3. ZDESPEROWANY TRZECIOKLASISTAPo ukończeniu szkoły podstawowej, w czerwcu 1952 roku, podjąłem starania o przyjęcie mnie do szkoły średniej. Najbardziej chciałem pójść do jakiegoś technikum. O jego wyborze częściowo zadecydował mój ojciec, który bardzo pragnął oddać mnie do Technikum Rolniczego w Karolewie. Technikum to miało tę zaletę, że było blisko Kwidy, w odległości tylko pięciu kilometrów, a po jego ukończeniu zostałbym agronomem lub umiałbym dobrze gospodarzyć u siebie na roli, co w obu przypadkach bardzo by ojca cieszyło. W lipcu wybraliśmy się więc z tatą do tej szkoły, której pełna nazwa brzmiała: Zespół Państwowych Techników Rolniczych w Karolewie, gdzie dla uzyskania bliższych informacji na temat przyjęcia udaliśmy się prosto do dyrektora naczelnego. Dyrektor polecił mi złożyć podanie, dołączyć do niego świadectwo ukończenia siódmej klasy szkoły podstawowej oraz kilka innych załączników i powiadomił o terminie egzaminów wstępnych. Po napisaniu podania i złożeniu niezbędnych zaświadczeń zgłosiłem się w ustalonym czasie na egzaminy. Wszystkie one odbyły się jednego dnia i w jednej sali, w której podchodziłem kolejno do kilku profesorów i odpowiadałem na pytania oraz rozwiązywałem podyktowane mi zadania z matematyki. Mimo że świadectwo z siódmej klasy przyniosłem słabe, to jednak egzaminy wstępne dobrze mi poszły. Chcę tu z przyjemnością dodać, że prócz piątek, które wtedy otrzymałem, usłyszałem jeszcze dużo miłych osobistych komplementów od egzaminujących mnie profesorów, choć może to nie tylko one wpłynęły na otrzymanie tak dobrych ocen. W parę dni po egzaminach rozmawiałem z dyrektorem o tym, w jakim technikum mam się uczyć. Właściwie to najbardziej chciałem uczęszczać do technikum rachunkowości rolnej, lecz dyrektor oznajmił, że nie ma już w nim wolnych miejsc i zaproponował mi technikum rolnicze. Powiedział nawet, że z takimi stopniami, jakie otrzymałem na egzaminie wstępnym, szkoda byłoby mnie dawać do rachunkowości i powinienem właśnie pójść do technikum rolniczego. Wyszedłem z pokoju dyrektora trochę niezadowolony, ale pomyślałem sobie, że po ukończeniu tego technikum zostanę przecież agronomem, do której to specjalizacji ojciec mnie bardzo zachęcał, a i mnie samemu, po namowach dyrektora, kierunek ten także się spodobał. Gdy na rozpoczęcie roku szkolnego zgłosiłem się do pierwszej klasy technikum rolniczego i opiekun klasy odczytał listę przyjętych do niej uczniów, ze zdziwieniem spostrzegłem, iż na tej liście mnie nie ma. Po moim stwierdzeniu, że powinienem znajdować się na niej, wychowawca wyszedł gdzieś, aby wyjaśnić sprawę. Po chwili jednak wrócił mówiąc, że wszystko w porządku, bo tylko ktoś omyłkowo umieścił mnie na liście nowo przyjętych uczniów do technikum rachunkowości rolnej. Zorientowałem się od razu, iż uczynił to dyrektor, gdyż o to się przecież starałem, lecz nim zdążyłem powiedzieć słowo, wychowawca dopisał mnie do listy uczniów pierwszej klasy technikum rolniczego, i tak oto zostałem uczniem w tym technikum. Potem tego żałowałem, bo miałem jednak większą chęć uczyć się w rachunkowości, a poza tym poznałem tam później paru bardzo dobrych kolegów, a właściwie poznałem wszystkich chłopców, których w pierwszej klasie rachunkowości było niewielu, ponieważ uczyło się w niej kilka razy więcej dziewcząt niż chłopaków. Jednakże po paru dniach nauki i poznaniu wszystkich profesorów, którzy uczyli nas w technikum rolniczym, oraz koleżanek i kolegów w klasie byłem także zadowolony z technikum, w którym podjąłem naukę, tym bardziej że zamieszkaliśmy w lepszym internacie niż koledzy z rachunkowości. Cały zespół szkół składał się z czterech techników: rolniczego, rachunkowości rolnej, mechaniki rolnej i zootechniki rolnej. Nauka we wszystkich była czteroletnia, a po jej ukończeniu otrzymywało się świadectwo maturalne z tytułem odpowiedniego technika. W niektórych technikach, a zwłaszcza mechaniki rolnej, było po kilka równorzędnych klas z dopiskiem tylko kolejnych liter alfabetu. W całym zespole uczyło się w sumie ponad tysiąc trzystu uczniów. Wszyscy uczniowie, może z wyjątkiem mieszkańców Karolewa i okolicy, mieszkali w internatach. Pobyt w nich był odpłatny, ale mniej zamożni uczniowie i ci, którzy osiągali dobre wyniki w nauce, mieli zniżki lub byli nawet zwalniani z opłat. Każdy internat miał swoją nazwę. Chłopcy naszej klasy zostali skierowani do "Kościuszkowca". Ja razem z czteroma kolegami zamieszkałem w jednym, a pozostałych ośmiu chłopaków z klasy otrzymało lokum w dwóch innych pokojach na tym samym piętrze. Warunki w internacie mieliśmy dobre. Było czysto, ciepło i przytulnie. Na dole była łaźnia, gdzie myliśmy się pod prysznicami. Mało kiedy uczyliśmy się w pokojach, ponieważ w tym celu zbieraliśmy się wieczorami na naukę własną w sali lekcyjnej w szkole. W czasie tej nauki obowiązywała na sali cisza, mieliśmy wszystkie pomoce naukowe i w ogóle były dobre warunki do uczenia się. Ponadto przyjemnie było odrabiać zadane lekcje, przebywając wspólnie z całą klasą, a w razie jakichś trudności mieć możliwość szybkiego zwrócenia się do kogoś o pomoc. Niedaleko budynku, w którym uczyła się nasza klasa, znajdowała się stołówka. Była to wielka sala, gdzie stało kilka rzędów bardzo długich stołów z poustawianymi przy nich krzesłami bądź ławami. Śniadania, obiady i kolacje wydawano w dwóch turach, bo wszyscy uczniowie w niej się stołowali. * W naszej klasie było ponad dwadzieścia dziewcząt i trzynastu chłopaków. Pochodzili oni z różnych stron Polski jak również spoza granic naszego kraju. Najwięcej uczniów było z województwa olsztyńskiego, ale byli też z dalekich zakątków Bieszczad i innych odległych okolic. Przyjechali z małych wsi, jak i większych osiedli i miast, a jeden uczeń przybył nawet z Warszawy. Było też w klasie pięć dziewczyn oraz trzech chłopców - imigrantów z Grecji - którzy przez kilka lat pobytu w Polsce zdążyli nauczyć się naszego języka w specjalnej dla nich szkole w Policach koło Szczecina. Znaczna większość uczniów była pochodzenia chłopskiego, a tylko nieliczni robotniczego i inteligenckiego. Różnica wieku między najmłodszym a najstarszym uczniem wynosiła jakieś trzy lata. Była to młodzież różnego temperamentu, charakteru i poziomu wiedzy. Wychowawcą klasy był młody profesor, który mimo naszego zróżnicowania dość dobrze sobie z nami radził. Uczył nas koronnego przedmiotu, jakim była ogólna uprawa roślin. Prócz uprawy roślin mieliśmy jeszcze takie przedmioty zawodowe, jak ochrona roślin, ogrodnictwo, maszynoznawstwo, zajęcia praktyczne, hodowla zwierząt i inne, a ponadto uczyliśmy się kilkunastu przedmiotów ogólnych. Ze wszystkich przedmiotów zawodowych najbardziej lubiłem ogrodnictwo - może dlatego, iż w domu przy uprawie warzyw niejednokrotnie już pracowałem. Nader znaczące było jednak to, że wszyscy bardzo lubiliśmy profesora tego przedmiotu, który zawsze miał dobry humor. Choć czasami lubił także i z nas pożartować, to pamiętam, jak raz my uśmialiśmy się z niego. Przepowiadał on bowiem, że na trzech ogrodników, to jest 12-13-14 maja, będzie na pewno, jak co roku w tych dniach, bardzo zimno i temperatura może nawet spadnie do zera lub tylko kilku stopni powyżej. Gdy te dni nadeszły, na dworze było bardzo pięknie i ponad dwadzieścia stopni ciepła. Jeśli chodzi o pogodę, to przypomina mi się pewna mniej przyjemna historia. Otóż, ilekroć przypadło nam pójść w czasie lekcji ogólnej uprawy roślin na pole, aby zobaczyć i przestudiować wierzchnie warstwy gleby w wykopanej w tym celu odkrywce, podobnej do okopu, zawsze wtedy trafiała się tak brzydka pogoda, zimno i silny wiatr, że wolelibyśmy już chyba, żeby ten wiatr zdmuchnął nas do tego dołu, niż stać tak nad nim i z zimna prawie nie słyszeć, co mówi profesor. Podobnie jak jest to w zwyczaju w innych szkołach średnich, wszystkich naszych nauczycieli nazywaliśmy profesorami, chociaż oni sami mówili, że nimi nie są i że profesorowie to uczą na wyższych uczelniach. Również uczniowie w klasie uczyli się chyba tak samo, jak we wszystkich innych szkołach, to znaczy: gorzej lub lepiej. Jedni byli bardzo zdolnymi uczniami i wszystko w mig pojmowali, inni po prostu całe lekcje wkuwali na pamięć. Dwóje wszakże zdarzały się rzadko, bo i jak mogły być często, skoro po zajęciach lekcyjnych mieliśmy jeszcze po południu i wieczorem cztery albo pięć godzin nauki własnej. Była to nauka obowiązkowa, podczas której na sali musiał być spokój, a wszyscy uczniowie mieli zajmować się tylko uczeniem. W czasie jej trwania nierzadko przychodził na kontrolę nasz wychowawca, ewentualnie inni profesorowie, a niekiedy odwiedzał nas również dyrektor. Dla mnie tej nauki czasami było aż za dużo, więc wyciągałem kartkę papieru i coś na niej rysowałem lub malowałem, albo brałem książkę wypożyczoną z biblioteki szkolnej i czytałem, najczęściej powieści na tematy podróżnicze. Mimo że na nauce własnej wszyscy długo uczyliśmy się, to jednak dwóje zdarzały się, choć niekiedy bywały one pewnego rodzaju wydarzeniem, które potem komentowaliśmy i długo pamiętaliśmy. Niektórzy uczniowie, będąc może mniej zdolni lub mniej pracowici, co chyba zdarza się częściej, doprowadzali czasami swoimi wypowiedziami profesorów do rozpaczy. Pamiętam, jak raz geograf pytał jedną uczennicę na temat klimatu jakiegoś kraju w Afryce, a gdy ta nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, profesor zaczął ją podciągać, stawiając pomocnicze pytanie: - No, a jak tam jest, zimno czy ciepło? - Średnio - dyplomatycznie odpowiedziała dziewczyna, zapewne nie chcąc ryzykować strzału w obawie, iż mogłaby nie trafić. - Może tam i średnio, ale u mnie nie będzie średnio - zareagował mocno zbulwersowany tą odpowiedzią profesor i dodał - u mnie będzie dwója w dzienniku! Kiedyś na jednej z pierwszych lekcji języka polskiego polonistka zwróciła uczennicy uwagę, że nie należy rozpoczynać zdania od słowa "to", którego wyrazu uczennica w ogóle nadużywała, a następnie profesorka rzekła: - A teraz powiedz to samo zdanie poprawnie, bez tego "to". Dziewczyna długo zastanawiała się, nie wiedząc, jak ma zdanie rozpocząć, aż w końcu zaczęła: - Tamto... lecz zdania już nie dokończyła, bo cała klasa wybuchnęła śmiechem. Z innych, bardziej wesołych wydarzeń szkolnych pamiętam, jak kilka razy profesorka z botaniki wręczyła swojemu zaufanemu i najbardziej lubianemu uczniowi klucze do pracowni botanicznej, aby podlał rośliny i dał jeść zwierzętom, gdyż pani profesor w tym dniu nie mogła tego uczynić. Wtedy nie tylko pupilek, ale cała trzynastka chłopców z naszej klasy zwalała się do gabinetu, aby w nim trochę się popanoszyć i robić to, na co miała ochotę. Podlewaliśmy więc palmy, kwiaty i inne rośliny; karmiliśmy, a czasem i łowiliśmy ryby w akwarium; dawaliśmy jeść ptakom i innym zwierzętom, niekiedy je z klatek wypuszczając i goniąc za nimi po całym gabinecie. Manipulowaliśmy mikroskopami i patrzyliśmy przez nie na różne preparaty, które, podobnie jak z nauczycielką na ćwiczeniach, lecz tym razem już sami, według własnych pomysłów i fantazji sporządzaliśmy. Najczęściej robiliśmy je z liści lub włosów, wyglądających w powiększeniu bardzo ciekawie, albo z brudnej wody, w której pod mikroskopem było widać pełno różnych bakterii. Nie przypominam sobie w jakich okolicznościach, ale czasem udawało nam się posiąść klucze od pracowni fizykochemicznej i wtedy zabawa była jeszcze ciekawsza. Można było z dwóch przezroczystych płynów, trzeba tylko było wiedzieć jakich, zlewając je razem, otrzymać jeden roztwór o pięknym różowym kolorze. W znanych nam buteleczkach i słoikach znajdowały się ciecze i proszki, które po wylaniu lub wysypaniu w niewielkiej ilości na spodek i podpaleniu paliły się dużym, niezwykle intensywnym, czasem bardzo kolorowym płomieniem. Niektórzy chłopcy próbowali nawet sporządzić mieszaninę wybuchową, ale nie przypominam sobie, żebyśmy kiedyś spowodowali eksplozję. Zwykle jednak tak długo dokazywaliśmy w pracowni, aż zrobiliśmy jakąś szkodę. Wtedy oblatywał nas strach, szybko zacieraliśmy ślady i pośpiesznie opuszczaliśmy gabinet. Wszelako wielkiej szkody nigdy chyba nie zrobiliśmy, gdyż wszystko uchodziło nam na sucho. * Zespół Państwowych Techników Rolniczych w Karolewie był jedną z największych i najbardziej znanych średnich szkół rolniczych w Polsce. Często czytaliśmy na jej temat nie tylko w dzienniku lokalnym, ale również w prasie ogólnokrajowej. Była to szkoła znana z dyscypliny i wysokiego poziomu nauki. Pamiętam, jak raz dyrektor mówił, że wielu absolwentów naszej szkoły doszło do różnych wysokich stanowisk wojewódzkich i państwowych. Była to jednak szkoła mocno upolityczniona. Wszyscy uczniowie należeli do Związku Młodzieży Polskiej i często uczestniczyli w różnych związkowych zebraniach, odczytach i apelach w obrębie klasy, jak i całej szkoły. W każdą niedzielę odbywały się w klasie prasówki, kiedy to w obecności profesora lub kogoś z aktywu szkolnego ZMP dyskutowaliśmy, zwłaszcza na polityczne i ekonomiczne tematy zaczerpnięte z prasy, którą należało przedtem przeczytać i do dyskusji się przygotować. Jednakże nikt nam nigdy nie mówił tego, jaka ta Polska wówczas rzeczywiście była, a jaka powinna być. W marcu 1953 roku, gdy zmarł Stalin, niezwykle uroczyście obchodzono jego pogrzeb przy dobywających się przez cały dzień, również w czasie lekcji, fortepianowych dźwiękach marsza żałobnego Chopina z głośników radiowych, zainstalowanych w klasach i we wszystkich możliwych miejscach na terenie szkoły. Oczywiście, nie obyło się też bez długich apeli, akademii i politycznych przemówień. Nasza stołówka po wyniesieniu stołów i odpowiednim ustawieniu ław i krzeseł stawała się również salą, w której odbywały się zebrania szkolne i związkowe, a także odczyty, spotkania i akademie z okazji świąt i uroczystości państwowych. Czasami miały w niej miejsce koncerty muzyczne, występy chórów, orkiestr (także naszej szkolnej), zespołów muzycznych i artystycznych oraz różne przedstawienia. Często śpiewali piosenkarze i śpiewacy. Występowali tam soliści i zespoły dobrze wówczas znane nie tylko u nas w kraju, ale i za granicą. W sali tej odbywały się też szkolne zabawy i potańcówki. Na terenie szkoły były również inne sale i świetlice, ale ta była najbardziej przydatna ze względu na jej wielkość. Tradycyjnie też w każdą sobotę lub niedzielę po kolacji w pomieszczeniu tym były wyświetlane filmy, kiedy to stoły pozostawały na swoim miejscu, a tylko krzesła z przodu przesuwano bardziej do tyłu. W ciepłe letnie wieczory filmy pokazywano również na wolnym powietrzu, na placu między internatami, podczas których staliśmy lub siedzieliśmy na trawie. Pamiętam, jak raz przyjechało do nas Polskie Radio i nagrywało audycję o Zespole Państwowych Techników Rolniczych w Karolewie. Przed jego przyjazdem wszystkim uczniom kazano napisać wypracowanie na temat szkoły. Powiadomiono, że kto najlepiej napisze, ten pracę tę sam odczyta przed mikrofonem radiowym, a potem w audycji o Karolewie usłyszymy ją wszyscy na antenie Polskiego Radia. Równocześnie z pisaniem pracy uczyliśmy się śpiewać piosenkę o naszej szkole, której tekst i nuty przysłano nam chyba z Warszawy. Gdy wóz i cała ekipa radiowa przyjechała, w wielkiej sali nagrano przemówienie dyrektora, potem kilka rozmów z profesorami i uczniami; następnie uczeń, który wygrał konkurs, odczytał przed mikrofonem swoje wypracowanie, a na końcu wszyscy zaśpiewaliśmy naszą piosenkę. Może po miesiącu, o ustalonej godzinie, zebraliśmy się na placu przed głośnikiem radiowym i z wielką ciekawością i zadowoleniem wysłuchaliśmy nadanej w pierwszym programie audycji o naszej szkole. * We wszystkich technikach duży nacisk kładziono na sport. Lekcje wychowania fizycznego odbywały się kilka razy w tygodniu, niekiedy nawet dwie godziny dziennie. My też wielce lubiliśmy sport i bardzo się nim interesowaliśmy. Było w naszej klasie wielu chłopców, którzy potrafili wyliczyć z pamięci nazwiska ponad setki polskich i zagranicznych, aktualnych i nie występujących już sportowców. Najbardziej pasjonowaliśmy się kolarskim Wyścigiem Pokoju. Naszym ulubionym kolarzem był Stanisław Królak. Raz trasa jakiegoś krajowego wyścigu kończyła się w Kętrzynie. Większość uczniów naszej szkoły wyległa na trasę lub oczekiwała kolarzy na mecie. Wyścig oczywiście wygrał Królak. Po zakończonym etapie zawodnicy nocowali w Karolewie w internatach, w których część pokoi była wolna, bowiem wielu uczniów w tym czasie przebywało w PGR-ach na praktyce. Nazajutrz wszyscy oblegliśmy naszego najlepszego kolarza i robiliśmy z nim zdjęcia. O jedną taką pamiątkę z panem Stanisławem postarałem się również i ja. Bardzo interesowaliśmy się także Bokserskimi Mistrzostwami Europy, a szczególnie tymi, które odbywały się w Warszawie w 1953 roku, gdy pięciu polskich bokserów zostało mistrzami Europy. Mocno przeżywaliśmy Hokejowe Mistrzostwa Świata, zwłaszcza kiedy przystąpiła do nich drużyna radziecka i rozpoczęły się niezwykle zacięte boje na lodzie między zespołem tego kraju a drużyną Kanady. Emocjonowaliśmy się meczami i mistrzostwami piłkarskimi oraz ich rozgrywkami ligowymi, zarówno drużyn polskich, jak i zagranicznych. Interesowaliśmy się lekkoatletyką. Ze względu na wielkość szkoły, wyposażenie sportowe i inne możliwości Karolewo często organizowało sportowe olimpiady techników rolniczych województwa olsztyńskiego, które wtedy obejmowało chyba całą Warmię i Mazury, i zawsze wygrywaliśmy te olimpiady na punkty. Moje przeżycia sportowe w szkole najbardziej wiązały się z piłką nożną, siatkówką i lekkoatletyką, w której ćwiczyłem przeważnie biegi i skoki. Najczęściej jednak grałem z kolegami z klasy w piłkę nożną i zawsze, kiedy mieliśmy trochę czasu, a jakieś boisko było wolne, wybiegaliśmy na nie i strzelaliśmy sobie bramki. W szkole urządzano nam różne wycieczki i wyjazdy, a także wczasy i kolonie. Często były to wycieczki sportowo-krajoznawcze, odbywające się marszem lub biegiem do Kętrzyna albo innych pobliskich okolic. Będąc w pierwszej klasie, w maju lub czerwcu 1953 roku, uczestniczyłem w wycieczce po jeziorach mazurskich. Pojechaliśmy wtedy wcześnie rano pociągiem do Giżycka, a stamtąd jeziorami i kanałami popłynęliśmy statkiem do Mikołajek, oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od portu wypłynięcia. Po zjedzeniu tam obiadu wróciliśmy z powrotem do Giżycka, płynąc trochę inną trasą. Była to bardzo piękna i ciekawa wycieczka. W tym samym roku wyjechałem na dwutygodniowe wczasy zimowe do Sobieszowa koło Jeleniej Góry, w których brało udział bardzo dużo uczniów z całej szkoły. W lipcu następnego roku byłem na koloniach letnich w Dzikowie koło Tarnobrzega, gdzie przebywało kilkudziesięciu uczniów z Karolewa, przeważnie ze starszych klas, oraz wiele młodzieży z innych szkół rolniczych w kraju. Jesienią tego samego, to jest 1954 roku jeździliśmy pociągiem na wystawę rolniczą w Lublinie. * Uczestnicząc prawie we wszystkich wycieczkach, poznałem dość dobrze naszego dyrektora naczelnego, Edwarda Dubowika, który bardzo często brał w nich udział i był ich głównym inicjatorem. Dyrektor pamiętał mnie również z czasów, kiedy starałem się o przyjęcie do szkoły, i gdy teraz spotykałem go na ulicy, mówiąc mu dzień dobry, czasami zatrzymywał się, pytał, co u mnie nowego i jak mi idzie nauka. Dyrektor mieszkał w jednym z internatów, w bardzo skromnie urządzonym pokoju. Kilka razy byłem u niego w sprawach osobistych, zazwyczaj w sprawie stypendium. Pamiętam, że kiedy raz już od niego wychodziłem, spostrzegł, iż dawno nie byłem u fryzjera. Kazał mi więc usiąść na krześle, wziął maszynkę, nożyczki oraz grzebień i podstrzygł mi włosy. Uprzejmości tej doświadczyło od niego również wielu innych kolegów, którzy dawno u fryzjera nie byli. Podobno fachu tego nauczył się w wojsku, w którym przebywał przez wiele lat i dosłużył się rangi majora. Dyrektora mieszkającego wśród nas w internacie często odwiedzali chyba wszyscy uczniowie. Przychodzili pojedynczo i grupowo, chłopcy i dziewczyny, w sprawach osobistych oraz szkolnych, a on nigdy nie odmówił nikomu pomocy, pocieszenia lub dobrej rady. Jednakże wymagał od nas dyscypliny i nie lubił nieuków. Chociaż tak samo, jak pilnej nauki, wymagano od nas dużej dyscypliny, to jednak nie zawsze i nie wszędzie była ona ściśle przestrzegana. Jedynie w szkole i w miejscach, gdzie mógł dojrzeć nas jakiś profesor, byliśmy grzeczni i spokojni, ale już w internatach, gdzie nie przypominam sobie jakichś poważniejszych kontroli, zachowywaliśmy się dość swobodnie, a niekiedy mocno rozrabialiśmy. Tylko w internacie, w którym mieszkał dyrektor, utrzymywał się większy rygor, ale i tam był on może wyłącznie na korytarzach lub w pokojach sąsiadujących z jego mieszkaniem. Mówiąc o dyscyplinie, muszę wszak przyznać, że przynajmniej chłopcy z naszej klasy, jak również i inni koledzy w szkole, których znałem, nigdy nie palili papierosów i nie pili alkoholu. Co do szkodliwości tych nałogów byliśmy dostatecznie uświadomieni i zapewne sami byśmy zaprotestowali, gdyby ktoś z nas wpadł na pomysł, aby to robić, zwłaszcza w internacie. Dużą niesubordynacją było chodzenie do kościoła, co jednak wielu uczniów praktykowało i po cichu wymykało się w niedzielę na któreś nabożeństwo do Kętrzyna, rozkładając sobie tak czas, aby być również na śniadaniu, na prasówce i zdążyć na obiad. Jednym z większych naszych wykroczeń regulaminowych było chyba wychodzenie wieczorami do Kętrzyna na zabawy taneczne, odbywające się w miejskich lokalach, lub chodzenie na późne seanse do kina, szczególnie na niedozwolone dla młodzieży w naszym wieku filmy. Osobiście brałem udział w takich eskapadach i pamiętam, jak - rozbawieni - wracaliśmy późną porą z Kętrzyna, a gdy zbliżaliśmy się do Karolewa, miny nam rzedły, brawura pryskała i szliśmy po cichutku, żeby nas ktoś nie zobaczył. Wielkim także występkiem było granie w karty na pieniądze, zwłaszcza późnym wieczorem lub w nocy. * Pewnego zimowego wieczoru - gdy byłem już w drugiej klasie i mieszkałem na sali w starym internacie, w której poprzedniego roku mieszkali chłopcy z rachunkowości - graliśmy w karty do późnej nocy. Jedynie Stefan poszedł spać wcześniej, bo musiał na szóstą rano zdążyć do obory na praktykę z hodowli zwierząt. Bardzo dobrze pamiętam te poranne praktyki przy karmieniu krów i innych obrządkach w oborze, choć byłem na nich tylko dwa razy. Kiedy pierwszy raz przyszedłem, oborowy był już na stanowisku i właśnie rozpoczynał dawać paszę bydlętom. Był już przyzwyczajony do uczniów i zachowywał się wobec nich niczym nauczyciel na lekcjach. Gdy mnie zobaczył, zdawkowo odpowiedział na moje powitanie, patrząc na mnie z pretensją, że się spóźniłem. Nawykł bowiem do tego, aby wszystko, co robił, było pilnie i od samego początku przez uczniów obserwowane i podziwiane. Po moim przybyciu zabrał się zaraz do objaśniania wykonywanych czynności, a niektóre rzeczy szczególnie dokładnie tłumaczył. Jednak trzeba było mieć mocne nerwy, aby - przynajmniej pierwszy raz tam będąc - móc słuchać spokojnie tego, co mówi oborowy, i nie zwracać uwagi na szczury, wielkości kota, które co chwila przebiegały wysoko po belkach lub przemykały obok nas, prawie pod nogami. Tymczasem oborowy mówił dalej tylko o krowach, nie wspominając o szczurach, jakby ich wcale w oborze nie było. Wydało mi się to trochę dziwne, ale wytłumaczyłem sobie, że może ma rację, bo przecież mamy się uczyć o krowach, a nie o gryzoniach. Gdy przyszedłem następnym razem, oborowego jeszcze nie było. Ponieważ nie miałem zegarka, nie wiedziałem nawet, czy za wcześnie przybyłem, czy oborowy się spóźnia. Po odczekaniu kilkunastu minut na dworze, a było to chyba w styczniu, zziębnięty wszedłem do obory i zapaliłem światło. Szczury w wielkim popłochu rozpierzchły się po kątach, ale wnet przyzwyczaiły się do nowej sytuacji i jęły się znowu pojawiać. Kiedy jednak za bardzo się ośmieliły i zanadto się do mnie przybliżały, chwyciłem leżące na słomie widły i uderzyłem nimi kilka razy o jakąś drewnianą przegrodę. Wszelako efekt tego uderzenia był nie taki, jakiego oczekiwałem, bo bardziej od szczurów wystraszyły się krowy. Na szczęście za chwilę przyszedł oborowy i dał mi coś do roboty, przez co na szczury nie zwracałem już większej uwagi. Tego zimowego wieczoru, gdy graliśmy długo w karty, a tylko Stefan poszedł spać szybciej, mieliśmy dobry humor i byliśmy usposobieni do żartów. Przed położeniem się do łóżka Stefan poprosił, aby ten kto się przypadkowo wcześniej obudzi, spojrzał na zegarek Janusza (jedynego posiadacza zegarka na sali, który on w takim przypadku wykładał na stole) i ze dwa lub trzy kwadranse przed szóstą obudził go na tę praktykę. Kiedy graliśmy tak dalej, do drugiej w nocy, ktoś wpadł na pomysł, aby obudzić Stefana i powiedzieć mu, że jest już dawno po piątej i żeby wybierał się do obory. Zgasiliśmy więc światło i weszliśmy do łóżek udając, że śpimy, a jeden z nas przestawił zegarek na pół do szóstej i obudził Stefana. Wstał szybko i po chwili poszedł na dół do łazienki, ale jak wrócił, długo szykował się w pokoju, ponieważ ubierał się bez zapalania światła. W końcu wyszedł, a gdy kroki jego ucichły na dole, wybuchnęliśmy śmiechem, będąc bardzo ciekawi, kiedy przyjdzie z powrotem. Cisza wszak trwała długo, więc niektórzy zaczęli się śmiać, że go już szczury zjadły, a inni niepokoić, czy z tego coś złego nie wyniknie. Po kilkudziesięciu minutach wszyscy usnęliśmy i nikt nie doczekał się jego powrotu. Rano z trudem obudził nas dzwonek na korytarzu, dzwoniący o siódmej na pobudkę. Gdy wstaliśmy, ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że Stefan śpi smacznie w swoim łóżku, nie słysząc nawet dzwonka ani naszego hałasu, i musieliśmy go mocno szarpać, aby się obudził. Na praktykę już nie poszedł, ale jakoś to załatwił i odbył ją innego dnia. * Mieszkając w internacie, nie zapominałem o domu w Kwidzie i nie tylko w czasie wakacji i ferii, ale również bardzo często w niedziele odwiedzałem rodzinę. Niestety, w domu było teraz nieciekawie. Ojciec i macocha, jak i pozostali domownicy narzekali, że im się gorzej wiedzie. W 1953 roku bowiem różnymi metodami zmuszono wszystkich chłopów we wsi do rezygnacji z gospodarowania indywidualnego i nakłoniono do założenia spółdzielni produkcyjnej. Wydawało mi się, że nie ma w tym przecież nic złego, i nawet cieszyłem się, że przeszli na bardziej nowoczesną gospodarkę. W szkole uczono nas, że jest to lepiej zorganizowana, bardziej ekonomiczna, a przede wszystkim "wyższa" forma gospodarowania na wsi. Podobnie jak wpojono nam, że socjalizm, a właściwie komunizm, jest najlepszym ustrojem społeczno-ekonomicznym, tak samo przekonano nas zupełnie, że spółdzielnie produkcyjne to najlepszy sposób gospodarowania na roli. Wszelako w rozmowach z ojcem i macochą dowiadywałem się dużo nowych rzeczy na temat takiego gospodarzenia. Szczególnie macocha żaliła się, iż zapewniano ich, że w spółdzielni będzie lepiej, staną się bogatsi, będą mieli więcej zboża, że państwo pomoże, przydzieli maszyny i więcej nawozów, a okazało się potem inaczej. Faktycznie dano im kilka maszyn i trochę nawozów, ale na koniec roku każdy otrzymał mniej ziarna, niż miał przedtem, gdy sam gospodarował. W czasie rozliczeń bowiem najpierw oddano państwu, co mu się należało, a potem zapłacono zbożem za nawozy i maszyny - które częściej stały zepsute, niż pracowały, tak że wiele robót trzeba było wykonywać za nie rękoma - i dlatego też niewiele im tego zboża w końcu do podziału zostało. Teraz mieli im przysłać jeszcze agronoma, pewnie jakiegoś absolwenta z Karolewa, któremu też trzeba będzie zapłacić. - A cóż to nowego on wymyśli - powiedziała raz macocha - i co nam doradzi taki chłopiec po szkole? Większość ludzi we wsi już po kilkanaście lub kilkadziesiąt lat gospodarzy, a tu przyjdzie jakiś młodzik i będzie nam mówił, co mamy robić, jak mamy siać albo orać. Wówczas nie wytrzymałem i rzekłem: - Dobry agronom na pewno na siebie zarobi, i to z wielką nadwyżką. Wy oczywiście dużo wiecie na temat gospodarowania, ale nawet nie przypuszczacie, co można jeszcze wiedzieć o uprawie i ile więcej można zrobić w rolnictwie. Wtedy z kolei macocha zniecierpliwiła się i przerwała mi dalszą wypowiedź. - Jeśli wy w Karolewie tak wszystko wiecie i jesteście tacy mądrzy, to teraz ci coś powiem. Jechaliśmy kiedyś z ojcem furmanką do Kętrzyna, a tu z karolewskiego pola wyjeżdża prawie wprost na nas traktor wiozący ziarno z kombajnu. Patrzymy, a z przyczepy zboże się sypie na szosę, i to jeszcze jak! Ciekawa jestem, ile on tego ziarna do magazynu czy suszarni dowiózł? Skoro was tam tak dobrze uczą, to czemu nie było takiego mądrego, żeby tę dziurę zatkał? Ale ja wiem dlaczego. Dlatego, że nikt o to nie dba, nikt nie pracuje dla siebie. Każdy patrzy, aby tylko swoje godziny odrobić i do domu pójść. - Wypadek przy pracy zawsze się może zdarzyć - odpowiedziałem i dodałem: - Ale zboże w Karolewie ładnie rośnie? To widać nawet z szosy. - To nie był żaden przypadek - odparła macocha - bo to nie było pierwszy raz. Tam już pełno ziarna na szosie leżało, które porozsypywano przedtem. A jeśli chodzi o zboże, to wszędzie ono pięknie rośnie, gdy się nawozów nasypie, ale nawozy sztuczne są niezdrowe. - Nie wiem, czy aż tak bardzo niezdrowe? - zareplikowałem. - Trzeba wiedzieć gdzie, kiedy, jakie i ile ich sypać. Wiadomo, że dobry jest obornik, a jeszcze lepszy prawidłowo zrobiony kompost, lecz ile tego obornika i kompostu można wygospodarować? Poza tym, na wysokość plonów wpływają nie tylko nawozy, ale mają tu znaczenie również inne czynniki i zabiegi. Trzeba, na przykład, siać lepsze, wydajniejsze, bardziej nadające się na nasze ziemie i warunki klimatyczne odmiany zbóż i innych roślin niż te, które rolnicy przywykli uprawiać. Można stosować lepsze płodozmiany, a poza tym należy systematycznie zwalczać chwasty, choroby i różne szkodniki roślin. - No, no... Nie bądź już taki agronom. My to wszystko też wiemy - powiedziała macocha, a po chwili zadumy rzekła: - Kiedyś człowiek rano wstał i miał chęć pójść w pole do pracy, a teraz to wstać się nie chce i robić się nie chce. A bo to człowiek wie, ile będzie miał z tego, co zrobi. W spółdzielni pracujemy na dniówki. Ile kto dniówek wyrobi, tyle będzie miał zapłacone. Ale każdy patrzy, żeby cięższą pracę kto inny wykonał, a sam szuka lżejszego zajęcia. Ja już tam wolę pracować u siebie i robić to, na co mam ochotę, co uważam, że powinnam teraz zrobić, a nie że ktoś mi będzie rozkazywał i robotę mi dawał. Tak, to zupełnie co innego pracować u siebie. Ile człowiek zrobi, tyle ma, a w spółdzielni robotę wykona i nie wie, co z tego ma. Któż to wie, jak oni te dniówki piszą? Zresztą ta spółdzielnia jest może komuś i dobra, ale my do tego jesteśmy już za starzy i nie nadajemy się. - Może właśnie dlatego, że jesteście przyzwyczajeni tylko do starego sposobu gospodarowania, jest wam teraz źle w spółdzielni. Ale pozwólcie młodym, żeby się przyzwyczajali do nowego systemu - powiedziałem. - A to niech się przyzwyczajają! - odfuknęła macocha. - Ale ja już widzę, jak oni się przyzwyczajają i garną do pracy w spółdzielni. Na swoim to może by pracowali, a tu tylko dużo mędrkują. My to jeszcze jakoś pracujemy, bo pracować nauczyliśmy się na naszych gospodarstwach, a oni - jak tak dalej pójdzie - to w ogóle nie nauczą się pracować i nie wiem, jak będą żyli? Widząc, iż moja przeciwniczka w tej dyskusji wygrywa, zacząłem szukać nowych argumentów. - Ileż to miedz się zaoruje i ile pola uprawnego przez to uzyskuje więcej. Zaoszczędza się również na transporcie. Łatwiej jest zwieźć, a także zasiać i zebrać zboże uprawiane na wielkim areale, w jednym lub kilku miejscach, niż jak przedtem, indywidualnie, na dziesiątkach małych kawałeczków rozsianych po wszystkich polach wsi. Poza tym w spółdzielni, na większym obszarze, jest większa szansa właściwego dostosowania upraw do jakości i właściwości gleby. Na dużych areałach jest łatwiejsze, a przede wszystkim tańsze na jednostkę produktu nawożenie upraw oraz zwalczanie chwastów i szkodników. - Widzę, że was w tej szkole już zupełnie przekonali - zwykle na zakończenie mówiła macocha - a teraz ty chcesz nas przekabacić. Może ta spółdzielnia jest wam i dobra, ale my jej nie chcemy. Ludzie - często dodawała - nie pracują w spółdzielni tak chętnie i wydajnie jak na swoim. Zresztą, do czego oni doszli w tych kołchozach w Rosji? Po tych rozmowach zrozumiałem, że macocha ma jednak rację i że chęć oraz motywacja do pracy są rzeczą najważniejszą. Przyznałem, iż efektywniejsza jest gospodarka własnościowa, a ona z kolei zgodziła się, że bardziej ekonomiczne są gospodarstwa duże i średnie, a na małych potrzebna jest jakaś specjalizacja. W niedługi czas potem, będąc w Kwidzie, dowiedziałem się, że chłopi napisali prośbę do prezydenta Bieruta, aby im pozwolono rozwiązać spółdzielnię i gospodarować jak przedtem, indywidualnie. * Po zakończeniu każdego roku szkolnego musieliśmy jeszcze odbywać praktykę w polu. W pierwszej klasie technikum rolniczego trwała ona dwa tygodnie, po ukończeniu drugiej klasy pracowaliśmy na polu przez miesiąc, a w trzeciej praktyka ciągnęła się od rozpoczęcia prac polowych wiosną do ich zakończenia jesienią, czyli od marca do listopada. W innych technikach przebiegała ona nieco inaczej. Pierwszą praktykę odbyliśmy na polach naszego karolewskiego PGR-u. Pamiętam, iż trwała ona od początku do połowy lipca i pracowaliśmy przeważnie przy okopywaniu buraków cukrowych. Po ukończeniu drugiej klasy, w sierpniu 1954 roku, wyjechałem na miesięczną praktykę do jednego z państwowych gospodarstw rolnych, które było oddalone około dwadzieścia kilometrów na północny zachód od Kętrzyna. Nie pojechaliśmy tam wszyscy całą klasą, gdyż uczniów podzielono na wiele grup i każda z nich udała się do innego PGR-u. W gospodarstwie, do którego ja zostałem przydzielony na praktykę, znalazło się jeszcze czterech kolegów z mojej klasy i kilku chłopców z innych szkół rolniczych województwa olsztyńskiego, a jeden uczeń przyjechał z Węgier. Kierownikiem PGR-u był około czterdziestoletni mężczyzna, który chyba sam kierował i decydował o wszystkich sprawach gospodarstwa i jego też najlepiej pamiętam. Po przyjeździe, krótkiej rozmowie z nim oraz zakwaterowaniu się w jednej wielkiej sali i zjedzeniu obiadu skierował nas w pole do pracy. Był to okres żniw. Przez cały miesiąc była piękna pogoda i mimo że była to już druga połowa lata, na dworze było bardzo gorąco. Po około dwóch tygodniach spędzonych przy koszeniu i sprzątaniu zboża kierownik zwrócił się do nas praktykantów z pytaniem, czy któryś nie chciałby pilnować w nocy kombajnów, przez co w dzień byłby zwolniony z pracy przy żniwach i mógłby sobie w tym czasie spać lub robić, co mu się będzie podobało. Z miejsca zgłosiło się dwóch moich kolegów, lecz kierownik nie zaakceptował ich propozycji, aby pilnowali kombajny we dwójkę, żartobliwie mówiąc, iż wówczas w dzień nie byłoby komu pracować na polu. Wtedy ja zgodziłem się na to stróżowanie samemu i moje zgłoszenie zostało przyjęte. Od razu kierownik wyjaśnił mi, na czym ma polegać moje zadanie i jednocześnie oznajmił, że nie muszę już iść tego dnia do pracy. Zgłosiłem się do zaproponowanego zajęcia z kilku powodów. Jednym z nich było to, że przy żniwach pracowaliśmy około dwanaście godzin dziennie i była to ciężka praca. Nie bałem się stróżowania, bo kilka nocy spędziłem już na polu, kiedy w Kwidzie wystraszałem dziki z kartofli. Jednakże najbardziej decydującym powodem było chyba to, że wśród przebywających na praktyce chłopców z naszej klasy był jeden, który mi zawsze dokuczał, naprzykrzał się i z którym ciągle miewałem różne kłopoty. Ponieważ nie mogłem z nim sobie poradzić, postanowiłem jak najmniej go widywać. I rzeczywiście, od tego czasu spotykałem go właściwie tylko przy posiłkach, gdyż w dzień chodził on do pracy, a z kolei po jej zakończeniu ja udawałem się do pilnowania maszyn. Wieczorami brałem więc koc i szedłem na pole, gdzie stały kombajny. Wchodziłem na któryś z nich, w najwygodniejszym miejscu siadałem, okręcałem się kocem i oddawałem się rozmyślaniom, usiłując, w późnych godzinach nocnych, stawić opór zniewalającej mnie drzemce. Gdy dłuższy czas siedziałem w niezbyt wygodnej pozycji, schodziłem z kombajnu, aby rozluźnić się i wyprostować zdrętwiałe nogi. Spacerowałem wówczas w pobliżu, nasłuchiwałem oraz patrzyłem, jak świat wygląda w nocy, i obserwowałem gwiaździste niebo. Kiedy miałem już dość spaceru, wchodziłem z powrotem do kabiny kombajnu i jakoś tę noc do końca przetrwałem. Czasami obok kombajnów leżały małe sterty słomy. Robiłem wtedy wgłębienie w którejś z nich, układałem się w nim w pozycji półsiedzącej, okrywałem się kocem i, podobnie jak w kabinie kombajnu, po długich godzinach czuwania doczekiwałem się rana i pory pójścia na śniadanie. W sumie było to lżejsze zajęcie niż praca przy żniwach, a w dzień miałem dużo wolnego czasu nie tylko na spanie, ale i na czytanie książek lub zwiedzanie okolicy. Raz nawet zdążyłem autobusem do Kętrzyna, a dalej piechotą na kilka godzin dotrzeć do domu. Niekiedy zdarzało się, że przy tym stróżowaniu miewałem przygody, a jedną z nich będę długo pamiętał. Raz kombajny stały daleko od wsi, tak iż z trudem je odnalazłem i gdyby nie to, że jasno świecił księżyc, nie wiem, czy bym je w ogóle odszukał. Kiedy do nich dotarłem, zauważyłem, iż przy jednym z nich leży kupka słomy. Zrobiłem w niej odpowiednie legowisko, owinąłem się kocem i usadowiłem w pozycji półleżącej. Noc była piękna, księżyc w pełni, ciepło. W dodatku świeżo skoszona, nie wysuszona i przygnieciona przeze mnie słoma bardzo się zagrzewała, tak że co pewien czas musiałem zmieniać miejsce leżenia. Kombajny stały z pięćdziesiąt metrów od brukowanej drogi, obsadzonej drzewami, za którą, z kilometr dalej, rozciągała się jakaś wieś, skąd dochodziło dość głośne szczekanie psów. Do zabudowań naszego PGR-u było ze dwa kilometry. W pewnym momencie, a było to już chyba grubo po północy, wydało mi się, że szosą ktoś idzie. Uniosłem się więc ponad słomę, ale tak, żeby nie było mnie z niej mocno widać, i patrzyłem w kierunku, skąd nadchodził cichy szmer kroków. Jakoż niedługo zauważyłem idącego człowieka, ale szedł on dość dziwnie, bo miałem wrażenie, że przy każdym przydrożnym drzewie chwilę przystaje, tak że go momentami traciłem z oczu. Będąc już naprzeciw kombajnów, osobnik ów nagle zeszedł z drogi i szedł prosto w moim kierunku. Przez chwilę nie wiedziałem, co mam robić, ale gdy był już blisko, wyszedłem ze słomy i stanąłem obok leżących na ziemi wideł, które położyłem przy sobie wieczorem. Przybysz musiał mnie już wcześniej dojrzeć, bo nie był zaskoczony moim pojawieniem się i dalej szedł prosto na mnie. Kiedy był już bardzo blisko, z niemałym zdziwieniem poznałem, że jest to mężczyzna, którego w pegeerze nazywają Indykiem, ze względu na jego niewyraźną wymowę. Widywałem go czasami przy różnych podrzędnych zajęciach i nieraz miałem wrażenie, że jest to trochę dziwny facet. - Dlaczego przychodzi z tej strony, jak gdyby z pobliskiej wsi? - zastanawiałem się. - Czy może był u kogoś, a teraz wraca do domu? Ale wtedy przyjście tutaj byłoby mu zupełnie nie po drodze. A może kierownik przysłał go na kontrolę, czy jestem na miejscu i czy pilnuję kombajnów? Lecz dlaczego wysłałby takiego faceta? Czyżby nikt inny nie chciał iść w nocy? - rozmyślałem. Zdawało mi się, że nawet psy we wsi jęły głośniej ujadać, gdy do mnie się zbliżał. - I co, lepiej pilnować niż pracować? - rzekł, nie mówiąc żadnego słowa na powitanie. - A no lepiej - odpowiedziałem, starając się słowom moim nadać jak najwięcej pewności siebie, jednocześnie widząc, że przybysz zbyt blisko do mnie podchodzi, odstąpiłem kilka kroków do tyłu. On zauważył to i w końcu zatrzymał się. Pomyślałem: skąd on może wiedzieć, że ja tu pilnuję i że nie pracuję. Z jego zachowania nie mogło wynikać, iż kierownik przysłał go na kontrolę, bo był niezbyt pewny siebie. Przez chwilę stał w miejscu, niezdecydowany, po czym wykrztusił: - Po drodze wlazłem w jakieś łajno - i zaczął wycierać nogi o ściernisko, które po koszeniu kombajnem było bardzo wysokie. - Tam przy szosie pewnie pełno tego leży, bo po jej drugiej stronie krowy pasą - powiedziałem, gdyż któregoś dnia przedtem z daleka je widziałem, a następnie, nie oddając inicjatywy, dodałem: - Chyba niedługo skończy się ta pogoda i będzie padać, bo to już późna noc, a tak jakoś parno. - Żeby nie te żniwa, to deszcz już byłby dawno potrzebny - odpowiedział wcale niegłupio mój gość, ale nie kwapił się oznajmić, w jakim celu o tej porze tu przybył, a ja z kolei nie śmiałem go o to wprost zapytać. W końcu wymyśliłem coś pośredniego: - Przy księżycu, nie było trudno panu mnie znaleźć? - zagadnąłem. - Palisz? - zaskakująco zareagował przybysz na moje pytanie i wyciągnął paczkę papierosów w moim kierunku. Pomyślałem, iż może to być manewr, by mnie chwycić za rękę, więc szybko cofnąłem się o krok, będąc w razie czego gotowy salwować się ucieczką, bo po widły najpierw musiałbym się schylać, a poza tym mężczyzna był w sile wieku i bynajmniej nie ułomek. - Nie, dziękuję, nie palę - odrzekłem i chciałem mu nawet powiedzieć, iż tu nie wolno palić, żeby się szybciej zniechęcił i sobie poszedł, ale nie wiem, dlaczego nie powiedziałem. Może zabrakło mi trochę odwagi. Przybysz sam zapalił papierosa, a ja skorzystałem z jego nieuwagi w czasie przypalania i odszedłem następnych kilka kroków od niego. Teraz wydawało mi się, że przyszedł do mnie z jakąś propozycją. Może chciał coś wziąć z kombajnu, jakieś części lub narzędzia, próbując się ze mną dogadać. Bo przecież można było stąd coś wynieść, skoro mnie tu przysłano do pilnowania. Mężczyzna postał jeszcze kilka minut, bacznie mnie obserwując, lecz gdy spacerowałem sobie po ściernisku, nic sobie z niego nie robiąc, powiedział jeszcze kilka mało interesujących słów, a na koniec coś mruknął i poszedł do domu. Jego wizyta do rana nie dawała mi spokoju i leżąc w słomie, co chwila nasłuchiwałem, czy przypadkiem nie wraca. Długo zastanawiałem się, czy powiedzieć coś o nim kierownikowi, ale jako że więcej nie przyszedł, dałem temu spokój. Zresztą przypomniałem sobie, iż widywałem go niekiedy przedtem chodzącego jakby bez celu po pegeerze lub wałęsającego się po okolicy. Po kilku następnych dniach praktyka się skończyła. Gdy we wrześniu pojechałem ze szkoły do PGR-u, aby odebrać zarobione przez nas w czasie praktyki pieniądze, kierownik powitał mnie serdecznym uśmiechem i wręczył mi nie tylko pieniądze, ale również pismo pochwalne za naszą dobrą pracę. W piśmie tym prosił, aby dyrektor odczytał je na apelu szkolnym, gdyż byliśmy - jak napisał - naprawdę wspaniali i dobrze pracowaliśmy. Ponieważ w najbliższym czasie nie była przewidziana żadna zbiórka, więc dyrektorka technikum rolniczego zwołała specjalnie apel pierwszej, drugiej i naszej trzeciej już klasy (czwarta była jeszcze na praktyce), którego głównym punktem było odczytanie tej pochwały. * W 1950 roku moja siostra Frania wróciła na stałe z Warszawy, lecz nie zamieszkała wraz z ojcem i macochą, tylko wynajęła sobie pokój w Kętrzynie i podjęła pracę w jednej z restauracji w tym mieście. Jej zamieszkanie w Kętrzynie było teraz dla mnie dużym udogodnieniem, gdyż prócz rodziny w Kwidzie mogłem jeszcze ją odwiedzać, tym bardziej że do niej było o wiele bliżej niż do domu. Od Frani otrzymywałem także dużą pomoc w postaci różnych drobiazgów, jakie mi często kupowała, lub niewielkich sum pieniężnych, które mi czasem wręczała. Teraz też ona najczęściej prała moje koszule lub prasowała sfatygowane spodnie albo marynarkę, gdy ją odwiedzałem. Byłem zadowolony ze szkoły, bowiem podobała mi się ona, jak i rodzaj technikum, do którego uczęszczałem. Uczyłem się nieźle i na koniec drugiego roku szkolnego otrzymałem dobre świadectwo. Polcia, która przyjechała do szkoły z Hołowczyc (miejscowości położonej zaledwie trzy kilometry od Serpelic) i która ze względu na piękny charakter pisma wypisywała nam świadectwa na koniec drugiego roku szkolnego, powiedziała nawet, że otrzymałem bardzo dobre świadectwo, choć była to promocja z czterema trójkami, jedenastoma czwórkami i trzema piątkami. Trzeba jednak powiedzieć, że nie rozpieszczano nas w szkole nazbyt dobrymi stopniami i chyba rzadko stawiano nam je na wyrost dla pokrzepienia lub podciągnięcia ucznia. Jednakże kilka koleżanek oraz kolegów otrzymało lepsze świadectwa od mojego. Ponieważ miałem dobre warunku do nauki i uczenie się nieźle mi szło, postanowiłem, że po ukończeniu technikum będę ubiegał się o przyjęcie mnie na studia w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie, na tym samym kierunku. Zarówno ojciec, jak i Frania popierali mnie w tym zamiarze i obiecali niezbędną pomoc. Był jednak pewien szkopuł, który coraz bardziej mnie gnębił, a po ukończeniu drugiej klasy urósł do dużego problemu i nie wiedziałem, jak sobie z nim poradzić. Sprawą tą były nie najlepsze relacje koleżeńskie z kilkoma chłopcami z klasy. Omawiając dokładniej tę sprawę, muszę wszak dzisiaj powiedzieć, iż relacje te może nawet nie były tak złe, jak mi się wtedy wydawało, i na pewno wielu uczniów mieszkających w internatach przeżywa czasami dużo trudniejsze chwile z kolegami i jakoś sobie radzą i mniej się przejmują. Niemniej moje kontakty koleżeńskie w szkole nie były najlepsze i nie wiedziałem, co zrobić, żeby je poprawić. Wprawdzie uczniowie stanowili bardzo zróżnicowaną grupę młodzieży, pochodzącej ze wszystkich stron Polski i spoza jej granic oraz z różnych środowisk społecznych, i potrzebne tu były trochę większe umiejętności harmonijnego i zgodnego życia z kolegami, ale troszcząc się o to, z czasem można było się tego nauczyć. Ja chyba tę możliwość niewiele jednak dostrzegałem, bo miast uczyć się owej sztuki, aby moje relacje układały się pomyślnie ze wszystkimi kolegami, począłem szukać wyjścia w różnego rodzaju ucieczkach od nich. Widocznym tego przykładem było unikanie trudniejszego charakterem ucznia na praktyce poprzez pójście na stróżowanie. Nie przypominam sobie dokładnie mojego ówczesnego życia z kolegami w szkole, ale na wypadek, gdyby kogoś to zainteresowało, postaram się je - na ile jeszcze pamiętam - opisać. W naszej klasie było początkowo trzynastu, a potem czternastu chłopców, wśród których miałem kilku bardzo dobrych kolegów i nigdy z nimi nie miałem kłopotów. Z jednym uczniem nieraz mocno posprzeczałem się, ale zwykle szybko godziliśmy się i nie mieliśmy do siebie pretensji, a nawet bardzo często ze sobą przebywaliśmy i rozmawialiśmy. Z niektórymi uczniami, zwłaszcza z tymi, którzy mieszkali w innych pokojach, mniej się kolegowałem, toteż nie miałem z nimi również problemów, w dodatku byli to spokojni i niekonfliktowi koledzy. Jednakże z kilkoma chłopcami miewałem kłopoty, niekiedy dość uciążliwe, choć właściwie to tylko jeden z nich najwięcej dawał mi się we znaki. Ci drudzy tylko mu wtórowali, być może chcąc w ten sposób przypodobać mu się i odwrócić od siebie jego uwagę, co zresztą nie zawsze im się udawało, gdyż od czasu do czasu potrafił on dobrać się również i do nich. Jeden z tych chłopców nie żył w najlepszej zgodzie nie tylko ze mną, ale i z wieloma kolegami w klasie, i często przeżywał nieciekawe chwile w kontaktach z nimi. Nie należy jednak przywiązywać większej wagi do tego podziału, ponieważ ja naszkicowałem go tylko z mojego punktu widzenia i tak na co dzień to nie było między nami żadnego podziału, a wręcz przeciwnie, wszyscy uczniowie stanowili zgraną całość i ogromną większość czasu spędzaliśmy ze sobą w przykładnej zgodzie. Jeśli chodzi o utrapienia, których czasami koledzy mi przysparzali, to zwykle największą udrękę przeżywałem wówczas, gdy kładliśmy się spać i przed zaśnięciem rozpoczynała się jakaś rozmowa. Na początku była to przeważnie rzeczowa i ciekawa dyskusja, lecz w miarę zmęczenia i nadchodzącego sennego znużenia rozmowa obniżała swój poziom: słowa, zdania i wypowiedzi stawały się banalne, a dyskusja robiła się coraz mniej ciekawa. Prawiono wtedy dowcipy albo nawzajem droczono się i przekomarzano. Często w takich momentach uwaga niektórych kolegów kierowała się na mnie i w różny sposób mi dokuczano. Moje wołania w rodzaju: "zejdźcie ze mnie, bo mi duszno" i podobne riposty na ich zaczepki zwykle nie skutkowały i długo nie dawano mi spokoju. Ja nie umiałem skutecznie odciąć się, żeby ostudzić zapędy kolegów, a może bałem się coś bardziej zdecydowanego powiedzieć w obawie, że się rozzłoszczą i jeszcze więcej będą mnie trapić, co zresztą nieraz faktycznie się zdarzało. Takie chwile były dla mnie bardzo męczące i nie wiedziałem, co zrobić, by sobie z tym poradzić, zwłaszcza że byłem młodszy od nękających mnie kolegów. Najczęściej towarzystwo dokuczało wtedy, kiedy było rozbawione i wesołe, jak dobrze coś poszło. Natomiast, gdy następnego dnia miała być lekcja z profesorem, którego wszyscy się bali, albo trudna klasówka lub pytania z niełatwego przedmiotu, wówczas najwięcej dyskutowano na ten temat, który ja, zauważywszy jego zaletę, nierzadko im sam podsuwałem. Wtedy już mogłem usypiać spokojnie, bo brakowało nastroju do dowcipów i o mnie zapominano. * Mocno przejmowałem się tym, co niektórzy koledzy czasami do mnie mówili oraz ich niewłaściwym wobec mnie zachowaniem i szukałem jakiegoś sposobu, aby pomniejszyć to przykre uczucie. Bardzo więc chętnie czytałem, co wielce poprawiało mój nastrój, i wolałem zająć się dobrą i ciekawą książką, niż spędzać czas z kolegami na próżnych żartach, przekomarzaniach się i sporach. Będąc raz w Kętrzynie w księgarni, zobaczyłem książkę pod tytułem: "Kosmos", jakiegoś radzieckiego autora, którego nazwiska już nie pamiętam. Niejednokrotnie czytałem przedtem na ten temat różne artykuły w prasie i książka ta bardzo mnie zainteresowała. Była ona teraz szczególnie na czasie, przeto ją kupiłem i przystąpiłem do jej czytania. Okazała się niezwykle ciekawa i tak mnie pochłonęła, że prawie zapomniałem o moich kłopotach z kolegami i przez nią widziałem rzeczywistość, otaczający mnie świat i kolegów w o wiele ciekawszych barwach i wymiarach. Książkę tę czytałem, a właściwie studiowałem, przez wiele miesięcy, chyba przez cały sezon jesienno-zimowy 1953/54 roku, i często wracałem do niej później po jej przeczytaniu. Kosmos mnie zafascynował. Był bezgranicznie wielki i niezmiernie ciekawy. Zadziwiały mnie jego ogromne przestrzenie i niewyobrażalne ilości materii oraz energii. Studiując tę książkę, często przerywałem czytanie, zastanawiałem się nad nią, marzyłem i rozmyślałem. Dowiadując się, iż kosmos jest taki wielki, pomyślałem sobie, że jeśli uda się nam go kiedyś pozyskać dla nas, dla naszej przyszłości i naszego rozwoju, to chyba go nam nigdy nie zabraknie, tak jak na skutek różnych, nie zawsze chwalebnych przyczyn stało się to z naszą Ziemią, która pod wieloma względami okazała się jakby trochę "za mała". Innym razem nasuwały mi się refleksje, że kosmos nas stworzył i niejako oddał się nam do naszej dyspozycji, abyśmy w nim mądrze i ciekawie żyli i roztaczali wielkie perspektywy na przyszłość. Przynajmniej dał nam na to szanse oraz możliwości i rzecz tylko w tym, żebyśmy z nich skorzystali i ich nie zaprzepaścili. Szczególnie fascynujące wydawały mi się galaktyki. Ponad sto miliardów gwiazd w większości takich jak nasze Słońce, które ma prawie 1,4 miliona kilometrów średnicy, lub o wiele mniejszych gwiazd albo wielkich olbrzymów, mających miliard i więcej kilometrów średnicy, oraz nieznane ilości planet, księżyców i różnych innych ciał niebieskich - to tylko niektóre obiekty i liczby obrazujące naszą galaktykę "Drogę Mleczną" rozciągającą się na przestrzeni stu tysięcy lat świetlnych. Inne galaktyki są dużo mniejsze, ale są i większe, jak na przykład nasza sąsiadka Wielka Mgławica Andromedy. Galaktyk tych są miliardy na przestrzeni miliardów lat świetlnych dotychczas poznanego wszechświata. Już sam widok i kształty galaktyk, szczególnie spiralnych, są fascynujące. Po dziś dzień mogę godzinami obserwować zdjęcia, a zwłaszcza podświetlane klisze sfotografowanych galaktyk, jakie na przykład oglądałem w British Museum, i patrzeć na nie z największą zadumą, podziwem, a nawet lękiem, bowiem ich widok przyprawia mnie niemal o dreszcze. Ileż w nich materii, energii, różnych chemicznych i fizycznych reakcji i zjawisk oraz biologicznych i innych tajemnic. Jakież pole do badań, dociekań, fantazji i marzeń. Wielce intrygowało mnie zagadnienie istnienia życia, a szczególnie istot inteligentnych na innych planetach oraz perspektywy podróży międzygwiezdnych i podróży w minione czasy na Ziemi. Prócz naszej galaktyki bardzo interesowała mnie Wielka Mgławica Andromedy. Sto dwadzieścia tysięcy lat świetlnych średnicy i masa ponad dwukrotnie większa od galaktyki, którą my zamieszkujemy. Znajduje się ona w odległości ponad dwóch milionów lat świetlnych i przy dobrych warunkach jest trochę widoczna nocą na niebie. Czytałem tę książkę z największym zainteresowaniem i podziwem. Jakżeż ten kosmos jest ogromny w porównaniu z wielkościami i ze wszystkim tym, z czym się dotychczas spotykałem, i jakże Laluś i inni koledzy byli mali w porównaniu z nim. Byli oni tylko drobnym pyłkiem w kosmosie, do których trudno nawet było mieć jakieś pretensje. Zachwycałem się olśniewającym wszechświatem. Jest on niezwykły, a jego wspaniałość, piękno i blask rozjaśniały moją szarą codzienność i pozwalały mi żyć szczęśliwiej, godniej i ciekawiej. Życie moje zacząłem postrzegać jako wielce niezwykłe i zachwycające zjawisko kosmiczne i przez to stawało się ono piękniejsze i bardziej interesujące. Myśli moje często błądziły po wielkich galaktykach i olbrzymich przestrzeniach międzygwiezdnych naszego wszechświata, odrywając mnie od moich zmartwień. Byłem dumny z wiedzy, którą posiadłem. Przy tej lekturze odnalazłem siebie. Poczułem się pewniej i odważniej i mogłem spoglądać na moich kolegów bardziej "z góry", jakby z rozprzestrzeniającego się nad nami kosmosu, do którego w poszukiwaniu szczęścia, spokoju, własnej godności i bezpieczeństwa niejako wywędrowałem. Warto tu jeszcze wspomnieć, iż wszechświat tak bardzo wówczas mnie zainteresował i zaimponował mi, że wzorując się na czytanej lekturze, zaadresowałem raz widokówkę do mojej starszej siostry w następujący sposób: Szanowna Pani Wasiuk Czesława Wieś Serpelice Poczta Konstantynów Województwo warszawskie Polska Europa Ziemia Nasz Układ Słoneczny Nasza Galaktyka "Droga Mleczna" Nasza Gromada Galaktyk Nasza Metagalaktyka Nasz Wszechświat Chociaż czytanie tej książki w dużej mierze uatrakcyjniło i uprzyjemniło moje życie, uczyniło je ciekawszym i bardziej interesującym, to jednak w kontaktach z kolegami niewiele mi to pomogło, a nawet w tym czasie jeszcze bardziej odszedłem od nich i powiększył się dystans między nami. Czytanie choćby najpiękniejszych książek nie powinno wszak odbywać się kosztem dużych wyrzeczeń i zaniedbań w życiu z kolegami. Zwłaszcza kolegami takimi, którym niewiele można zarzucić, wśród których nie ma nałogów, bijatyk lub innych podobnych występków, a mającym dużo ciekawych zainteresowań i poglądów. Czytając moją książkę i rozmyślając nad nią, często jednak zapominałem o moich kolegach i wielokrotnie rezygnowałem ze wspólnego spędzania z nimi czasu - ze wspólnych zabaw, trosk i problemów. Było to niewłaściwe, bo w kontaktach z kolegami miałem trudności, które koniecznie należało przezwyciężyć, i szybciej mogłem tego dokonać, częściej wśród nich przebywając. Bardzo dobre, pożyteczne i ciekawe jest czytanie książek o wszechświecie, ale miast tej "ucieczki w kosmos" powinienem był bardziej zwrócić oczy i uwagę na ziemię i na moich kolegów. Trzeba było więcej się nimi interesować i podjąć w tym czasie jakże użyteczny trud uczenia się lepszego, korzystniejszego i bardziej przyjemnego przebywania z nimi. Było to sprawą niezwykle istotną i koniecznie należało się nią zająć. * Z końcem czerwca 1954 roku nasz naczelny dyrektor, Edward Dubowik, został przeniesiony do innej szkoły. Bardzo żałowałem jego odejścia, ponieważ znaliśmy się już trochę, w trudnych sytuacjach mogłem liczyć na pomoc i jego obecność dodawała mi pewności siebie. Może dlatego zabrakło mi nieco tej pewności jesienią tego samego roku, kiedy to w połowie października, gdy byłem już w trzeciej klasie, wyjechałem wraz z uczniami kilku techników naszej szkoły na jeden dzień do oddalonego o kilkanaście kilometrów pegeeru na wykopki buraków, które, ze względu na niezwykle deszczową jesień, bardzo się opóźniały. Dzień ten dobrze pamiętam, jednakże nie tylko z tego powodu, iż wtedy również często padał deszcz i co chwilę uciekaliśmy z pola do pobliskiej stodoły, ale przede wszystkim dlatego, że w ten dzień powziąłem pewne postanowienie, które w niedługim czasie zakończyło moje kłopoty z kolegami. Oczywiście, nie nastąpiło to w wyniku jakiejś skargi, bo skarżyć nie miałem w zwyczaju. Wszelkich zakusów w tym względzie oduczył nas ojciec, gdy któryś z braci próbował skarżyć na drugiego. Poza tym, wiadomo, że skargami nikt jeszcze niczego wielkiego nie zwojował, a wracając do owego dnia, w którym byliśmy na wykopkach, nawet nie było komu, albo raczej nie było jak się poskarżyć. W czasie tych wykopków, kiedy to często przerywaliśmy pracę i chowaliśmy się do stodoły, jedna z takich przerw trwała o wiele dłużej od pozostałych. Rozsiedliśmy się wówczas wszyscy, gdzie kto mógł, jedni na słomie, drudzy na sianie, i w oczekiwaniu na poprawę pogody bardzo przyjemnie ze sobą rozmawialiśmy. Jednak spokojna, koleżeńska pogawędka nie trwała długo, gdyż Laluś wraz z innymi chłopcami z naszej klasy wszczęli swoją odwieczną dyskusję ze mną. Tego dnia byli oni szczególnie krzykliwi i napastliwi. W dodatku w tę polemikę wmieszał się jeszcze profesor, opiekujący się całą naszą grupą na wykopkach, ze swoim trochę żartobliwym stylem rozmowy. Profesorowi w czasie tej wymiany zdań nie odpowiadałem, a pozostałym uczestnikom dysputy mocno się odcinałem, bo przekonałem się od dawna, że milczenie niczego tu nie rozwiązuje, chociaż i tak większość tego, co do mnie mówili, puszczałem mimo uszu. Było to już pod koniec toczącej się zwady, kiedy profesor, miast jakoś wyciszyć ten spór, wypowiedział najbardziej pamiętne mi zdanie w całej tej dyskusji: - Po ukończeniu technikum my go chyba wyślemy jako agronoma do Kwidy - po których to słowach wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem i krzykiem, bo wszyscy podobnie jak ja wiedzieli, co chłopi mówią o agronomach, których im się do spółdzielni nasyła, a zwłaszcza co powiedzieliby takiemu, który wywodzi się z ich wsi. Chociaż to, co profesor powiedział, nie było bardzo groźne - bo zamierzałem przecież uczyć się dalej po ukończeniu technikum, a poza tym wszyscy wiedzieli, że to był tylko dobry żart - to jednak tym powiedzeniem zupełnie mnie załatwił. Niektórzy uczniowie powtarzali je jeszcze przez wiele dni po powrocie z wykopków do szkoły. O tym, jak postanowiłem rozwiązać moje kłopoty z kolegami, opiszę na dalszych stronach niniejszych wspomnień. * Mimo że moje relacje z kolegami w szkole, zwłaszcza w późniejszym okresie, układały się nieciekawie, muszę wyznać, że niewiele jednak zastanawiałem się nad przyczynami tego zjawiska. Sądziłem, iż postępuję właściwie i nie potrzebuję niczego u siebie zmieniać, a jeśli kilku kolegów zachowuje się wobec mnie w opisany sposób, to oznacza - uważałem - że jest to ich wina, że może mają taki charakter lub są źle wychowani albo nawet, iż są nieświadomi tego, że źle się zachowują. Czasami też tłumaczyłem sobie tę sytuację tym, że są oni bardziej rośli ode mnie, starsi, silniejsi, lub wyjaśniałem to innymi podobnymi przyczynami, co przecież tylko w jakiejś części mogło być zasadne. Szkoda, iż często wertując katalogi w bibliotece szkolnej, pewnie nie natknąłem się na jakiś tytuł dotyczący współżycia z ludźmi, lub też konfliktów interpersonalnych, gdyż tego rodzaju lektura prawdopodobnie by mnie zainteresowała. Sam jednak nie szukałem takich książek, chociaż podobne publikacje mogłyby na pewno mi pomóc w moich kłopotach, ale może nie wiedziałem, że istnieją książki na takie tematy. Tymczasem są takie pozycje, o czym przekonałem się później, i można w nich wyczytać wiele interesujących rzeczy Z lektury tej można między innymi dowiedzieć się, że zachowanie ludzi wobec nas jest niejako lustrem, odbiciem naszego postępowania względem nich. Każdemu naszemu działaniu towarzyszy podobne odwzajemnienie i tak: zniecierpliwienie z reguły wywołuje zniecierpliwienie, złość wywołuje złość, oskarżeniem odpowiadamy na oskarżenie, agresją na agresję, lekceważeniem na lekceważenie, ale też grzecznością reagujemy na grzeczność, pomocą na pomoc, uśmiechem na uśmiech. Tak więc nasz własny charakter i nasze zachowanie wielce decydują o stosunku ludzi do nas. Właściwie to już nie przypominam sobie dokładnie tego życia z kolegami w szkole, ale ze względu na to, że konflikty interpersonalne i ich przyczyny mają bardzo duże znaczenie w niniejszych wspomnieniach, pragnę tu trochę dłużej nad nimi się zatrzymać. Na podstawie tego, co jeszcze pamiętam i co obecnie o tym sądzę, a szczególnie kierując się tym, co na ten temat przeczytałem w różnych publikacjach, wymienię wiele możliwych powodów, które mogą wywołać konflikty podobne do tych, jakie ja przeżywałem. Przy okazji opiszę trochę szerszy wachlarz takich przyczyn, mogących być źródłem również innych konfliktów. Nieco dociekliwszy opis tych uzasadnień będzie potem bardzo użyteczny przy dochodzeniu racji pewnych zdarzeń, które opiszę w dalszej części moich wspomnień. Przechodząc do rozważań nad tymi przyczynami, być może - jak to już wspominałem - rzeczywiście za bardzo przejmowałem się tym, co moi koledzy do mnie mówili, i niepotrzebnie się tłumaczyłem, usprawiedliwiałem, co mogło ich zachęcić do droczenia się w ten sposób ze mną. Może wypowiedzi rówieśników trzeba było przyjmować bardziej na wesoło i samemu odpowiadać więcej z humorem. Być może za dużo mówiłem - kiedy było ewidentne, iż koledzy niewłaściwie się wobec mnie zachowują - miast powiedzieć im kilka słów zdecydowanych, aby zrozumieli, że mi dokuczają, a słowa poprzeć odpowiednią postawą i ewentualnie jeszcze zagrozić konsekwencjami. (Bo jeśli ktoś jest całkowicie pewny, że to nie on wobec kolegów, tylko koledzy względem niego bardzo źle się zachowują, to nie powinien na to pozwolić, tylko zwrócić im uwagę i ostrzec, żeby więcej tak nie postępowali. A jeśli nie odniesie to żadnego skutku, wtedy można np. pójść do wychowawcy klasy i przedstawić sprawę. Trzeba też wiedzieć, iż ciągłe niepokojenie kogoś, dręczenie i napastowanie jest występkiem i przestępstwem, które może być ścigane prawem, jak na przykład zdarza się to w wojsku za nękanie młodszych roczników przez starsze.) Istnieje wiele innych przyczyn podobnych sprzeczek i nieporozumień z kolegami. Może np. denerwowałem się w czasie rozmowy, co z kolei doprowadzało do zdenerwowania moich oponentów i dyskusja stawała się napastliwa, nieprzyjazna, choć można było przecież powstrzymać swoje nerwy. Może denerwując się, dawałem odpowiedzi zbyt emocjonalne, a nie racjonalne, a zatem nie były one właściwe, optymalne, co utrudniało dojście do szybkiego porozumienia i zakończenia sporu. A może w ogóle w wypowiedziach moich kierowałem się tym, co czułem, a nie tym, co wiedziałem - przez to znacznie mniej efektywnie. Wypowiedzi mogą być również mniej optymalne w chwilach przeżywania lęku, niepewności lub nieśmiałości. Trudno jest utrzymywać z kimś dobre kontakty towarzyskie, kto się ciągle za wszystko obraża, uraża, dąsa i gniewa. Często agresywność zachowania i odpowiedzi zaognia spór i przedłuża mało wtedy rzeczową, za to bardzo napastliwą dyskusję. Może ktoś mieć denerwujący sposób rozmowy, jeśli na przykład przerywa czyjeś wypowiedzi, nie pozwala nikomu dojść do słowa, nie potrafi kogoś wysłuchać, okazuje zniecierpliwienie lub ciągle się spiera, przeczy, z nikim się nie zgadza, nikomu nigdy nie przyzna racji, nikogo nie doceni, nie pochwali, sam tylko się popisuje, a innych ciągle krytykuje. Może to irytować innych rozmówców i skłaniać do szukania odwetu. Nie dojdzie z nikim do porozumienia człowiek, który jest uparty, trudny do przekonania, nie umiejący niczego przeboleć i pójść na ustępstwa. Można kogoś wyprowadzić z równowagi przez głupie, niedorzeczne, niepoważne, irytujące, beznadziejne lub ironiczne albo defetystyczne wypowiedzi. Łatwo jest kogoś zrazić kłamstwem, obmawianiem, pomawianiem itp. Wielkim błędem jest popełnienie w stosunku do kogoś oszustwa. Nieodżałowanym też krokiem jest posunięcie się do rękoczynu. Nigdy nie dojdzie się do porozumienia z kimś, kogo się lekceważy, uważa za głupszego, z kogo się szydzi, wyśmiewa lub w inny sposób uraża jego uczucia. Nie można dojść do ugody, jeśli ktoś w wypowiedziach swoich ma tylko siebie na względzie, nie bierze pod uwagę interesów oponentów, choć może nie jest trudne znalezienie rozwiązań i słów, które by zadowoliły wszystkie strony i doprowadziły do szybkiego i trwałego zakończenia sporu. Czasami nawet jedna ze stron może formułować wypowiedzi satysfakcjonujące stronę przeciwną, ale nie zadowalające siebie. Wtedy konflikt również nie może być uważany za zakończony na trwałe, gdyż ten, kto nie usatysfakcjonuje siebie w równym stopniu co przeciwnika, będzie starał się to uczynić przy najbliższej okazji, w następnym konflikcie, jaki wówczas może znowu niebawem wystąpić. Jednak dużo gorzej jest, gdy któraś ze stron albo żadna z nich nie zadowoli ani siebie, ani swego przeciwnika, kiedy to zamiast rozumnych racji dominują: egocentryzm i emocje. Byleby tylko oponentowi dokuczyć, ile się da i jak się da, chociaż mnie to w niczym nie urządza, a tym bardziej mojego przeciwnika. Jeszcze bardziej traci więź i pogłębia konflikty ze swymi rówieśnikami ten, kto prócz nieumiejętności rozmowy z nimi jest w dodatku niekoleżeński, złośliwy, zarozumiały albo nie dbający o wygląd zewnętrzny, o swoje zachowanie się, postawę, mowę. Także nie najlepiej wiedzie się z kolegami temu, kto nie zna względnie nie przestrzega podstawowych form grzeczności. Nieszczęśliwy jest również ten, kto cierpi na egocentryzm, egoizm lub agresywność, wywyższanie się, nienaturalność; kto ma zbyt wysokie aspiracje, niezrozumiałe poglądy, nierealne cele; usilnie realizuje potrzebę swego znaczenia i dominacji; chce być kimś niezwykłym, lepszym od innych - przeważnie w dążności do kompensacji za porażki we wczesnej młodości lub obecne niepowodzenia - a nie dba o swoje zwykłe, normalne potrzeby i cele życiowe, możliwe do zrealizowania. Niektórzy z kolei przejawiają nadmierną uległość, infantylność, lękliwość, brak pewności siebie, brak stanowczości i zdecydowania - cechy także nie aprobowane przez otoczenie. Brak chęci do podejmowania, zwłaszcza bardziej celowych wysiłków, bierność i inercja są też częstą przyczyną niepowodzeń we współżyciu z ludźmi, bowiem - aby utrzymać dobre kontakty towarzyskie - trzeba się o to starać i podejmować wiele różnych zabiegów i wysiłków. Jedną z bardzo ważnych przyczyn braku porozumienia z kolegami w szkole może być nieinteresowanie się i nieangażowanie w sprawy klasy, zachowanie postawy obojętnej lub negatywnej, co z kolei musi wywołać podobną postawę pozostałych uczniów w stosunku do tak postępujących. Może być jeszcze wiele innych przyczyn przysparzających nieporozumień i doprowadzających do konfliktów z kolegami. Na traktowanie ucznia mogą mieć także wpływ jego wyniki w nauce. Mogłem zatem starać się być bardzo dobrym uczniem w klasie. Chyba nic nie stało temu na przeszkodzie. Nie miałem wielkich problemów z żadnym przedmiotem i stać mnie było na to, żeby te kilka trójek zamienić na czwórki, a czwórki poprawić na piątki, ale nie przypominam sobie, abym kiedyś o tym pomyślał. Przyczyną niepowodzeń w kontaktach z ludźmi może być też nieinteresowanie się lub małe interesowanie się nimi. Wydaje się, że z powodu kilku nieszczęśliwych wydarzeń w mojej wczesnej młodości miałem trudniejszą sytuację w rywalizacji z rówieśnikami. Może właśnie na skutek tych dodatkowych trudności i odniesionych z tego powodu porażek i niepowodzeń z rywalami trochę "pogniewałem się" na nich i zacząłem bardziej interesować się światem i pięknem natury, a później także książkami. Nigdy jednak nie można zaprzestać interesować się ludźmi, gdyż ludzie są nam do życia i szczęścia niezmiernie potrzebni i nasze życie w pierwszym rzędzie zależy od nich. Powinienem był wówczas starać się w jakiś sposób zbliżyć do owych kilku kolegów w klasie i próbować bardziej harmonijnego i zgodnego życia z nimi. Oddalanie się od uciążliwych współuczniów, utrzymywanie jedynie formalnego kontaktu z nimi i niepodejmowanie skutecznych prób poprawy tych relacji musiało prowadzić do konfliktów z tymi chłopcami, a przez to do dużych utrapień w życiu. Wtedy jednak o tym wszystkim nie wiedziałem, nic też na ten temat nie czytałem i sam chyba niewiele się nad tym zastanawiałem. Z sytuacji, w jakiej się znalazłem, postanowiłem wydostać się ucieczką, czyli sposobem, w jaki już nieraz z podobnych kłopotów próbowałem się wydobyć. Z przeczytanej później lektury dowiedziałem się, iż różne ucieczki są częstym konceptem, a nawet wywodzącym się z lat dziecięcych nawykiem wychodzenia z trudnych sytuacji. Jest to jednak sposób złudny, nieefektywny, zwykle przysparzający jeszcze dużo dodatkowych utrapień, a problem - nie rozwiązany właściwie - wcześniej czy później znowu powraca i daje znać o sobie. * Mój zamysł ucieczki z trudnej sytuacji nie polegał jednak na rezygnacji z ukończenia technikum, bo i tak można byłoby to uczynić, tylko na postanowieniu przeniesienia się do innej szkoły rolniczej. Wśród wielu szkół, jakie wziąłem pod uwagę, wybór padł na Zespół Państwowych Techników Rolniczych w Chojnowie. O tym, że wybrałem tę szkołę, zadecydowało przede wszystkim to, że Chojnów znajduje się w odległości około dwudziestu pięciu kilometrów od Bolesławca, blisko którego, we wsi Otok, mieszkał ze swoją rodziną mój najstarszy brat, Kazik. Miałem więc tam kogoś z rodziny w pobliżu, do kogo w niedzielę lub inne święta mógłbym sobie od czasu do czasu pojechać. Chojnów jest też miastem atrakcyjnie położonym, niedaleko gór, które w czasie wycieczki do Sobieszowa i Szklarskiej Poręby nadzwyczaj mi się spodobały. Zresztą, z Chojnowa do Szklarskiej Poręby jest również niedaleko, a mnie piękno krajobrazów i egzotyka zawsze interesowały. Poza tym Chojnów leży, jak uczyliśmy się w szkole, w najcieplejszym regionie naszego kraju, co także przypadło mi do gustu. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się już nad takim przeniesieniem, ale teraz po opisanych wykopkach definitywnie się na nie zdecydowałem. Zaraz po powrocie z PGR-u napisałem podanie do szkoły w Chojnowie z prośbą o przyjęcie mnie do niej i z niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi. Jak takie przeniesienie miałem załatwić, dowiedziałem się od ucznia, który z początkiem tegoż roku szkolnego dołączył do naszej klasy, przybywając z innej szkoły. Również on, o ile to sobie dobrze przypominam, zmienił szkołę z powodu nieporozumień z kilkoma kolegami w klasie. Powiedział mi, że napisał tylko podanie do Karolewa o przyjęcie do trzeciej klasy technikum rolniczego, a gdy otrzymał zgodę, przyjechał tu, powiadamiając jedynie poprzednią szkołę o tej przeprowadzce. Chyba po tygodniu otrzymałem z Chojnowa odpowiedź następującej treści: "W odpowiedzi na pismo Obywatela, Dyrekcja Zespołu Państwowych Techników Rolniczych w Chojnowie wyraża zgodę na przyjęcie Obywatela do klasy III-ciej Technikum Rolniczego. O ile Obywatel ma zamiar zamieszkać w internacie, należy przywieźć ze sobą 262 zł za wyżywienie. Stypendia zostaną przydzielone uczniom wykazującym dobre postępy w nauce, pochodzenia chłopskiego, mało- i średniorolnego". Nic mi więcej nie było potrzeba. Należało tylko uzyskać jeszcze zgodę mojego ojca na zamianę szkoły, a to nie było takie proste, gdyż nie wiedziałem, czym moją decyzję ojcu wytłumaczyć. Ze względów ambicjonalnych nie chciałem tacie powiedzieć, że w Karolewie nie najlepiej układają się sprawy z kilkoma kolegami w klasie. Wymieniłem mu więc różne inne powody, pragnąc jednocześnie zapewnić, że w tym nowym miejscu wszystko już będzie dobrze. Ojciec jednak nie dał się całkowicie przekonać, co do celowości zmiany dotychczasowej szkoły, ale w końcu, rad nierad, zgodził się na ten wyjazd i obiecał przysyłać pieniądze na moje potrzeby oraz dał mi dość sporą sumę na drogę i na pierwsze wydatki. 27 października 1954 roku udałem się w tę podróż. Dyrekcji szkoły w Karolewie o mojej decyzji przeniesienia się do Technikum Rolniczego w Chojnowie nie powiadomiłem w obawie, iż zapytano by mnie o przyczynę tego postanowienia. Trudno byłoby mi wówczas znaleźć jakieś racjonalne uzasadnienie tej decyzji, gdybym nie chciał wyjawić zasadniczego powodu. Uważano tu przecież nasz zespół za najlepszą średnią szkołę rolniczą w kraju, w dodatku dla mnie położoną tak blisko domu. Musiałbym zatem wyznać prawdziwą przyczynę mego postanowienia, co mogłoby doprowadzić do konfrontacji i jakiegoś wymuszonego, chwilowego pogodzenia się z owymi kilkoma skłóconymi ze mną uczniami i w efekcie nakłonienia mnie do pozostania w Karolewie. Uważałem, że wtedy pogorszyłoby to tylko mój kontakt z tymi chłopcami, gdyż nie wierzyłem już w rzeczywiste pogodzenie się z nimi, a do ukończenia szkoły pozostawało jeszcze prawie dwa lata nauki. Żeby to przeniesienie nie spełzło więc na niczym, postanowiłem bez uprzednich rozmów z dyrekcją dotychczasowego technikum wyjechać do Chojnowa i o fakcie przeniesienia się powiadomić ją dopiero będąc już w tamtej szkole. |