztery lub trzy kilometry do Zawidowa, stanąłem przy samych drzwiach i począłem dokładnie lustrować okolicę, wypatrując jakiejś drogi w pobliżu torów, ewentualnie zalesienia terenu, którędy mógłbym pójść w kierunku granicy. Czekałem także na zakręt albo jazdę pod górę, kiedy to pociąg zwolniłby bieg, umożliwiając w miarę bezpieczne i łagodne zeskoczenie na ziemię.

W wagonie było ciągle spokojnie. Wszyscy pasażerowie siedzieli w przedziałach, a obaj mężczyźni na korytarzu stali nadal w tych samych miejscach z tym, że podróżny stojący przy oknie pośrodku korytarza jakby ukradkiem na mnie spoglądał, czasami zresztą tego nie ukrywając. Pomyślałem jednak, że jeśli nawet jeden pasażer zauważy moje wyskoczenie z pociągu, to też nie będzie wielkiej sprawy, bo przecież nie musi to być zaraz wopista w cywilu albo ktoś, kogo by to bardzo zainteresowało.

Musiałem pośpieszyć się z wyskakiwaniem, nim ludzie będą opuszczać przedziały i gromadzić się na korytarzu, przygotowując się do wyjścia z pociągu. Gdy przejechaliśmy jakąś szosę i nadarzyło się dobre miejsce i najlepszy moment do skoku, nie zwracając uwagi na pasażerów, tylko patrząc na to, co się dzieje za oknem, chwyciłem mocno za klamkę i kiedy miałem otworzyć już drzwi, usłyszałem za sobą czyjś głos:

- Skacz śmiało, teraz jest dobry moment!

Oczywiście, że nie wyskoczyłem, choć trzeba było to uczynić.

Cofnąłem się trochę od drzwi i obejrzałem się, aby zobaczyć, kto do mnie mówi. Był to ten sam mężczyzna, który spoglądał na mnie, stojąc przedtem przy oknie. Nie mogłem zorientować się, dlaczego teraz podszedł i to powiedział. Nie wydawało się to takie groźne, gdy zerkał na mnie, będąc przy oknie, ale teraz, jak podszedł do drzwi, przy których stałem, i powiedział te słowa, to było już mniej zabawne i stało się wręcz zagadkowe i podejrzane. Może to jest po prostu jakiś wesołek albo trochę podpity jegomość - pomyślałem - ale kiedy mu się przez chwilę przyjrzałem, nie wyglądał na takiego.

Po co on się w to wmieszał? - zadawałem sobie pytanie. - Jakie ma intencje? Byłem tym mocno speszony i zaniepokojony. Przyszło mi do głowy, że jeśli tak obcesowo zachęcił mnie, abym wyskoczył z wagonu, to tak samo bez ogródek może później podejść do wopistów, którzy najprawdopodobniej są na dworcu, i powiedzieć, że ktoś przed Zawidowem wyskoczył z pociągu i podążył w kierunku granicy. Ci, wówczas, jeżeli nie wymyślą jakiejś akcji poszukiwawczej w terenie, to na pewno tak wzmocnią obstawę granicy, że ja już jej nie przejdę.

Jednak, gdy chwilę popatrzyłem na faceta i zamieniłem z nim kilka słów, wydało mi się, że jest to całkiem sympatyczny i poczciwy człowiek, lat około czterdziestu, który teraz uśmiecha się do mnie i jest także speszony, zapewne domyślając się, że z jego powodu poniechałem wyskoczenia z pociągu. Pomyślałem więc, że być może podszedł do drzwi, szykując się do wyjścia, gdyż stacja musi już być niedaleko, a to co powiedział, rzekł bez zastanowienia, może z emocji, widząc, że mam zamiar wyskoczyć z wagonu. Zapewne sądził, że chcę wyskoczyć, aby potem nie wracać w to samo miejsce, jak sam niekiedy obserwowałem pasażerów, zwłaszcza młodych ludzi, wyskakujących z wolno jadących pociągów. Zacząłem więc żałować, iż od razu nie powiedziałem mu, że mi się trochę śpieszy, kiedy mogłem jeszcze poprosić go, żeby zamknął za mną drzwi. Samemu bowiem, choć należało, trudno może byłoby to zrobić, co on na pewno by wtedy uczynił. Może więc niepotrzebnie mówiłem mu co innego, dając do zrozumienia, że wcale nie zamierzałem wyskoczyć, przeto postanowiłem to jeszcze naprawić. Chciałem ponownie podjąć decyzję wyskoczenia z wagonu, już niewiele patrząc gdzie - w pierwszym lepszym miejscu, byleby tylko było można wyskoczyć. Jednakże w czasie naszej rozmowy i mojego zbyt długiego namyślania się wyszło z przedziałów sporo ludzi, gromadząc się przy drzwiach wagonu, i wyskakiwanie stawało się coraz bardziej niecelowe. Byłoby nawet dziwne, jako że ukazały się już pierwsze zabudowania miasta i stacja musiała być bardzo blisko. Postanowiłem zatem jechać do końca, mówiąc sobie, że jakoś przejdę ewentualną kontrolę WOP-u na dworcu - bo przecież podobne kontrole już kiedyś kilkakrotnie przechodziłem - a potem wyjdę z miasta i pójdę w zaplanowanym kierunku.

*

To, co zobaczyłem na stacji w Zawidowie, było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Cały pociąg, którym przyjechałem, został otoczony przez żołnierzy WOP-u. Nie było innego wyjścia jak tylko przez dworzec, w bramie którego stało dwóch wopistów i kontrolowało przepustki bądź zezwolenia na wjazd do tego miasta.

- Dlaczego jest tu tyle wojska? - spytałem kogoś wychodzącego obok mnie z wagonu.

- Jak to? Przecież przez Zawidów przebiega granica - odpowiedział nieznajomy.

To co usłyszałem, podziałało na mnie niczym grom z jasnego nieba. Skąd u licha wzięła się tu granica? - pomyślałem nadzwyczaj zdumiony. Gdybym to wiedział, nigdy bym tu nie przyjechał. Nie mogłem teraz cofnąć się i pozostać w wagonie, bo prócz tego, że mogłoby to przez żołnierzy zostać dostrzeżone, była to stacja końcowa, pociąg dalej nie jechał i było pewne, że po wyjściu pasażerów z pociągu wszystkie wagony zostaną przeszukane.

Trzeba było iść do przodu. Przecież przejście przez kontrolę WOP-u u wejścia na dworzec nie było jeszcze przejściem granicznym, które musiało znajdować się gdzieś dalej w mieście.

Nadal nie mogłem pojąć, jak może granica przebiegać przez Zawidów, skoro z tego, co odczytałem na mapach, powinna ona przechodzić dobre parę kilometrów za miastem. Miałem wszakże duże szanse przejścia przez tę kontrolę żołnierzy przy dworcu i wyjścia na miasto, a następnie bocznymi ulicami czy drogami, gdzie byłoby mniejsze prawdopodobieństwo spotkania kontroli WOP-u, wydostać się z Zawidowa. Potem ostrym łukiem odchodząc od granicy, przy której musiało roić się od wopistów, pójść w kierunku wytypowanych wsi. Natomiast, gdyby nie było widać zbyt wielu żołnierzy i innych oznak silnego strzeżenia granicy, to trzeba byłoby próbować ją przejść zaraz obok miasta.

Teraz musiałem tylko przedostać się przez tę kontrolę WOP-u przed dworcem, co należało uczynić jak najspokojniej i jak najpewniej siebie. Wziąłem zatem do ręki moją szkolną legitymację, włożyłem pod pachę zeszyt, nacisnąłem mocniej na uszy moją uczniowską czapkę i udając zapamiętałego ucznia, który prócz nauki świata nie zna i jest wielce zdziwiony, że spotyka tu jakieś przygraniczne kontrole, ruszyłem prosto na wopistów stojących u wejścia do dworca.

Jeszcze w pociągu, dojeżdżając do Zawidowa, obmyśliłem, co powiem na wypadek kontroli przy wyjściu ze stacji. Nie mogłem wyznać, iż chcę iść do wsi Miedziane lub Łowina, leżących blisko granicy, bo mogłoby to wydać się bardzo podejrzane, a ponadto spaliłoby dalsze szyki mojej wyprawy. Chciałem więc rzec, iż udaję się do Kunowa, o którym słyszałem, jak rozmawiano w wagonie, ale potem pomyślałem, że ta miejscowość może wcale nie znajduje się w tej okolicy. Z kolei oświadczenie, iż idę zwiedzić Zawidów, mogłoby być mało wiarygodną przyczyną przybycia do tego miasta. Postanowiłem zatem powiedzieć, że przyjechałem do siostry, która mieszka w Zawidowie.

Jednakże moje pierwsze podejście zakończyło się niepowodzeniem, gdyż wopista stojący po lewej stronie wejścia do dworca, starszy stopniem od swojego kolegi, widząc, że nie mam zezwolenia na przyjazd do strefy nadgranicznej, niewiele słuchając moich wyjaśnień, kazał mi stanąć z boku i poczekać, aż przejdą wszyscy podróżni. Podobny los spotkał jeszcze jednego chłopca, który stanął tuż przy mnie. Skorzystałem wtedy z okazji i odszedłem trochę dalej na bok, gdzie oparłem się prawym łokciem o jakąś balustradę. O ile sobie przypominam, było to metalowe ogrodzenie zabezpieczające schody prowadzące w dół do piwnicy, na których leżało trochę zeschłych liści i innych śmieci. Widząc wówczas, że z tą kontrolą to nie przelewki, włożyłem lewą rękę do kieszeni płaszcza i jąłem delikatnie wyrzucać z niej na dół to, co w razie kontroli osobistej mogło świadczyć, że chcę przekroczyć granicę. Gdybym zdołał przejść przez kontrolę, to rzeczy te miałem szansę znowu nabyć w Zawidowie, dokupując przy okazji kilka innych drobiazgów, które jeszcze przyszły mi na myśl.

Pomyślałem, że przede wszystkim dobrze byłoby pozbyć się mojej mapy Europy, lecz znajdowała się ona w wewnętrznej kieszeni płaszcza i kiedy zamierzałem po nią sięgnąć, spostrzegłem, że wopista stojący po prawej stronie wejścia do dworca chyba mnie obserwuje, przeto zrezygnowałem z tego zamiaru.

Tymczasem wstąpiła we mnie duża nadzieja, że uda mi się przejść ten posterunek, bo po skontrolowaniu wszystkich pasażerów podszedł do wopistów młodzieniec, który stał obok mnie, i po krótkiej wymianie zdań oraz okazaniu dowodu osobistego został także przepuszczony na miasto. Podszedłem więc po nim ja i wręczyłem temu samemu żołnierzowi, co poprzednio, moją szkolną legitymację, którą on jął uważnie oglądać. Widać było, iż zastanawia się, gdzie znajduje się Karolewo, ale na szczęście mnie o to nie zapytał, bo mogłoby to wydać się trochę podejrzane, że z tak daleka tu przyjechałem. Spytał tylko:

- A ty dokąd idziesz?

- Idę do siostry, która mieszka w Zawidowie - powtórzyłem moją uprzednią wypowiedź.

- I co, nie wiesz, że trzeba mieć zezwolenie na przyjazd do strefy nadgranicznej?

- Nie. Ja tu pierwszy raz przyjechałem, bo siostra od niedawna tu mieszka.

- Na jakiej ulicy? - spytał podchwytliwie wopista.

Nad tym już też wcześniej się zastanawiałem. Próbowałem wymyślić jakąś nazwę ulicy, która jest prawie w każdym mieście, więc teraz dość odważnie strzeliłem:

- Na ulicy Mickiewicza.

Chyba trafiłem, bo ujrzałem aprobujące miny obu wopistów, po czym ten z prawej, spojrzawszy na mój zeszyt, rzekł do swojego kompana:

- Puśćmy go, bo jeszcze lekcji nie zdąży odrobić.

Zapewne bym już poszedł, gdyby nie dowódca posterunku, który ukazał się w wejściu z tyłu za żołnierzami i zniecierpliwionym głosem zawołał:

- Co wy tam tak długo z nim rozmawiacie?

- Obywatelu poruczniku, ten podróżny nie ma zezwolenia na przyjazd do strefy przygranicznej - zameldował starszy stopniem wopista.

- To dajcie mi go tutaj - powiedział porucznik i kazał mi wejść do pomieszczenia, jakie WOP zajmował na dworcu.

- No i co, po co tu przyjechałeś? - zapytał mnie ów oficer.

- Przyjechałem do siostry, która tu mieszka na ulicy Mickiewicza - dość spokojnie odpowiedziałem.

- I nie wiesz, że trzeba mieć zezwolenie na przyjazd do strefy nadgranicznej?

- Nie, pierwszy raz tu przyjeżdżam.

Porucznik przyjrzał mi się badawczo, po czym groźnie powiedział:

- Proszę wyjąć i pokazać wszystko to, co masz w kieszeniach. Tylko bez pudła, bo i tak każę przeszukać.

Gdy wyciągnąłem wszystko to, co miałem w kieszeniach - niczego istotnego nie udało mi się wyrzucić - oficer z dużym zaciekawieniem jął przyglądać się temu, a biorąc najpierw do rąk podkładki pod buty, zapytał:

- A to co? - które to pytanie rozpoczęło dość osobliwą i długą dyskusję na ich temat.

- To przymiarki do butów, jakie mam kupić dla brata, bo podobno tu przy granicy można tanio kupić czeskie obuwie - odpowiedziałem.

- Z przemytu! - dorzucił zaraz z przekąsem wopista.

- Nie wiem, czy z przemytu, czy z legalnego przywozu. Mówił tylko, że są dobre i tanie - powiedziałem rad, że rozmowa zaczęła podążać w całkiem interesującym kierunku.

- A po co te sznurki przy nich? - spostrzegł się teraz porucznik i zadał to bardzo nieciekawe pytanie.

- Żeby wygodniej było je w ręku nosić - odparłem dość pewnym głosem, niewiele się zastanawiając.

- Ale przecież trzymałeś je w kieszeni płaszcza - zauważył oficer.

- Teraz tak, ale potem, chodząc po rynku czy sklepach, niewygodnie byłoby za każdym razem wyciągać je z wewnętrznej kieszeni płaszcza, bo przecież nie mam teczki ze sobą.

Porucznik nieufny moim odpowiedziom, zadał mi jeszcze kilka podobnych na ten temat pytań, a następnie zapytał:

- A po co ci tak dużo czekolady?

- To na prezent dla dzieci siostry - odrzekłem, kontrolując się jednocześnie w myślach, czy dobrze powiedziałem. Ale chyba tak, bo przecież nie mówiłem uprzednio, że siostra mieszka sama.

Wszelako przy końcu tej rozmowy porucznik był już pewnie przekonany, że te szablony to wcale nie są przymiarki do butów, tylko podkładki pod zelówki, mające służyć zmyleniu pościgu za uciekinierem przekraczającym granicę i musiał też zmiarkować, że taka ilość czekolady nie może być przez raczej biednie wyglądającego ucznia dzieciom podarowana. Zapewne - jako oficer WOP-u - wiedział, iż czekolada jest bardzo dobrym, a jednocześnie praktycznym, małoobjętościowym środkiem spożywczym, świetnie nadającym się na menu uciekinierowi za granicę, mającemu przed sobą daleką drogę. Dlatego też rzekł z miną wielkiego znawcy swojego zawodu:

- I co? Powiadasz, że chcesz iść do siostry, a ja ci mówię, iż chciałeś zwiać za granicę. Dokąd chciałeś uciec?

Oczywiście, że się nie przyznałem, ale porucznik dalej grzebiąc w wyjętych z moich kieszeni rzeczach, był już chyba zupełnie pewny swego domniemania, choć szyfru jeszcze nie widział. Znajdował się on w szkolnym zeszycie, na który oficer nie zwrócił większej uwagi, zapewne sądząc, że jest to zwykły zeszyt lekcyjny, wzięty pod rękę dla pozoru w czasie przechodzenia przez kontrolę.

Przez dłuższy jeszcze czas porucznik pilnie przyglądał się temu, co leży przed nim na stole i zadawał mi rutynowe oraz podchwytliwe pytania. Ja niezmiennie powtarzałem, że przybyłem tu tylko do siostry, by ją odwiedzić w nowym miejscu zamieszkania. Wyznałem, iż przyjechałem od brata mieszkającego w Otoku, do którego przybyłem z Technikum Rolniczego w Karolewie i powiedziałem, gdzie ta miejscowość się znajduje. Czekałem jednak momentu, kiedy mi obwieści, że niebawem zostanie to sprawdzone, czy siostra faktycznie tu mieszka. Mogłem wtedy tłumaczyć się jeszcze, że może pomyliłem numer domu albo mieszkania, lecz nie byłem pewny, czy wiele by mi to dało.

Gdy prowadzący śledztwo zauważył szyfr, prawie oniemiawszy z wrażenia, dłużej go nie dręczyłem i jakkolwiek nie było w nim nic wspomniane, żebym powziął decyzję ucieczki za granicę, to wobec innych dowodów przyznałem się, że chciałem iść do Czechosłowacji. To może dość rychłe wyjawienie mojego zamiaru wynikało po części z przekonania, że szybsze przyznanie się do winy oraz nieutrudnianie i niekomplikowanie śledztwa zwykle ma wpływ na zmniejszenie kary.

Oficer, którego już niewiele nawet zainteresowało moje przyznanie się do zamiaru przekroczenia granicy - będąc tak mocno zafascynowany szyfrem - zadał mi nagle bardzo zaskakujące pytanie, zwracając się teraz do mnie per "wy".

- Do jakiej organizacji należycie?... Do CIA? - a następnie wymienił inicjały jeszcze kilku innych organizacji, o których nawet nie miałem pojęcia, czy są to nielegalne stowarzyszenia polskie, czy - podobnie jak CIA - agencje zagraniczne. Przypominam sobie tylko, że chyba w każdej z tych skrótowych nazw była litera "S".

- Należę do ZMP - odpowiedziałem spokojnie.

- Nie zgrywajcie głupiego! Już za dużo sobie pozwalacie! - wykrzyknął porucznik, chociaż zmiarkowałem, że to ostatnie pytanie zadał mi bardziej ze swojej ciekawości niż oficjalnie, bo pewnie nie należało to do jego kompetencji. Z tego też chyba powodu nie kazał mi odczytywać szyfru ani nie pytał nawet, co jest nim zapisane. Widząc jednak, jak bardzo on go frapuje, rzekłem:

- To tylko zaszyfrowany mój pamiętnik.

- Pamiętnik?... Zobaczymy co to za pamiętnik! Już się tacy znajdą, co go rozszyfrują - butnie zareplikował dowódca plutonu i więcej na ten temat nie rozmawialiśmy. Porucznik jednak przez pewien czas jeszcze przyglądał mu się badawczo, a na jego twarzy malowało się skupienie i podekscytowanie. Był przekonany, że nie lada gratka trafiła mu w ręce. Takiego szyfru zapewne nikt z zatrzymanych w czasie jego służby przy sobie nie miał i zdarzyło mu się to po raz pierwszy. Do tej pory pewnie tylko wiedział o istnieniu szyfrów, ewentualnie oglądał je na jakimś szkoleniu.

Po spisaniu protokołu z zatrzymania mnie i sporządzeniu spisu rzeczy przy mnie znalezionych odprowadzono mnie do pomieszczenia znajdującego się obok, gdzie przebywałem może z godzinę. Słyszałem stamtąd, jak rozdzwoniły się telefony w biurze, oraz rozmowy telefoniczne, w których wielokrotnie wymieniano moje nazwisko. Słyszałem też, jak często otwierały się tam drzwi, jak wchodzono i wychodzono z pokoju. Pomyślałem, że skoro w tym mieście jest taka silna kontrola na dworcu, to pewnie byłaby też kontrola na tej małej ostatniej stacji, na której zastanawiałem się przez chwilę, czy już nie wysiąść, i gdyby pociąg postał tam trochę dłużej, to może bym to uczynił.

Niedługo zrobiło się ciemno, siadłem przeto przy oknie, skąd dochodziło jeszcze trochę światła. Było to okno zakratowane, a za nim stało pełno wopistów.

Zastanawiałem się, jak to się stało, że granica, która zarówno na mapie Polski, jak i schematycznej mapie sieci PKP jest zaznaczona kilka kilometrów za Zawidowem, w rzeczywistości przebiega przez to miasto.

Mapy Polski ze sobą nie wziąłem, gdyż każdy szczegół na interesującej mnie trasie od Lubania w Polsce do Liberca w Czechosłowacji, wskutek wielokrotnego jej przeglądania, znałem już na pamięć. Mapa ta była w skali jeden do dwóch milionów i oddalenie kółeczka oznaczającego Zawidów o ponad jeden milimetr od granicy, jak to dostrzegłem, oznaczało kilka kilometrów w rzeczywistości. Była to już zbyt duża niedokładność. A może jest to odległość od centrum miasta? - pomyślałem. Ale przecież Zawidów nie może być taki wielki i powinien zmieścić się cały w obszarze kółeczka, którym go oznaczono, chyba że byłby jakiś wąski a bardzo długi.

Jeśli można było mieć jeszcze wątpliwości, co do oddalenia tego miasta od granicy na mojej ówczesnej mapie Polski, to ten dystans na mapie sieci PKP był już zupełnie wyraźny i wynosił dobre pięć kilometrów. Mój błąd polegał w tym przypadku chyba na tym, że była to schematyczna mapa kolei, a więc niedokładna. Jednakże dalej nie mogłem pogodzić się z tym i mówiłem sobie, że jeśli jest ona tylko w ogólnych zarysach, to mimo wszystko Zawidów winien być oznaczony na niej przy samej granicy albo nawet na granicy, jak mi to powiedziano, a nie pięć kilometrów przed nią. Przecież nie nastręczało to chyba żadnych dodatkowych trudności, aby oznaczyć go zgodnie z faktycznym położeniem. Schematycznie, to jeszcze nie znaczy kłamliwie, błędnie czy niedbale, a jeśli uproszczenie, to tylko tyle, ile to jest uzasadnione lub konieczne. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak oznaczono na tej mapie tę stację. Może byłem zbyt dokładny, aby to zrozumieć. Przecież w ten sposób można było wprowadzić w błąd wielu pasażerów, którzy na przykład chcieliby zwiedzić to miasto albo odwiedzić w nim kogoś znajomego. Po zobaczeniu na tej mapie tak umiejscowionego Zawidowa, niczego nie podejrzewając, mogli do niego przyjechać i wpakować się w niezłe tarapaty, zwłaszcza jeśliby przypadkowo posiadali przy sobie coś trefnego lub dla WOP-u podejrzanego.

Zdawałem jednak sobie sprawę, że jest to tylko szukaniem usprawiedliwienia się za swój własny błąd, za brak wcześniejszego dokładnego upewnienia się i sprawdzenia tego faktu.

Mimo wszystko bardzo dziwiło mnie to silne obstawienie stacji i wyjścia na miasto, o jakiej to kontroli nigdy przedtem nie słyszałem i co trudno byłoby mi nawet przewidywać. (Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, iż miałem wielkiego pecha, wybierając okolice Zawidowa na przejście granicy, gdyż w tym rejonie miał znajdować się punkt przerzutowy uciekinierów na Zachód, aczkolwiek nie wiem, czy przez NRD, czy przez Czechosłowację, i może dlatego stacja ta była bardzo mocno obstawiona.)

Kiedy tak przez dłuższy czas siedziałem na krześle przy wielkim stole stojącym w pobliżu okna, nagle otworzyły się drzwi i w oświetlonym korytarzu ujrzałem postać żołnierza uzbrojonego w maszynowy pistolet. Kazał mi z tego pomieszczenia wyjść i wyprowadził mnie przed dworzec mówiąc, iż za chwilę przyjedzie samochód, który mnie gdzieś odwiezie, nie precyzując dokąd.

Na stacji nie było już pociągu osobowego, tylko w oddali czerniły w mroku jakieś wagony. Wielu wopistów, zapewne w oczekiwaniu na przybycie następnego pociągu, stało teraz przed dworcem lub siedziało wygodnie na rozpostartej tam ławce. Na mój widok podciągnęli nogi pod siebie i trochę się wyprostowali. Wydawało mi się, iż patrzą na mnie z podziwem i zaciekawieniem. Po ich twarzach widać było, że uważają mnie za jakąś grubą rybę, którą złowili tego dnia w swoje sieci, bo jeśli nawet porucznik im tego nie powiedział, łatwo mogli wywnioskować to po jego minie i zachowaniu. Ci dwaj, którzy mnie kontrolowali przy wejściu na dworzec, siedzieli teraz dumni na ławce i jakby się do mnie uśmiechali. Na pewno dostaną długie urlopy, choć pewnie jeszcze większą nagrodę, może awans, otrzyma porucznik.

To wzajemne obserwowanie się przerwał warkot nadjeżdżającego pojazdu, który zatrzymał się przy dworcu. Był to niewielki samochód wojskowy z budą. Kazano mi wejść w głąb budy, gdzie siadłem na poprzecznej ławce przyległej do tylnej ściany szoferki. Dwóch żołnierzy wskoczyło za mną i zajęło miejsca na ławkach umocowanych wzdłuż burt samochodu, siadając z tyłu przy klapie pojazdu.

Niebawem wyruszyliśmy w nieznaną drogę. Wieczór dawno już zapadł. Jechaliśmy długi czas pod górę, silnik samochodu ciężko pracował. Z ławki przy szoferce obserwowałem ciemne sylwetki obu siedzących naprzeciw siebie wopistów pochylonych ku sobie głowami. Ich kontury wyraźnie rysowały się na tle gwiaździstego nieba i leżącego na wzgórzach śniegu. Trzymane pod ręką maszynowe pistolety, krzyżujące się długimi lufami ponad ich głowami, w każdej chwili gotowe do strzału, dodawały tej scenie groźnego, a zarazem niezwykłego widoku.

Było zimno. Żołnierze ani do mnie, ani do siebie nic nie mówili. Od czasu do czasu tylko któryś z nich spoglądał w moją stronę, jakby dla upewnienia się, czy jeszcze tam jestem, bo, podobnie jak oni, siedziałem cicho na ławce, będąc pogrążony w niewesołych myślach. Mocno zadumałem się bowiem nad moją nieciekawą sytuacją, zdając sobie też sprawę, że to pewnie już koniec marzeń o pięknej Tahiti.

Gdy po dłuższym czasie spokojnej jazdy nabraliśmy do siebie zaufania, ośmieliłem się spytać moich konwojentów, dokąd mnie wiozą, a oni po chwili niezdecydowania i namysłu odważyli się powiedzieć, że eskortują mnie do Leśnej, do większej jednostki WOP-u. Zaraz przypomniałem sobie z mapy, że miasto to jest położone niedaleko granicy i znajduje się kilkanaście kilometrów na wschód od Zawidowa, chociaż, biorąc pod uwagę krętą drogę, jaką do niego trzeba jechać, odległość ta wynosi ze dwadzieścia kilometrów. Żołnierze powiedzieli mi też, że do Leśnej jest już blisko i rzeczywiście wkrótce tam dojechaliśmy.

Przywieziono mnie do koszar i wprowadzono do dużej, lecz słabo oświetlonej sali, w której za wielkim biurkiem siedział kapitan WOP-u. Rozpoczęło się bardziej dokładne niż w Zawidowie śledztwo. Kapitan zadawał mi wiele pytań odnośnie mojej osoby, miejsca zamieszkania, a szczególnie dotyczących samej ucieczki. Były to już mniej przebiegłe i podchwytliwe, a bardziej rutynowe pytania, na które musiałem udzielać obszernych odpowiedzi.

Tak jak w Zawidowie powiedziałem, że szedłem tylko do Czechosłowacji, i podobnie jak tam oficer nie kazał mi odczytywać szyfru i niewiele było na jego temat rozmowy, choć kapitan długo wertował go w swoich rękach i bacznie mu się przyglądał, jak gdyby próbował sił w jego odczytaniu. Widocznie jednak odszyfrowanie to również nie należało do jego kompetencji. Może dlatego, aby nie dowiedział się on jakichś zbyt ważnych tajemnic, zastrzeżonych tylko dla personelu służb specjalnych, przeszkolonego także w tych sprawach, który na tym się znał i dawał gwarancję bezbłędnego odkodowania szyfru.

Po zakończeniu dochodzenia zamknięto mnie w małej celi, gdzie podano mi miskę wojskowej zupy i kazano położyć się spać na rozpostartym materacu, co też uczyniłem, przykrywając się lichym kocem.

*

Rano przywieziono mnie samochodem do oddalonego około piętnaście kilometrów Lubania, gdzie znajdowała się największa jednostka Wojsk Ochrony Pogranicza w tym rejonie i zamknięto mnie w wielkich koszarach.

Niedługo po przyjeździe wręczono mi jednomiesięczną sankcję karną, zasądzoną przez prokuratora w Lubaniu i przystąpiono do śledztwa.

Moim śledczym oficerem był tu może czterdziestopięcioletni ciemnowłosy kapitan. Mając już w protokołach z Zawidowa i Leśnej wszystkie moje dane personalne oraz opisane powody, cele i inne szczegóły dotyczące ucieczki, skoncentrował się głównie na rozszyfrowywaniu mojego kodu, nie zaniedbując wszakże sprawdzenia poprzednich danych i dalszego wnikliwego dochodzenia wszelkich spraw związanych z ucieczką.

Najbardziej jednak przypominam sobie tłumaczenie mojego zaszyfrowanego pamiętnika, kiedy to z chęcią odczytywałem to, co było w nim zapisane, mając nadzieję, że po jego przeczytaniu rychło zostanę zwolniony do domu. Jego tekst bowiem znakomicie potwierdzał moje zeznania, iż ucieczka została podjęta w wyniku trudnej sytuacji, w jakiej się znalazłem, a nie z przyczyn politycznych, jak to mi już kilka razy zdążono przygadać.

Kapitan z wielką uwagą i chyba jeszcze większym zdziwieniem oraz niedowierzaniem słuchał tego, co ja czytam, gdyż - miast usłyszeć coś na temat rozmieszczenia i opisu jednostek wojskowych, ujawnienia tajemnic państwowych, przynależności do nielegalnych organizacji, spisków lub tajnych poleceń - słyszał, jak po pamiętnikowym opisie wydarzeń poprzedzających ucieczkę zacząłem prawić niezłe dytyramby na temat socjalizmu i komunizmu.

Oficer śledczy mało jednak w to wszystko uwierzył i jął podejrzewać, że zapis został zaszyfrowany podwójnie. Sądził, iż podobnie jak cyfry zastępują w nim litery, tak wyrazy mają inne znaczenie niż normalnie. Analizując więc początkową część pamiętnika, gdzie opisywałem moje spacery po lesie, zapytał:

- A co oznaczają te powtarzające się słowa: świerki, brzozy, olchy, topole? My się na tym też trochę znamy.

Szyfr wałkowaliśmy przez cały dzień, tłumacząc go wielokrotnie i nic, co by zainteresowało kapitana, z niego nie wychodziło, a ponadto wiele rzeczy mu się w nim nie zgadzało. Kod krył w sobie jakąś sprzeczność między mało istotną lub niewiarygodną i naiwną treścią, a całkiem mądrze pomyślanym i dobrze skonstruowanym technicznie samym szyfrem. Śledczy pomyślał zatem, że coś jest z nim nie tak i nie uznał szyfru za wytwór młodzieńczej fantazji, pisany z myślą o pomniejszeniu lub uniknięciu konsekwencji ucieczki, co - wydaje mi się - było łatwo zauważalne, tylko podejrzewał, iż sam go nie ułożyłem, i doszukiwał się innych osób ze mną współdziałających. Któż to może być? Czy jest to jedna osoba, czy jakaś organizacja? - zastanawiał się kapitan i zadawał mi różne na ten temat pytania. Próbował szyfr złamać, coś z niego wydobyć, ale kod był niezłomny, gdyż prócz tego, co nietrudno było z niego wyczytać, niczego więcej nie zawierał.

Szyfr jednak podziałał w jednostce niczym przysłowiowa płachta na byka i nie ustawano w wysiłkach, aby coś z niego wydobyć.

Bardzo zmęczony, poszedłem wreszcie spać, w warunkach podobnych jak w Leśnej, lecz późno w nocy obudzono mnie. Nie wiem, która mogła być godzina, ale było to już chyba grubo po północy. Kazano mi się ubrać i znowu wejść do dużego pomieszczenia, w którym w dzień i wieczorem kapitan przeprowadzał śledztwo. Tym razem zastałem tam aż trzech oficerów, jednakże nie przypominam sobie ich stopni. Wśród nich prym wodził może czterdziestoletni niewysoki blondyn, który najwięcej mnie wypytywał. Widocznie chciał być lepszy od kapitana i może to właśnie on wpadł na pomysł, aby obudzić mnie w nocy i kazać odczytywać szyfr, sądząc, że zmęczony po ciężkim dniu, oszołomiony snem i nagłym obudzeniem, zdekoncentruję się i w ogniu krzyżowych pytań niechcący coś wyśpiewam, zdradzę jakąś tajemnicę kodu, ale dla szukających tego, czego tam nie było, szyfr był nie do pokonania.

Następnego dnia przybył na salę operator z kamerą, aby sfilmować moje podkładki pod buty. Kazał mi usiąść na krześle, przywiązać odwrotnie jedną z owych imitacji zelówek pod lewy but i założyć tę nogę na prawe kolano, po czym filmował przypiętą do buta podkładkę. Czynił to z różnych stron w obecności dwóch oficerów, którzy nie ukrywali swego podziwu dla mojego pomysłu. Być może te podkładki były jakąś nowością, którą polecono sfilmować dla celów szkoleniowych. Musiało to być bardzo ważne, skoro potrudzono się, aby taką kamerę, chyba była to szesnastka, gdzieś wyszukać, bo w tych czasach nie każda instytucja taką filmową kamerę posiadała. Dlatego też operator musiał chyba przybyć z daleka, bo był w cywilu i trochę zziajany, może jeszcze niosąc w ręku tę wielką kamerę. Takie szesnastki dzisiaj na pewno już są dużo mniejsze.

Pozostałą część dnia, aż do późnego wieczoru, spędziłem w śledztwie. Widocznie zorientowano się już, iż nie jestem wcale tak grubą rybą, jak na początku podejrzewano, gdyż następnego ranka powiadomiono mnie, że zostanę odwieziony koleją - a więc już nie wojskowym, mocno strzeżonym autem, tylko pociągiem - do Wrocławia. Niemniej przed podróżą tą dobrze się zabezpieczono i kiedy byłem gotowy do drogi, wyciągnięto mi pasek ze spodni i sznurowadła z butów, aby utrudnić ewentualną ucieczkę, i dopiero po tym zabiegu poprowadzono na dworzec.

Konwojowało mnie dwóch wopistów, uzbrojonych w pistolety maszynowe. Gdy tylko wyszliśmy z koszar na ulicę, jeden z nich ostrzegł, żebym nie próbował ucieczki, bo w razie takiej pokusy zrobią mi z tyłka sito (nazywając tę część ciała bardziej dosadnie) i krzykną: gleba - co chyba miało oznaczać: na ziemię padnij!

Wopiści maszerowali chodnikami po obu stronach ulicy, a mnie kazali iść środkiem jezdni po bruku, wzbudzając tą paradą niemałe zainteresowanie przechodniów idących ulicą. Z pojazdami na jezdni nie było kłopotu, gdyż samochodów wtedy było jeszcze niewiele, zwłaszcza w tak niedużym miasteczku i na mało ruchliwej ulicy i żadnego na naszej trasie do dworca nie napotkaliśmy, bo może też były one przed tą trasą zatrzymywane. Ponieważ moje spodnie pozbawione pasa były za luźne, mi opadały i co chwila podciągałem je do góry, więc żołnierze dowcipkując, pokrzykiwali: - Co tak potrząsasz tymi spodniami, uspokój się, przestań, bo dziewczyny patrzą.

W pociągu zajęliśmy cały przedział i tu już bez większych przygód i wrażeń dojechaliśmy do Wrocławia. Dopiero przed bramą więzienia, przy ulicy Sądowej 1, żołnierze mnie poinformowali, że właśnie tam za murami znajduje się cel tej podróży.

Było to dla mnie dużym zaskoczeniem, bo choć po otrzymaniu sankcji karnej wiedziałem już, że tak się to chyba skończy, to jednak sądziłem, że jedziemy jeszcze do jakiejś wyższej instancji WOP-u na dalsze dochodzenie. Nie było to ciekawe, ale niebawem otwarły się w murze drzwi i niewiele miałem czasu do zastanawiania się nad tą sytuacją, tylko rad nierad przekroczyłem próg tego przybytku, mając nadzieję, że nie na długo.


Rozdział 3.       Spis treści       Rozdział 5.