2. POLA, LASY, JEZIORO I RADOŚĆDo Kwidy przyjechaliśmy około godziny piątej po południu. Przelotny majowy deszcz przestał padać, ale niebo było w dalszym ciągu zachmurzone. We wsi stały jeszcze dwa częściowo lub całkowicie wolne domy. Jako że była już późna pora, musieliśmy się śpieszyć z wyborem któregoś z nich. W jednym mieszkały już dwie rodziny, a pozostałe w nim trzecie mieszkanie było duże i dość nowoczesne, ale uszkodzone i wymagało remontu. Drugi dom był starszego typu niewielkim bliźniakiem, w którym nikt nie mieszkał. Wymagał on również zamurowania kilku wyrw i mniejszych dziur, lecz można było to uczynić we własnym zakresie. Ze względu na to, że był to mały bliźniak, należało go połączyć i zamieszkać w całości. Zdecydowaliśmy się właśnie na ten drugi dom, stojący przy drodze w środku wsi, trochę dalej od sąsiadów, ale za to bardzo blisko lasu i z pięknym ogródkiem przed domem. Przyszłość znakomicie potwierdziła trafność tej decyzji. Nim się ściemniło, zdążyliśmy z grubsza wysprzątać znajdujące się w nim pomieszczenia i przenieść się do wewnątrz. Obok stały dwie niewielkie obory, w których umieściliśmy nasz żywy dobytek. Rano w dalszym ciągu pracowaliśmy przy naszej przeprowadzce, jednakże ja znalazłem trochę czasu, aby pobiec i obejrzeć wieś oraz najbliższe okolice. Przechadzając się po Kwidzie, zauważyłem, iż stanowi ją piętnaście murowanych z czerwonej cegły i krytych brązową dachówką domów wraz z zabudowaniami gospodarskimi. Prócz tego był jeszcze jeden duży dom za rzeką oraz pałac, ale oba prawie całkowicie w gruzach. Cała wieś leżała po lewej stronie szosy wiodącej z Kętrzyna do Giżycka i rozpoczynała się od sąsiedztwa łąk, rozciągających się po prawej stronie asfaltowej drogi. Przeciwległy kraniec wsi przylegał do pól uprawnych, które pół kilometra dalej po lewej stronie i na wprost graniczyły z lasem, a po prawej z jeziorem o długości około dwóch kilometrów. Z jeziora wypływała niewielka rzeczka, która następnie płynęła przez pola, okalała z prawej strony wieś, przepływała przez łąki za szosą i wpływała do większej rzeki, nazywanej Gubrem. Po lewej i prawej stronie wsi rósł świerkowy las. Przez wieś, począwszy od asfaltowej szosy, biegła brukowana droga, która potem wiodła przez pola i kryła się w lesie, gdzie dwa kilometry dalej kończyła się... w byłej kwaterze wojennej Hitlera. O tej kwaterze słyszałem dużo ciekawych rzeczy od gospodarza, na którego wozie jechałem do Kwidy z Kętrzyna. Wspomniał on również o jeziorze, mówiąc, że jeden z pozostałych tu Mazurów, pan Kosicki, mieszkający po drugiej stronie jeziora, widział, jak hitlerowcy przed opuszczeniem kwatery wywozili coś z niej samochodami i zatapiali w tym jeziorze. Po obejściu wsi pobiegłem więc tam w nadziei, że być może znajdę jakieś skarby albo przynajmniej coś zobaczę w wodzie. Ale w miejscu, gdzie droga do kwatery przebiegała przy samym jeziorze, ujrzałem tylko dwie wielkie bomby, może trzymetrowej długości, jakich jeszcze nigdy przedtem nie widziałem. Leżały w wodzie, tuż przy samym brzegu. Niestety, podobnych rzeczy było w okolicy jeszcze bardzo dużo. Będąc poprzedniego dnia w lesie, niedaleko naszego domu, zauważyłem duże składowisko amunicji przeciwlotniczej, jakiej mnóstwo leżało także porozrzucanej po całym lesie, w postaci pełnych naboi lub łusek po wystrzelonych pociskach. W czasie przechadzki po wsi dowiedziałem się, że prócz nas jeszcze trzy inne rodziny przyjechały tu z Serpelic, a pozostali osadnicy Kwidy pochodzą również z naszych stron - z sąsiednich wsi. Wszyscy, którzy przyjechali tu przed nami, osiedlili się już wiosną lub jesienią poprzedniego roku. Po uporaniu się z przeprowadzką rodzina zajęła się przebieraniem kartofli, aby wybrać te najodpowiedniejsze do zasadzenia, jako że była na to najwyższa już pora. Gdy wróciłem do domu, ojciec upomniał mnie, że wałęsam się, tracąc czas i zagonił mnie tak samo do tej roboty. Przypominam sobie też, iż tego dnia mierniczy wymierzał posesję naszego sąsiada i że w niedługim czasie miał przyjść i wyznaczyć ją dla nas. Następne dni upływały już spokojniej i powoli przyzwyczajaliśmy się do nowej sytuacji. W chwili przeniesienia się do Kwidy chodziłem do klasy czwartej. Niestety, w najbliższej szkole podstawowej, która znajdowała się w oddalonych o dwa kilometry Pożarkach, były tylko trzy klasy, a czwarta miała rozpoczynać się dopiero na drugi rok. Na tej zasadzie każdego następnego roku miała powstawać następna, wyższa klasa, aż do siódmej, kończącej wtedy naukę w szkole podstawowej. Żeby nie chodzić do szkoły w Czernikach, gdzie były już wszystkie klasy, ale dokąd było sześć kilometrów, ojciec zadecydował, iż lepiej będzie, jeśli jeden rok stracę i od nowego roku szkolnego będę chodził od początku do klasy czwartej w Pożarkach i tam tę szkołę ukończę. To samo dotyczyło również Reginy. Janka do trzeciej klasy poszła zaraz po przyjeździe, a Zbyszek dopiero rozpoczynał naukę w szkole podstawowej od września tegoż roku. Niestety, do kościoła chodziliśmy lub jeździliśmy aż siedem kilometrów do Kętrzyna, co jednak ludziom niewiele przeszkadzało, aby w niedziele i święta do niego się udać. Regina była o rok ode mnie starsza, a Janka o rok młodsza. Wspólne, rodzinne życie naszej trójki braci z nimi układało się różnie. Nie wiem, czy my, czy one były bardziej kłótliwe, ale często dochodziło między nami do sprzeczek i niesnasek. Były jednak, jak na swój wiek, pracowite i nie brakowało im też dobrego humoru. Nasza macocha nie była przysłowiową macochą. Miała charakter spokojny i łagodny i była dla nas dobra. Wyśmienicie gotowała, a także, przy pomocy nas wszystkich, utrzymywała dom w należytym porządku i czystości. We wsi miałem tylko jednego kolegę w moim wieku, Zygmunta Waśkiewicza, z którym spędzałem dużo czasu. Miał on o trzy lata starszego brata, Genka, z którym również trochę się kolegowałem. Było jeszcze dwóch chłopców w wieku Genka, ale oni wszyscy trzej przyjaźnili się już bardziej z moim starszym bratem, Stachem. Regina i Janka pod tym względem też nie były uprzywilejowane, bo miały tylko dwie koleżanki, za to Zbyszek bawił się z wieloma chłopakami w jego wieku, bowiem osiedleńcy byli przeważnie młodymi jeszcze ludźmi. * W kilka dni po przyjeździe ojciec poszedł do Kętrzyna na jarmark i kupił konia. Był białej maści, niezbyt wielki, ale jak tata zapewniał, był mocny i wytrzymały. Koń był bardzo potrzebny, gdyż prace wiosenne w polu były już dawno w pełni. Ojciec mówił, że niezbędny jest jeszcze drugi koń, bo ziemia tu ciężka, przeważnie gliniasta, ale na razie musiał się obyć jednym, ponieważ na następnego nie było pieniędzy. Często jednak myślał i mówił o tym drugim koniu, lecz jakoś nie mógł niczego wymyślić, aby go kupić. Ja, mając teraz dużo wolnego czasu, lubiłem łazikować po okolicy. Przechodząc przez las, ciągle patrzyłem na porozrzucane po lesie naboje i coraz bardziej opanowywała mnie chęć na wydobywanie z nich prochu, ale przez dłuższy czas powstrzymywałem się, nie chcąc z tym znowu zaczynać. Jednakże przyniosłem raz kilka pełnych naboi na nasze podwórko i uderzając szyjką każdego z nich o krawędź kamienia, jąłem wybijać pociski i z mosiężnych łusek wydobywać znajdujący się w nich proch. Odbijając je, trzeba było uważać, aby nie uderzyć czubkiem, gdyż tam był wmontowany zapalnik, który mógł spowodować wybuch pocisku. Tak byłem tym pochłonięty, że nawet nie zauważyłem, jak nadszedł ojciec i przyłapał mnie na tym zajęciu. Najpierw mnie pouczał, potem zdenerwował się i krzyczał, a w końcu zapytał, czy tam, skąd przyniosłem te naboje, są również puste, wystrzelone już łuski. Odpowiedziałem, że pustych łusek jest w tym lesie nawet więcej niż pełnych naboi i że znajduje się ich tam bardzo dużo. Ojciec spojrzał na mosiężne gilzy leżące na trawie, wziął kilka do ręki, począł im się dokładnie przyglądać i dojrzał w nich... drugiego konia. Po krótkiej dyskusji nad tym pomysłem pozbieraliśmy wybite z naboi pociski, zakopaliśmy je głęboko w ziemi, wzięliśmy worek i poszliśmy do lasu szukać pustych łusek. Może po godzinie nazbieraliśmy ich pełny worek. Następnego dnia ojciec, jadąc do Kętrzyna, zawiózł je do punktu skupu złomu i sprzedał jako mosiądz. Na złomowisku było już pełno takich mosiężnych łusek i trzeba było pośpieszyć się z ich zbieraniem, aby inni nas w tym nie wyprzedzili. Za sprzedany złom tata otrzymał sporo pieniędzy i pomyślał nawet, że gdyby tak dobrze wyzbierać wszystkie mosiężne gilzy w lesie, to można byłoby kupić nie tylko drugiego konia, ale i zapłacić za wóz, którego wykonanie właśnie zlecił u stelmacha w Czernikach. A zamówiony wóz miał być duży i masywny, dlatego że w pole, a także na łąkę, nim się dojechało do szosy, trzeba było jeździć po bardzo nierównym bruku. Tak więc we wszystkie wolne chwile ojciec, Stach i ja, a niekiedy tylko ja sam, chodziliśmy po lesie i zbieraliśmy te łuski, które czasem nazywaliśmy patronami. Pełnych naboi ojciec kategorycznie zabronił nam podnosić i wybijać z nich pociski, bo było to bardzo niebezpieczne. Nie wszystkie jednak łuski były mosiężne. Część ich, na szczęście mniejsza, była z żelaza. Przechodząc raz w miejscu, gdzie wcześniej było duże składowisko pełnych naboi, ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że już ich nie ma. Nie wiadomo, czy wywieźli je saperzy, czy zostały sprzątnięte przez naszych konkurentów. Byliśmy jednak zdania, że uczyniło to wojsko, ponieważ zabrano również naboje żelazne, których zbieranie na złom było mało opłacalne. Gdy w lesie było już coraz trudniej znajdować mosiężne łuski, zaprzestaliśmy ich dalszego zbierania. Nie wiem, ile mogła ważyć gilza długości dwudziestu lub trzydziestu centymetrów i czy nazbieraliśmy ich tonę, czy dwie, lecz sprzedaliśmy ich bardzo dużo. Czy wystarczyło to na kupno konia i zapłacenie za wykonanie wozu, tego już sobie dzisiaj też nie przypominam, ale pamiętam, że ojciec kupił latem drugiego konia, a jesienią jeździliśmy najlepszym we wsi wozem. * Przy okazji zbierania tych łusek muszę jednak powiedzieć, że w tym czasie nie interesowały mnie już tak bardzo różne niewypały jak w pierwszych latach po wojnie, bo zdążyłem się już na nie napatrzyć i zaspokoić swoją ciekawość. Poza tym byłem też trochę starszy i chyba także mądrzejszy. O dwóch wielkich bombach, leżących na brzegu jeziora, prawie zupełnie zapomniałem. Trzeba tu wszelako zaznaczyć, że gdyby nawet ktoś chciał z nimi coś pokombinować, to pewnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ponieważ były bardzo duże, a w dodatku miały na sobie jakby betonową powłokę. Wysadzili je później saperzy, powodując wielki wybuch oraz pogłębiając i poszerzając o kilka metrów jezioro w miejscu, w którym leżały. Było jeszcze w okolicy wiele innych bomb i niewypałów, ale również nie zwracałem na nie większej uwagi. Jednakże miałem jedno zdarzenie z bombą. Dwa kilometry od nas, za łąkami i torami kolejowymi, znajdowało się lotnisko, które zostało wybudowane dla potrzeb kwatery Hitlera. Po wojnie lotnisko to zajęło polskie wojsko i często widywałem z daleka, jak startują i lądują na nim różne wojskowe samoloty, przeważnie ćwiczebne dwupłatowce, zwane kukuruźnikami. Bardzo chciałem zobaczyć te samoloty z bliska, ale nie mogłem tam podejść, bo na brukowanej drodze, tuż przed samym lotniskiem, była rogatka, przy której stali żołnierze, a po drodze także często jeździło wojsko i nie pozwoliłoby mi podejść nawet do rogatki. Postanowiłem więc zbliżyć się do lotniska, schodząc z drogi i idąc zaroślami równolegle do niej. W ten sposób udało mi się dojść prawie do samego aerodromu i zobaczyć samoloty z niewielkiej odległości. Nim doszedłem do lotniska, napotkałem w pobliżu przepływającej tam rzeczki wielką bombę, blisko półtorametrowej długości, a wokół niej dużo pełnych przeciwlotniczych naboi, pustych łusek i pocisków od nich oraz porozsypywanego prochu. Spostrzegłem, że wykręcony został z bomby zapalnik. Pomyślałem, że pewnie uczyniło to wojsko, aby ktoś w niego nie uderzył i nie spowodował wybuchu, choć mógł go także wykręcić jakiś amator dla zabawy lub kolekcjoner tego rodzaju mechanizmów i urządzeń. Przez okrągły otwór, skąd został wykręcony ów detonator, dostrzegłem trotyl, którym wypełniona była cała bomba. O tym znalezisku powiadomiłem mojego kolegę Zygmunta i na drugi dzień udaliśmy się tam razem. Do otworu, z którego był wykręcony zapalnik, nasypaliśmy prochu wydobytego z leżących obok naboi. Następnie wysypaliśmy kilkumetrową wąską ścieżkę z prochu w kierunku tego otworu, co miało zastąpić lont. Na końcu tej strużki proch podpaliliśmy i chociaż sądziliśmy, że bomba bez detonatora nie eksploduje, na wszelki wypadek odbiegliśmy kilkanaście kroków i położyliśmy się na ziemi. Ledwie zdążyliśmy paść, powietrzem targnął ogromny wybuch, a nad nami z dużym świstem przeleciały odłamki i wielkie bryły ziemi. Trochę nas przysypało, ale zerwaliśmy się szybko i uciekliśmy, żeby nie zobaczyli nas żołnierze. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że w domu kolejarza pracującego i mieszkającego na przejeździe kolejowym, w odległości może stu pięćdziesięciu metrów, wyleciały wszystkie szyby z okien, a detonację było głośno słychać w Kętrzynie. Gdy przybyliśmy na miejsce eksplozji po kilku dniach, zobaczyliśmy wielki lej w ziemi, głębokości może dwóch metrów, a w odległości kilkudziesięciu kroków znaleźliśmy leżące odłamki, niektóre po około dziesięć kilogramów wagi. Długo nie przyznawaliśmy się nikomu, że byliśmy sprawcami tego wybuchu, a powstały dół, który ktoś kiedyś próbował zasypać, był tam jeszcze przez wiele lat i widoczny jest pewnie do dzisiaj. Nie wszystko jednak kończyło się szczęśliwie. Genek, starszy brat Zygmunta, został mocno poraniony w czasie eksplozji pocisku, który wybijał z przeciwlotniczego naboju. Czynił to dla zdobycia prochu. Być może uderzył czubkiem pocisku albo też jego zapalnik był wadliwy, za bardzo czuły, i spowodował wybuch pod wpływem wstrząsu. Widziałem go leżącego i jęczącego na wozie, jak jego ojciec wiózł go do szpitala. Głowę, ręce i nogi miał pokaleczone, a ubranie podziurawione i całe we krwi. W szpitalu leżał ponad miesiąc. Wydobyto z niego kilkanaście odłamków, a podobno kilka w nim jeszcze pozostało. Od tego czasu ani jednego niewypału nie wziąłem do ręki i zauważyłem, że inni chłopcy też ich unikają. * W dwa miesiące po osiedleniu się w Kwidzie, w końcu czerwca lub na początku lipca, wziąłem się do budowy przy domu szopy z desek, których pełno leżało w lesie i za stodołami stojącymi w pobliżu asfaltowej szosy. Szopa ta miała mi służyć do majsterkowania i trzymania narzędzi oraz różnych rzeczy, na które nigdzie nie mogłem znaleźć odpowiedniego miejsca. Gdy byłem zajęty kleceniem owej budowli, podszedł do mnie nieznajomy młody mężczyzna. Patrząc na moją pracę, począł mnie podziwiać i co chwilę chwalić, że bardzo zdolny ze mnie chłopak, po czym wyjawił, że taki chłopiec jak ja byłby mu potrzebny w Kętrzynie do pilnowania krów w zagrodzie. Powiedział następnie, że jeśli zechcę, to może zabrać mnie od razu, o ile tylko moi rodzice się zgodzą. Chociaż to pilnowanie krów w zagrodzie niezbyt mi zaimponowało, to jednak myśl, że mógłbym zamieszkać w Kętrzynie, bardzo mnie zainteresowała. Już nieraz marzyłem o tym, żeby kiedyś zamieszkać w mieście, a teraz miałem ku temu wielką okazję. Pobiegłem więc szybko w pole i przywołałem ojca. Tata początkowo nie bardzo godził się na przedstawioną propozycję mówiąc, że jestem na to jeszcze za młody, ale w końcu na moją prośbę i jako że pieniądze były bardzo potrzebne, przystał na mój wyjazd do Kętrzyna. Uzgodniono, że pojadę tylko na dwa miesiące, czyli do końca wakacji. Po niedługiej rozmowie wsiadłem do konnego wozu pana Józefa - bo tak miał na imię mój przyszły gospodarz - i po pożegnaniu z ojcem ruszyliśmy w drogę do miasta. Kiedy dojeżdżaliśmy do Kętrzyna, byłem bardzo ciekawy, gdzie pan Józef mieszka, a rad byłbym najbardziej, gdyby mieszkał w śródmieściu. Jakoż okazało się, że posesja jest położona w pięknym i ciekawym miejscu, niedaleko śródmieścia, aczkolwiek ulica nazywa się Polna. Przy drodze stał piętrowy domek, a za nim rozciągał się sad i ogródek. W domu z miłym uśmiechem powitała mnie gospodyni wraz z dwuletnią córeczką, po czym pokazała mój pokój, mieszczący się na piętrze, na którym nikt więcej nie mieszkał. Po obiedzie pan Józef zaprowadził mnie do zagrody, po prawej stronie ulicy Gdańskiej, w której krów pilnowała starsza kobieta, pani Zofia. Bardzo ucieszyła się, że wyręczę ją w tym zajęciu, użalając się, iż ma już zbyt słabe nogi i ciężko jej uganiać się za krowami. Rozejrzałem się po polu, na którym pasło się siedem krów, i zauważyłem, że pastwisko to trudno było nazwać zagrodą, chociaż miało ogrodzenie z kolczastego drutu. Druty te bowiem były porozrywane, a podtrzymujące je słupki w wielu miejscach leżały powalone na ziemi. Gospodarz, dostrzegłszy moje baczne przyglądanie się ogrodzeniu, zaczął mnie szybko pocieszać, że za tym pastwiskiem, a następnie kawałkiem uprawnego pola, znajduje się druga zagroda, ciągnąca się po tej samej stronie szosy, gdzie ogrodzenie jest dobre i krowy przez nie nie przejdą. Tam już będę tylko czytał książkę lub się zabawiał, a jedynie od czasu do czasu spoglądał, czy mimo wszystko któremuś bydlęciu nie udało się przedrzeć przez płot i pójść na pole sąsiada. Powiedział mi, że będę pasł krowy na zmianę na obu pastwiskach i już za kilka dni, kiedy trawa w tamtej zagrodzie odrośnie, będę mógł je tam pogonić. Następnie gospodarz oznajmił, że tylko dwie krowy są jego, jedna należy do pani Zofii, a pozostałe cztery wziął na wypas od swoich znajomych z ulicy Polnej i ulic sąsiednich. Gdy pan Józef poszedł do domu, zająłem się pilnowaniem krów, a pani Zofia zrywaniem kminku, który - twierdziła - jest najlepszym lekarstwem na dobre trawienie i na wszelkie dolegliwości żołądkowe. Wieczorem razem przygoniliśmy nasze podopieczne do domu, kiedy to dowiedziałem się, gdzie mieszkają ich właściciele i która krowa do kogo należy. Pani Zofia jeszcze przez kilka dni towarzyszyła mi w gonieniu i wypasie krów, a czasami przychodziła także później, aby popatrzeć, jak pasie się jej Krasula, nie zapominając o zerwaniu nowej porcji kminku, który tak ceniła. Rano wyganiałem krowy na pastwisko o godzinie szóstej i przyganiałem do domu o dziesiątej lub jedenastej na południową przerwę. Wypędzałem je z powrotem na pole około godziny drugiej albo trzeciej i przyganiałem o siódmej lub wcześniej, zależnie od pogody i długości dnia, które potem stawały się coraz krótsze. Przerwę obiadową początkowo spędzałem w sadzie, gdzie delektowałem się porzeczkami, agrestem, smacznymi wiśniami i innymi owocami lub, jak na prawdziwego mieszczucha przystało, chodziłem po mieście i zaglądałem kolejno do wszystkich sklepów. Później poznałem wielu chłopaków z ulicy Polnej oraz ulic pobliskich i dużo czasu spędzałem z nimi. Byli to chyba najlepsi koledzy, jakich kiedykolwiek poznałem, którzy wraz z rodzinami przyjechali tu z terenów Białorusi, Ukrainy i Wileńszczyzny po ich zajęciu przez ZSRR. Gdy tylko miałem wolny czas, zawsze bawiłem się z nimi. Jeździliśmy na rowerach bez łańcucha i napędu, w których ramy były dla dorosłych, a koła od wózków dziecięcych. Jeden taki rower złożyłem również ja z części podarowanych mi przez moich kolegów. Jeździłem na nim przeważnie z góry albo po równej drodze, odpychając się wtedy jedną nogą od ziemi. Z kolegami bawiłem się w chowanego w ruinach zniszczonych domów, których w Kętrzynie było jeszcze bardzo dużo, bo wiele całych ulic leżało powalonych w gruzach. Bawiliśmy się też w różne inne gry i zabawy. Paliliśmy ogniska i w piasku pod nimi piekliśmy kartofle lub w garnkach na ogniu gotowaliśmy jakieś strawy, chociaż w domu nie brakowało nam jedzenia. Z kolegami poszedłem jednego wieczoru po raz pierwszy do kina i byłem z nimi w bardzo pięknym i ciekawym cyrku, jaki na kilka dni zawitał do Kętrzyna. W niedziele razem chodziliśmy do kościoła, gdzie często spotykałem się z kimś z domu, niekiedy z całą rodziną. Przy pierwszym spotkaniu to już rodzinka odprowadziła mnie na ulicę Polną, aby zobaczyć, gdzie mieszkam. Stacha raz zaprosiłem do domu. Bardzo smakowały mu bliny, jakimi gospodyni nas poczęstowała, i spędził prawie całe popołudnie ze mną na pastwisku. Ojciec też był kiedyś u mnie na polu i czasami odwiedzał mnie w domu. Poznałem również koleżankę, Jolę Kuriatę, w moim wieku, która niezmiernie współczuła mi z powodu mojej monotonnej samotności na polu i, kiedy pasłem krowy w pierwszej zagrodzie, często mnie odwiedzała. Przychodziła wtedy z talią kart i żeby szybciej mi czas upływał, grała ze mną w wojnę lub inne gry przez godzinę albo dwie, po czym biegła szybko do domu, gdyż mama nie pozwalała jej na dłuższe wychodzenie. Chociaż przychodziła dla mojego dobra, to pamiętam, jak czasami narzekała, iż oszukuję ją w grze. Nie przypominam sobie, na czym miało to polegać i czy rzeczywiście stosowałem jakieś triki, czy też mówiła to tylko po to, aby coś do mnie mówić i nie grać w milczeniu. Kiedy pilnowałem krów w dalszej zagrodzie, gdzie ogrodzenie faktycznie było dobre, chodziłem do chłopca, który pasł krowy po drugiej stronie szosy. Był autochtonem i nazywał się Dieter Słomka. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem i jako że mieliśmy dobrą widoczność jednocześnie na oba pola, niemal zawsze przebywaliśmy razem. Gdy była piękna pogoda, kąpaliśmy się i łowiliśmy siatką ryby w rzece płynącej na skraju jego pastwiska. Rzeką tą był Guber - ten sam, który płynął za łąką w Kwidzie, a potem przepływał przez teren cukrowni w Kętrzynie i teraz biegł tu przez pole, płynąc gdzieś w kierunku Biedaszek. Jeśli padał deszcz, kryliśmy się w wielkiej żelaznej beczce leżącej u góry przy szosie. Graliśmy w niej w karty albo opowiadaliśmy coś sobie w oczekiwaniu na lepszą pogodę lub porę gonienia krów do domu. Kiedy raz tak leżeliśmy w tej beczce, przybiegł do nas jakiś mężczyzna, który przejeżdżał konnym wozem szosą, i zaczął do nas wołać, żebyśmy z niej wyleźli, bo gdyby tak ktoś tę beczkę popchnął, to byśmy razem z nią z góry się potoczyli, wpadli do Gubra i potopili. - Zresztą - mówił nieznajomy - beczkę może popchnąć wiatr albo może potoczyć się sama. Wygramoliliśmy się więc z niej i podparliśmy ją kamieniami, o jakie to zabezpieczenie w przyszłości i tak nigdy nie dbaliśmy. W pierwszą niedzielę września przyjechał po mnie ojciec. Chociaż gospodyni prosiła, żebym jeszcze pozostał, bo przecież czwartą klasę miałem zaliczoną do kwietnia w poprzedniej szkole, to jednak ojciec nie zgodził się i zabrał mnie do domu. Ten wyjazd do Kętrzyna wyszedł mi poniekąd i na złe. Gospodyni bowiem naopowiadała ojcu, że bardzo dobrze pilnowałem krów, przez co tata uznał mnie prawie za specjalistę w tym fachu i kazał mi paść również nasze krowy w Kwidzie. Jesienią czyniłem to po powrocie ze szkoły, gdy była jakaś pilna robota w polu i Stach musiał pomagać w pracy. To kowbojskie zajęcie jeszcze bardziej przypadło mi w udziale od wakacji następnego roku, ale zmieniał mnie przy nim Stach, czasami Regina lub Janka, a później także Zbyszek. * Nie pamiętam, po ilu dniach czy tygodniach po naszym przyjeździe do Kwidy przyszedł do nas mierniczy, ale wiem, że wymierzanie przydomowych posesji oraz pól i łąk trwało dość długo, chyba do samej jesieni. Do tego czasu każdy orał pole i kosił łąkę tam, gdzie mu było wygodniej lub gdzie miał na to ochotę, chociaż w niektórych przypadkach chłopi czynili między sobą uzgodnienia. Po wymierzeniu pól i podzieleniu ich na parcele odbyło się losowanie. Ojciec wylosował najlepsze pole, przy samym lesie i jeziorze, na które najwięcej było chętnych. Parcela ta oprócz dobrej ziemi miała jeszcze dużo innych zalet. Była stosunkowo blisko położona, bo wiele pól znajdowało się daleko za łąką i torami kolejowymi, i miała dobry dojazd po brukowanej drodze. Dużą zaletą było też to, że między polem a jeziorem pozostawiono dość szeroki pas nieużytków, które można było sobie ogrodzić i wykorzystać jako zagrodę, szczególnie dla koni. Do nieużytków tych inni nie mieli dostępu, ponieważ musieliby przechodzić przez nasze pole. Zagroda, którą potem zrobiliśmy, była bardzo dobra dla zwierząt, gdyż rosła tam bujna trawa oraz koniczyna i woda była na miejscu. My, natomiast, mieliśmy wspaniałą atrakcję, jaką było jezioro - dobre miejsce do wypoczynku i możliwość łowienia ryb. Kto wylosował lepsze pole, temu przydzielono - tym razem już bez losowania - gorszy kawałek łąki. Całą łąkę za szosą podzielono na równej powierzchni prostokąty, a że wszędzie była ona tej samej jakości, przeto za gorsze odcinki uznano te, które były dalej położone. Nam przypadł ostatni jej pas, a ponieważ za nim był jeszcze resztkowy kawałek łąki, który pozostawiono jako nieużytki, więc ojciec kosił również i ten kawałek, i znowu okazało się, że skorzystaliśmy także najlepiej, otrzymując tę ostatnią łąkę. Mając dobre pole, łąkę i przydomową działkę, nieźle nam się powodziło. Był duży pożytek z gospodarstwa, a czas spędzany przy pracy, chociaż często w wielkim trudzie, upływał przyjemnie i szczęśliwie. * Od samego początku zamieszkania w Kwidzie niezmiernie intrygowała mnie kwatera Hitlera. Ponieważ mówili o niej dużo również i mieszkańcy wsi, więc niedługo po przyjeździe udało się nam ojca namówić, by z Reginą, Stachem i ze mną poszedł ją zobaczyć. Wychodząc byłem bardzo ciekawy, co tam ujrzymy i czy coś znajdziemy, gdyż nasi sąsiedzi opowiadali, że przynieśli z niej dużo różnych rzeczy. Kilka dni przedtem był u nas strażnik, który nadzorował kwaterę. Miał wolny dzień i przyjechał z Kętrzyna do tutejszego jeziora z wędką na ryby. Prosił, aby mógł pozostawić u nas rower, który sprawiałby mu nad jeziorem wiele kłopotu, gdyby chodził z nim wśród przybrzeżnych zarośli. W nawiązanej rozmowie powiedział nam dużo ciekawych rzeczy na temat kwatery. Wspomniał, że Hitler wraz ze swoim sztabem przebywał w niej od 1941 do końca 1944 roku. Siedziba ta była od nas niedaleko, około dwa kilometry drogą przez las. Idąc zauważyliśmy, że w mieszanym lesie, szczególnie po lewej stronie, na bagnistym terenie, rosną niezmiernie wysokie świerki, a ziemia po obu stronach drogi jest mocno zryta przez dziki. Niedaleko kwatery zobaczyliśmy zasieki z kolczastego drutu i ostrzegawcze napisy: "Uwaga miny!" Jak się później okazało, wokoło kwatery - w lasach i na okolicznych polach - było jeszcze ponad pięćdziesiąt tysięcy min. Pułapki te z ważniejszych przejść i głównych szlaków komunikacyjnych zostały już usunięte przez radzieckich żołnierzy, którzy pierwsi wkroczyli do siedziby po opuszczeniu jej i wysadzeniu bunkrów dynamitem przez Niemców. To prawdopodobnie wybuchy pozostałych tu jeszcze min budziły nas czasami w nocy, kiedy, być może, wchodziły na nie dziki. Przed samą kwaterą doszliśmy do stojącej przy drodze, lecz uniesionej wysoko do góry rogatki. Gdy minęliśmy ją, kilkadziesiąt metrów dalej napotkaliśmy niewielki tunel w ziemi, który, zbliżając się do drogi, po obu jej stronach wychodził na powierzchnię. Na dole tego tunelu były zamocowane rolki, po których mógł się przesuwać pas, transportując skrzynki i inne rzeczy, albo skrzynie same mogły przesuwać się bezpośrednio na obracających się rolkach. Niedaleko za tunelem droga rozchodziła się w trzech kierunkach. Wiedzieliśmy już, że w lewo prowadzi przez las w kierunku znajdującego się po tej stronie jeziora w Gierłoży i nie ma przy niej nic szczególnego. Zarówno droga na wprost, jak i na prawo prowadziła między całkowicie lub częściowo zburzonymi masywnymi budynkami, blokami i bunkrami. Łatwiejsza do przebycia i bardziej ciekawa była droga na prawo. Poszliśmy więc w tym kierunku. Była to szosa o nawierzchni betonowej, na której leżało pełno różnej wielkości kawałków gruzu z wysadzonych bunkrów. W oddali, po obu jej stronach, upiornie sterczały porozsadzane budowle, a niekiedy ich olbrzymie elementy były poodrzucane na kilka lub kilkanaście metrów. W niektórych bunkrach grubość żelbetonowych ścian, a w szczególności górnych stropów łącznie ze znajdującą się na nich betonową poduszką przeciwbombową dochodziła do dziesięciu metrów. Spod kilku rumowisk wydobywał się żółto-szarawy dym. Wszystko to sprawiało ponure, a jednocześnie bardzo niezwykłe wrażenie. Jednakże tylko nieliczne budynki były zupełnie powalone. Wszystkie masywne bunkry, przynajmniej częściowo, ostały się. Wiele z nich stało z popękanymi na wylot murami odsłaniającymi grube pourywane pręty żelazne, które je wzmacniały. Większość budowli miała wypchniętą tylko jedną ścianę, co pozwoliło gazom powstałym wewnątrz, w wyniku eksplozji ładunku wybuchowego, ujść na zewnątrz, pozostawiając inne elementy na swoim miejscu, czasem nawet niewiele naruszone. Dużo bunkrów miało podziemne kondygnacje, zatopione wodą, i nikt nie wiedział, ile poziomów w ziemi jeszcze jest i co się w nich znajduje. U góry, nad betonową drogą, którą szliśmy, jak i nad innymi drogami i przejściami była rozciągnięta druciana siatka z poprzyczepianymi do niej skrawkami zielonego plastiku imitującymi liście drzew. Maskowała ona widoczność szosy z góry. Podobnie przykryte taką siatką były wszystkie obiekty kwatery i wiele jej znajdowało się jeszcze na dachach większości budowli. Duże, porozrywane fragmenty tej siatki znad szosy i innych obiektów walały się po całym terenie i pod nogami na drodze. Idąc tak, doszliśmy do szerokiej asfaltowej szosy i torów kolejowych, po przekroczeniu których napotkaliśmy podobne widoki. Do kilku lepiej ocalałych bloków weszliśmy do środka. Mimo że okna i drzwi wyleciały z nich w czasie eksplozji, a ściany były popękane na wylot, do niektórych miejsc woda deszczowa nie dochodziła i było w nich sucho. W takich miejscach wśród gruzów, tynku oraz połamanych półek, regałów i mebli zaczęliśmy grzebać i szukać bliżej nie znanych nam rzeczy. Będąc w którymś bloku, nie orientowaliśmy się, czy znajdujemy się w bunkrze Hitlera, Bormana lub Keitla, czy też podrzędnej służby, lecz jak się później okazało, w bunkrze fuehrera bywaliśmy dość często. W sumie znaleźliśmy tego dnia sporo książek, kilka mniej lub więcej uszkodzonych obrazów i widoczków, parę dobrych krzeseł, jedną niezłą szafę i wiele różnych drobiazgów. Większość książek, w szczególności wydanych mniej okazale, pozostawiliśmy na miejscu. Zabraliśmy wszystkie krzesła i kilka mniej uszkodzonych obrazów, w tym jeden niewielki szkic ołówkiem w ramce za szkłem i wiele innych rzeczy. Po szafę zdecydowaliśmy się przyjść z naszym wózkiem następnego dnia. Na drugi dzień szafę rzeczywiście przywieźliśmy i przynieśliśmy jeszcze kilka krzeseł. Później przytargaliśmy dużo najróżniejszych rzeczy, które można było w domowym gospodarstwie albo do innych celów wykorzystać. Przez kilka lat odwiedzaliśmy siedzibę, chociaż najczęściej chodziłem tylko ja sam. Byłem w każdym bunkrze i pomieszczeniu, a w niektórych, gdzie można było pogrzebać w gruzach i od czasu do czasu coś znaleźć, bywałem wiele razy. Krzeseł więcej nie brałem, bo mieliśmy ich już dosyć. W dalszym ciągu znajdowałem i przynosiłem rozmaite obrazy lub widoczki malowane na kartonach oraz dużo różnych rzeczy nadających się do domowego użytku. Jeden budynek zainteresował mnie najbardziej, bowiem znajdowałem w nim części rowerowe. Było to duże pomieszczenie - zapewne warsztat naprawy rowerów. W owym czasie rowery były bardziej niż dzisiaj popularnymi i cenionymi pojazdami, a w kwaterze mogły mieć szczególną użyteczność i zalety. Były ciche, nie zanieczyszczały powietrza i terenu oraz świetnie nadawały się do jazdy na kilkukilometrowych dystansach i po drogach, które w większości nie były zbyt szerokie. Z powodzeniem więc mogły służyć na przykład żołnierzom albo strażnikom. W środku wspomnianego budynku było pełno gruzu. Chodziłem tam i grzebałem w ruinach chyba z kilkadziesiąt razy i zawsze coś znajdowałem. Z części, które stamtąd przyniosłem, może z wyjątkiem pogiętych ram i obręczy kół, mógłbym złożyć kilka rowerów. Dużo ich jednak odstępowałem kolegom lub starszym ludziom, chociaż i tak najpierw jeden, a po roku drugi rower zmontowałem dla siebie. Brakujące części otrzymywałem w zamian albo znajdowałem gdzie indziej lub dokupowałem na jarmarku czy w sklepie rowerowym w Kętrzynie. Bardzo lubiłem grzebać w gruzach tego budynku oraz w wielu innych barakach i bunkrach, w których zawsze coś znajdowałem i miałem nadzieję, iż może za chwilę znajdę coś jeszcze ciekawszego. Niewielu ludzi spotykałem wtedy na terenie kwatery. Czasami widywałem kogoś w dni wolne od pracy, ale siedziba obejmowała wielki obszar i dużo osób mogło przebywać w niej jednocześnie, wcale się nie spotykając. Ponadto z początku byli tam strażnicy, których ja jednak również nie widywałem. Często zaś słyszałem opowiadania o SS-manach, którzy mieli w dalszym ciągu mieszkać w kwaterze. Mówiono na przykład, iż zimą na śniegu widuje się ślady świadczące, że ktoś wychodzi z niektórych bunkrów i wchodzi do nich z powrotem, kryjąc się w podziemiach, do jakich prowadzą sekretne dojścia. Chociaż bardzo często przebywałem w kwaterze także zimą, nic takiego nie zauważyłem i wątpię, aby mógł ktoś jeszcze mieszkać i żyć w tej opuszczonej i wysadzonej twierdzy. Z czasem przestałem odwiedzać siedzibę, gdyż gruzy i ruiny zaczęła pokrywać coraz grubsza warstwa kurzu, piasku i ziemi, na której jęła wyrastać trawa, krzewy i drzewa. Jeśli chodzi o otaczające to miejsce miny, to rozminowanie przyległych pól i lasów trwało do 1955 roku, przy dochodzącej do naszej wsi kanonadzie czasami do stu wybuchów dziennie. * Bardzo cieszyliśmy się z naszego osiedlenia się w Kwidzie. Posiadaliśmy dobre pole i łąkę, z których uzyskiwaliśmy dużo różnych płodów rolnych i w miarę wystarczającą ilość pieniędzy na osobiste, domowe i gospodarskie wydatki. Mieliśmy niedaleko do powiatowego miasta oraz dobry do niego dojazd asfaltową szosą. Dla mnie był to na pewno jeden z najszczęśliwszych okresów w życiu i wiele pięknych wspomnień zachowałem z tych lat. Jednak dla dokładniejszego opisu tych czasów muszę również napisać o naszych problemach, kłopotach, zmartwieniach i obawach, jakie wtedy przeżywaliśmy, a szczególnie dorośli ludzie. Były to bowiem czasy, w których sytuacja międzynarodowa znacznie się pogorszyła i była bardzo napięta. Ludzie we wsi często mówili o nowej, jeszcze straszniejszej od poprzedniej wojnie, w czasie której na szeroką skalę będzie użyta broń atomowa. Martwiliśmy się też, że Polska może znowu utracić ziemie zachodnie oraz północne i że z powrotem przyjdą tu Niemcy i nas wypędzą, a my będziemy musieli pójść, nie wiadomo teraz dokąd. Ojciec początkowo sądził, że w tym robotniczo-chłopskim ustroju będzie chłopom dobrze się powodziło i dziarsko się zabrał do pracy, ale to dorabianie się było pełne rozmaitych przeszkód i szło bardzo powoli. Najgorsze, że trzeba było ciągle płacić różne wysokie podatki, które dodatkowo gospodarstwo osłabiały. Taka sytuacja coraz bardziej ojca denerwowała i wkrótce stał się on wielkim przeciwnikiem tego ustroju, a także zaprowadzonego przez niego porządku, i zaczął wypatrywać wszelkich znaków na niebie i ziemi, kiedy to wszystko się skończy. Począł, jak na owe czasy, zbyt swobodnie wypowiadać się na temat tego ustroju, przez co został zadenuncjowany i wezwany do Urzędu d/s (do spraw) Bezpieczeństwa Publicznego w Kętrzynie, gdzie przez kilka godzin przetrzymywano go, uświadamiano, straszono i grożono. Ojciec był pewny, że wsypał go właśnie urzędnik, który jednego dnia przybył z gminy z upomnieniem za niepłacenie podatku, a któremu tata zbyt ostro użalał się i mówił, co myśli na temat tego ustroju, gminy i podatku. We wsi coraz częściej ludzie mówili o różnych podchodach i zmuszaniu chłopów do przystąpienia do popularnie u nas zwanego kołchozu, a urzędowo nazywanego spółdzielnią produkcyjną. Jedną z takich metod przymuszania do tej formy gospodarowania było nakładanie wysokich podatków. O tych kołchozach ludzie opowiadali straszne rzeczy, gdyż wiele słyszeli o nich od przesiedleńców, którzy po wojnie przybyli do Polski z ZSRR. My, młodzież, mało się jeszcze tym wszystkim przejmowaliśmy, w dodatku mówiono nam w szkole, że owe spółdzielnie produkcyjne to najlepszy, najekonomiczniejszy i najwyższy poziom gospodarowania na wsi, a nowej wojny światowej, niczym jakiejś niegroźnej atrakcji, też tak bardzo nie obawialiśmy się. Żyliśmy niezmiennie naszym beztroskim i ciekawym życiem, najbardziej zauważając to, co zajmuje i cieszy. * Zimą w Kwidzie osłoniętej lasami było nader zacisznie, a jako że mieszkańców było niewielu, więc było również bardzo spokojnie. Dla mnie niekiedy bywało aż za spokojnie i czas się trochę dłużył. We wsi miałem tylko jednego kolegę, Zygmunta, chociaż, prócz naszego Stacha, było jeszcze trzech chłopców o kilka lat starszych ode mnie, ale z nimi niewiele przebywałem, podobnie jak z chłopcami o parę lat młodszymi, których we wsi było już dużo. Najczęściej przeto czas zimą spędzałem z braćmi oraz z Reginą i Janką. Mieliśmy różne zajęcia w domu lub w ładną pogodę wychodziliśmy na sanki albo bawiliśmy się w śnieżki, czy też wspólnie lepiliśmy bałwana. Zimą, może nawet więcej niż latem, majsterkowałem z braćmi w szopie, czasem na podwórku lub w domu. Kiedy nie szedłem do szkoły, co pewien czas wychodziłem z ojcem do lasu, gdzie wyszukiwaliśmy uschnięte świerki na opał do pieca. Drzewa te piłą ścinaliśmy, potem rżnęliśmy na kawałki i na sankach przywoziliśmy do domu. Bardzo lubiłem chodzić zimą do lasu, patrzeć na ośnieżone drzewa i obserwować ślady zwierząt na śniegu. Potrafiłem rozpoznać tropy chyba wszystkich zwierząt, jakie przez nasz las przechodziły. Czasami odwiedzałem kwaterę Hitlera lub szedłem na zamarznięte jezioro i łowiłem ryby w przeręblach. Gdy nie było na lodzie śniegu, jeździłem na łyżwach, teraz już fabrycznych, kupionych na targu w Kętrzynie. Na nartach nie jeździłem, bo w pobliżu nie było odpowiedniej góry, a ta, z której zjeżdżaliśmy na sankach, była za mała do jazdy na nartach. Wieczorami przeważnie odrabiałem lekcje lub czytałem książki. W jasne księżycowe wieczory zjeżdżałem w towarzystwie tutejszej młodzieży z góry na sankach albo chodziliśmy i biegaliśmy po skrzypiącym śniegu. Niekiedy wychodziłem do Zygmunta i czas spędzałem u niego w mieszkaniu na pogawędce, graniu w karty lub słuchaniu radia zasilanego prądem z akumulatora, który co kilka tygodni Zygmunt oddawał do naładowania w Kętrzynie. Najprzyjemniej spędzanym czasem zimą był okres Bożego Narodzenia. W Kwidzie nie mieliśmy żadnego problemu ze znalezieniem choinki, bo lasy wokoło były przeważnie świerkowe, toteż każdego roku piękna choinka stała w każdym domu. Aby bardziej uatrakcyjnić święta, a jednocześnie urozmaicić zimową nudę, pomyślałem sobie, że moglibyśmy chodzić jako kolędnicy po wsi. Wprawdzie kolędnicy chodzą tylko przez kilka dni, ale przecież bardzo ciekawy jest okres przygotowywań do tych występów, który rozpoczyna się już na wiele tygodni przed świętami. W tym czasie trzeba zbudować szopkę, żłóbek czy gwiazdę, sporządzić odpowiednie stroje, nauczyć się ról i kolęd, przeprowadzić próby i dokonać wielu innych czynności. W pierwsze święta po przyjeździe do Kwidy chciałem chodzić z szopką. Zbudowałem już ją, wykonałem większość kukiełek i nauczyłem się na pamięć ich ról, które miałem wypowiadać, siedząc za szopką w czasie przedstawienia, jednocześnie poruszając sporządzonymi lalkami. Jednakże starsi koledzy, którym może spodobał się mój pomysł, postanowili chodzić ze żłóbkiem i jako że było potrzeba do tego sześciu chłopców, jęli także namawiać mnie. Ponieważ oni mogli chodzić ewentualnie w piątkę, a ja sam chodzić z szopką nie mogłem, zatem przyłączyłem się do nich. W tak powstałej grupie, przygotowującej się do chodzenia ze żłóbkiem, był także mój starszy brat Stach oraz Zygmunt z Genkiem i dwóch pozostałych starszych chłopców ze wsi: Edek Artysiewicz i Stach Gałecki. Powierzono mi rolę anioła. Zrobiłem więc wielkie skrzydła z kartonu i okleiłem je srebrnym papierem. Na siebie włożyłem białą komżę. Inni chłopcy też poubierali się odpowiednio do swoich ról, których już dokładnie sobie nie przypominam. Pamiętam jedynie, że byli tam trzej pastuszkowie. Ze żłóbkiem chodziliśmy tylko przez dwa kolejne święta, gdyż na trzeci rok kilku starszych chłopców uważało się już za zbyt dorosłych i poważnych kawalerów, którzy raczej powinni chodzić z pannami niż ze żłóbkiem, i nie chciało uczestniczyć w dalszych występach. Wtedy ja wykonałem gwiazdę i z moim młodszym bratem Zbyszkiem oraz z Zygmuntem chodziliśmy z gwiazdą. Zarówno ze żłóbkiem, jak i z gwiazdą przyjmowano nas wszędzie bardzo chętnie, a szczególnie we wsi Nakomiady, gdzie zapraszano niezwykle serdecznie i gościnnie prawie do każdego domu. Na szczęście była to duża wieś i starczało nam jej na kilka wieczorów. Czasami zatrzymywano nas przed domami, w których byliśmy poprzedniego dnia, i proszono o powtórzenie występu. W wielu mieszkaniach, zwłaszcza gdzie odbywały się wesela albo inne przyjęcia, częstowano nas czekoladą lub cukierkami, ciastem i ciastkami albo kanapką z szynką czy kawałkiem apetycznie upieczonego kurczaka. W wypadkach, gdy uważaliśmy, że wypłacono nam aż nazbyt wysokie honorarium pieniężne, uznawaliśmy za stosowne powtórzyć przynajmniej część przedstawienia, co zawsze było przyjmowane z wielkim zadowoleniem. Bywało też, że do niektórych domów nas nie zapraszano, wówczas na drugi rok do nich nie zachodziliśmy. Z gwiazdą chodziliśmy również przez dwa lata, po czym tradycja kolędników w naszej wsi zanikła, jako że młodsi chłopcy nie podjęli już tego zwyczaju. * Ponieważ nasze pole rozciągało się pod lasem, przeto czasami przychodziły na nie dziki i robiły szkody, zwłaszcza w kartoflach. Jednego roku, kiedy ziemniaki rosły przy samym lesie, dziki pojawiały się w nich prawie każdej nocy, aż ojciec zbudował na wzgórzu, w pobliżu zagonu kartofli, drewnianą szopę i jął w niej sypiać i odstraszać szkodniki. Szopa była niewielka, w kształcie namiotu, pokryta papą i miała podłogę, na której leżało siano. W szczycie, od strony kartofli, były solidne drzwi, a nad nimi małe okienko do obserwowania pola. Bardzo mnie zaintrygowało to spanie nocą na polu w szopie i odstraszanie dzików, zatem poprosiłem ojca, aby mi pozwolił wybrać się kiedyś za niego. Gdy więc ojcu nie pasowało raz pójść spać do szopy, skorzystałem z okazji i poszedłem ja. Przed udaniem się na pole przygotowałem kilka rakiet z prochu, jakie zwykle puszczałem w noc sylwestrową na przywitanie nowego roku. Były one bezpieczne, bo nie wybuchały, tylko świeciły smugą ognia, kiedy je wyrzucałem do góry. Jednakże dziki tej nocy nie przyszły, a może były, tylko ja - upojony zapachem świeżego siana, na którym leżałem - noc w większości przespałem. Po kilku dniach ojciec znowu pozwolił mi pójść na noc do szopy. Wtedy już postanowiłem nie kłaść się na sianie, tylko całą noc przesiedzieć, żeby nie usnąć i słyszeć, jak dziki będą się zbliżały. Jakoż mój trud został nagrodzony, bo około północy zwierzęta przyszły na pole. Słyszałem najpierw szelest łamanych gałęzi w lesie, a potem smaczne pochrząkiwanie w kartoflach. Poczekałem trochę, aż dziki bardziej się rozgoszczą i bliżej podejdą do szopy. Zwierząt tych nie bałem się, ponieważ były one częstymi bywalcami w okolicy, nigdy nikogo nie atakowały i sam je kilka razy widziałem, czasami z niewielkiej odległości. Gdy dziki podeszły bliżej i przez okienko wyraźnie już odróżniałem ich kształty, po cichu wyszedłem z szopy i puściłem kolejno trzy rakiety. Zwierzęta w wielkim popłochu uciekły do lasu, a ja szybko wskoczyłem do szopy i jąłem obserwować pole przez okno. Kiedy przez dłuższy czas już nic się na nim nie działo i byłem pewny, że szkodniki tej nocy więcej nie przyjdą, położyłem się spać i usnąłem. To moje postraszenie dzików okazało się bardzo skuteczne, gdyż ojciec mówił, że przez wiele następnych nocy nie pojawiły się. Faktem, że zwierzęta te bardziej wystraszyły się mnie niż jego, tata był nawet mocno zdumiony, bo o rakietach nic mu nie mówiłem i dowiedział się o nich dopiero potem od kogoś z domowników, którzy widzieli, jak je przygotowywałem. Na drugi rok ojciec ogrodził całe pole od strony lasu siatką z kwatery i ogrodzenie to wzmocnił jeszcze drutem kolczastym. Chociaż kosztowało to dużo pracy, opłaciło się to zrobić, bo od tego czasu dziki na nasze pole więcej nie przychodziły. * Nasze pole, położone przy lesie i jeziorze, było bardzo ładne i wyglądało niezwykle malowniczo. Nie było ono równe, lecz znajdowało się na nim wiele wzgórz, górek i pagórków oraz zboczy i dolin. My, młodzi naszego domu, ponadawaliśmy tym miejscom piękne romantyczne nazwy, zaczerpnięte z książek lub wymyślone przez nas. Był więc Północny i Wschodni Brzeg jeziora, które od północno-wschodniej strony otaczało nasze pole. Była Ścieżka Węża, gdzie widzieliśmy raz sporego węża, jako że ścieżka ta biegła blisko lasu. Drogą Słońca nazwaliśmy polną drogę, nad którą świeciło słońce przed nami, gdy w południe wracaliśmy do domu na obiad. Podobnie było też Wzgórze Zachodzącego Słońca, Gwiezdny Pagórek, Góra Wiatrów, Księżycowa Dolina, Dolina Zimnej Rosy, Wysokie Zbocze, Chabrowy Klin i inne nazwy. Kilka z nich przejęli nasi rodzice z braku własnych określeń lub dlatego, że im się spodobały. Wiele przyjęło się na stałe, a o innych wkrótce zapomnieliśmy. Chociaż niektóre nazwy były za bardzo cukierkowe, wymyślne i zbyt piękne, do jakich niestety nie jesteśmy przyzwyczajeni, to jednak były one chyba lepsze od tych, jakimi obdarzano nas w życiu codziennym. Otóż naszą wieś, którą nazywaliśmy Kwidą, ktoś przechrzcił na Klowie, a wieś sąsiednią nazwano Globie. Jednakże my tych nazw nie przestrzegaliśmy i w dalszym ciągu nazywaliśmy nasze wsie po dawnemu. Byliśmy jednak bardzo ciekawi, kto wymyśla takie miana, zmieniając nazwy już istniejące, mające jakieś uwarunkowania i do których ludzie się przyzwyczaili - na brzydsze, lub wręcz beznadziejne. Na szczęście kilku innym wsiom nadano ładniejsze nazwy. * Jezioro, przy którym leżało nasze pole, miało około dwa kilometry długości. Od północy było otoczone lasem, w środkowej części - po obu brzegach - polami uprawnymi, a od południa bagnami i trzęsawiskami porosłymi olszyną, trzciną i inną błotnisto-wodną roślinnością. Był to dość duży obszar moczarów, niedostępny dla ludzi, na którym gnieździły się liczne kolonie wodnego ptactwa. Całe jezioro naokoło było również porośnięte wąskim pasmem olszyn, trzcin, sitowia, pałki i strzałki wodnej oraz innych gatunków przybrzeżnej roślinności. Tylko w niektórych miejscach brzeg porastały wyłącznie trawy, a w wodzie nie było żadnych wodorostów i można było wygodnie się kąpać. Kilkanaście metrów takiego brzegu znajdowało się w zagrodzie przy naszym polu. Dno tam było piaszczyste, a woda przezroczysta, podobnie jak w całym jeziorze, gdyż wpadały do niego tylko niewielkie leśne, czyste strumyki. Bardzo lubiłem w tym miejscu się kąpać, a szczególnie pływać, i czasami przepływałem na drugą stronę jeziora, mającego kilkaset metrów szerokości. Uwielbiałem też spacerować wokoło jeziora, obserwować pluskające ryby oraz fruwające i pływające ptactwo, a zwłaszcza małe dzikie kaczuszki lub maleństwa innych ptasich gatunków płynące gęsiego za swoją mamą i chowające się w sitowiu w chwilach, gdy mnie dostrzegały. Ponieważ ojciec był także zapalonym rybakiem, więc zbudował drewnianą łódkę, którą chował w przybrzeżnych zaroślach w naszej zagrodzie, czepiając na łańcuchu do drzewa i zabezpieczając kłódką. Wiedziałem, gdzie jest schowany klucz, i mogłem łódką pływać, ile chciałem, bowiem ojciec nie bronił mi do niej dostępu. Często więc z niej korzystałem i pływałem po całym jeziorze, łowiąc ryby na wędkę, lub wiosłowałem dla samej tylko przyjemności. I była to dla mnie niezwykła przyjemność pływać tak po jeziorze i zachwycać się jego urokiem, szczególnie w ciepłą i piękną pogodę, kiedy przyroda wokoło lśni barwami i kipi życiem. Wyjątkowo cudne i urzekające chwile przeżywałem o zachodzie słońca, wśród wspaniałych kolorów nieba i ślicznej, odbijającej się w wodzie smugi słońca. Jezioro stawało się wtedy bardzo ciche i spokojne i tylko słychać było pluskające ryby dokoła lub głos jakiegoś ptaka w oddali. Płynąc łódką po jeziorze, mogłem z bliska podziwiać wspaniałe kwiaty wodne, a zwłaszcza białe grzybienie i żółte grążele, które były wyjątkowo wielkie, dorodne i intensywne w swej barwie, jakich gdzie indziej nie widywałem. Niekiedy próbowałem szukać skarbów, które miały być zatopione w północnej części jeziora. Jednakże woda tam była głęboka i już kilka metrów od brzegu nie można było dosięgnąć dna wiosłem. Na skraju jeziora dno było bardzo muliste i jeśli wszędzie było ono takie samo, to trudno byłoby znaleźć cokolwiek, nawet gdyby na nim leżało. Przy brzegu, gdzie sięgałem dna wiosłem, i trochę dalej, gdzie dosięgnąć je mogłem tylko przy pomocy dłuższego drążka, nigdy nie natrafiłem na jakiś przedmiot przypominający kształtem skrzynię, beczkę lub czymś wypchany worek. Czasami dotykałem czegoś twardego, ale było to przeważnie niewielkich rozmiarów, najprawdopodobniej kamienie. Niekiedy, jeśli nie było zbyt głęboko, zeskakiwałem z łódki do wody, aby stwierdzić, co kryje się na dnie. Jednak kilka razy wymacałem tylko pogrążony w mule kamień, a w innych przypadkach, mając ograniczoną swobodę ruchów pod wodą, nie mogłem dosięgnąć tego, co w mule się znajdowało. Rybacy łowiący ryby w jeziorze także mówili, że nigdy niczego w wodzie nie dostrzegli. Jednakże uważali za całkiem prawdopodobne, iż przed opuszczeniem kwatery powywożono z niej pewne rzeczy i być może część z nich zatopiono tu w tym jeziorze, może gdzieś dalej od brzegu. Należy jednak pamiętać, że jeszcze bliżej kwatery znajduje się jezioro w Gierłoży. * Nikt natomiast nie miał żadnych wątpliwości, że w jeziorze są ryby, i to w dużych ilościach. Łowiliśmy je o różnych porach dnia i roku i na rozmaite sposoby. Często łowiłem ryby wędką, siedząc w łódce albo stojąc na którymś z prowizorycznie zrobionych z żerdzi pomostów, jakich wiele zbudowali rybacy na brzegu jeziora. Niekiedy ryby mocno brały i przyjemnie było patrzeć na zanurzający się co chwila pławik i wyciągać piękne okazy z wody. Ojciec łowił nawet ryby siecią, a z nim zazwyczaj ja chodziłem na te połowy. Z braku czasu w dzień najczęściej łowiliśmy wieczorami i czyniliśmy to tylko latem. Z wielkim sentymentem i żalem - że już przeminęły - przypominam sobie te ciepłe księżycowe wieczory, kiedy pływaliśmy łódką po jeziorze i za trzcinami zarzucaliśmy sieć do wody. Czasami dokuczały nam komary, ale ja nawet lubiłem ich żałosne brzęczenie i niewiele mi one przeszkadzały. Często w towarzystwie Stacha lub Zbyszka - albo Zygmunta czy Genka - łapaliśmy ryby również w rzece, która wypływała z jeziora i płynęła za naszą wsią. Łowiliśmy przeważnie drucianymi siatkami, podobnymi do worków, które zaczepialiśmy na drążkach i zanurzaliśmy do rzeki, a gdy ryby do nich wpływały, podnosiliśmy je szybko do góry i wyciągaliśmy z wody wraz z rybami. W ten sposób łowiliśmy zwykle płotki, uklejki i klenie. Czasami brałem ze sobą sieć i wtedy połów był obfitszy, ale ojciec niechętnie godził się na używanie sieci bez niego w obawie, abym jej nie uszkodził. Gdy szedłem z siecią, wtedy najczęściej brałem do pomocy Zbyszka. Wówczas, łowiąc, szliśmy naszą rzeką aż do Gubra, który był szerszy i głębszy od kwidziańskiej rzeki, przez co bardziej nadawał się do zastawiania sieci. W Gubrze pływały też większe ryby i było ich tam więcej. Chyba nigdy nie zapomnę szczupaka, blisko metrowej długości, który wplątał się w naszą sieć, a kiedy ją wyciągaliśmy i szczupak był już ponad wodą, wtedy jakimś ostatnim susem ratunku zdołał wyskoczyć z sieci i wpaść z powrotem do rzeki. Cóż by to ojciec powiedział, gdybyśmy przynieśli do domu takiego szczupaka, jakiego być może on nigdy nie złowił. Może by nawet nie pogniewał się na nas, że wzięliśmy sieć bez jego zgody. Na naszej rzece była niewielka zastawa, którą kiedyś zrobiono dla utworzenia zbiornika wodnego do hodowli ryb. Ryb tych teraz nikt nie hodował i żyły one tam same. Pewnej niedzieli kilka osób wpadło na pomysł, aby zaporę otworzyć i wyłapać ryby, których dużo musiało pływać w powstałym zalewie, do czego ja w czasie południowej przerwy w pasieniu krów też się dołączyłem. Może po godzinie prób i manipulacji udało się unieść do góry wielką płytę żelazną, założoną w zaporowym murze i woda z niesamowitym hukiem popłynęła z zalewu w dół rzeki. Gdy po paru godzinach woda opadła, ukazało się nam mnóstwo skaczących po mule i pluskających w błocie ryb. Były to karpie, liny, karasie, leszcze i wiele innych gatunków. Dużo ryb było całkowicie zanurzonych w głębokim mule. Z wielkim zapałem zabraliśmy się do ich wyłapywania. Małe rybki wrzucaliśmy do płynącej środkiem rzeki, a większe okazy wkładaliśmy do przygotowanych siatek i koszyków. Jak były już pełne, ci, co mieli bliżej, odnosili ryby do domu, a pozostali układali je, gdzie tylko mogli. Kiedy tak noszono ryby do domu, zauważyli to inni ludzie we wsi, a szczególnie ci, którzy akurat wracali z kościoła w Kętrzynie. Gdy dowiedzieli się, gdzie można takich ryb nałapać, wielu szybko pośpieszyło do zastawy, nie zachodząc nawet do domu, żeby zdążyć chociaż kilka sztuk chwycić, zanim je inni wyłowią. Drudzy szli z ciekawości, aby zobaczyć, co tam się dzieje, ale jak zobaczyli, nie wytrzymali i również ulegali gorączce połowów. Ponieważ nie byli przygotowani do wchodzenia do wody, bo nie mieli na sobie strojów kąpielowych, więc bardziej odważni, przeważnie mężczyźni, rozbierali się prawie do rosołu, pozostawiając na sobie tylko niektóre części bielizny. Inni, bardziej wstydliwi, w szczególności kobiety, pozdejmowali z siebie tylko płaszcze, buty oraz pończochy i wchodzili do błota w ubraniach. Niektórzy zbierali ryby do worków poczynionych z koszul lub podkoszulek, a inni wkładali je do kieszeni. W lepszej sytuacji były kobiety, zwłaszcza te, które miały większe torebki. W byłym zalewie, mającym kilkanaście arów powierzchni, odbywała się teraz wielka zabawa. Słychać było żarty, dowcipy i śmiechy, a niekiedy kłótnie i odgłosy ostrej rywalizacji w wychwytywaniu ryb, albo też prośby wzywające o pomoc w wydostaniu się z głębokiego i grząskiego błota. W końcu ryby wyłapaliśmy, żelazną płytę opuścili i udaliśmy się do domu. Ci, co zbierali je w ubraniach, byli tak umorusani, że wchodząc do mieszkań podobno powystraszali swoich domowników, tym bardziej że przecież wracali z kościoła. Opuszczając żelazną płytę, podłożyliśmy u dołu dwie cegły i oparliśmy płytę na nich, żeby woda mogła dołem przepływać i aby rzeka w swym dolnym nurcie nie wyschła. Po kilku dniach, gdy woda przelewała się również ponad płytą, usunęliśmy cegły i zapora opadła na swoje dawne miejsce. Bardzo byłem ciekawy, kiedy będzie można znowu zastawę otworzyć, spuścić wodę i wyłapać ryby, jednakże starsi ludzie mówili, że będzie można zrobić to dopiero po kilku latach, jak ryby rozmnożą się i urosną, a ryby rosną powoli. Ponieważ bardzo spodobały mi się te ryby, a jeszcze bardziej scena ich łowienia, więc żeby szybciej rosły, przychodziłem czasami do zastawy i wrzucałem do wody suchy chleb albo sypałem groch lub ziarno. Ale nie doczekałem się następnego otwarcia zapory i nie wiem, czy kiedykolwiek ją jeszcze otwierano. * Jak już wspominałem, do szkoły w Pożarkach poszedłem we wrześniu 1948 roku od początku do klasy czwartej, chociaż w tej klasie uczyłem się już do końca kwietnia w poprzedniej szkole. Razem ze mną chodziła do niej również Regina i Janka oraz mój kolega Zygmunt. W klasie było kilkunastu uczniów, w większości chłopców. Ponad połowa uczniów pochodziła z Wileńszczyzny, skąd po wojnie wyjechali i osiedlili się tu w Pożarkach lub okolicznych wsiach. Uczniowie klasy czwartej byli pod względem wieku bardzo zróżnicowani. Wielu z nich było starszych ode mnie nawet o cztery lata, ale kilku było również w moim wieku. Mimo że pochodziliśmy z różnych stron i mieliśmy nie te same lata, byliśmy bardzo zżyci i tworzyliśmy zgraną całość. W czasie przerw, wolnych godzin i po lekcjach my, chłopcy, często urządzaliśmy różne gry i zabawy. Najczęściej bawiliśmy się w chowanego, kryjąc się w nie zamieszkanych domach, zwłaszcza na ich strychach, albo w innych nie zagospodarowanych budynkach stojących w pobliżu szkoły. Miałem w szkole wielu bardzo dobrych kolegów i ze wszystkimi chłopcami, jak i dziewczynami koleżeństwo dobrze się układało. Przez cały czas, do ukończenia szkoły, uczyły nas tylko nauczycielki, które nadzwyczaj dobrze znały i wykonywały swój zawód. Kierowniczka szkoły miała wśród nas szczególnie duży autorytet i w sposób niezwykle przystępny i interesujący uczyła swoich przedmiotów. Czas spędzony w szkole w Pożarkach upływał przyjemnie i ciekawie i lata te jakoś bardzo szybko minęły. Tak naprawdę to z czasu przeżytego w tej szkole niewiele nawet pamiętam, co może świadczyć niejako, że wszystko w niej było normalnie, bez zbyt wielkich przygód i zdarzeń, jakich rzeczywiście sobie nie przypominam. |