ZAKOŃCZENIEWięcej nie uciekałem, a przynajmniej nie uskuteczniałem już ucieczek tego typu jak te, które tu opisałem. Natomiast takie eskapady, jak na przykład z miasta na łono natury lub inne ucieczki, które wynikają z rozsądnych, przemyślanych i obiektywnych decyzji, są działaniem właściwym i przez wszystkich bywają dokonywane. W połowie 1964 roku udało mi się znaleźć pracę w Gdyni, zgodną z kierunkiem studiów i moimi zainteresowaniami, w której konieczna była znajomość języków obcych. Zacząłem więcej zarabiać, do tego coraz częściej miewałem różne profity osiągane poza miejscem pracy, w szczególności wypływające ze znajomości języków obcych. Tak na przykład na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie poznałem siedzącego obok mnie Greka, Michalisa, który okazał się armatorem dziewięciu większych statków morskich, z jakich jeden akurat przypłynął z ładunkiem do Gdańska. Zwierzył mi się, iż rok przedtem zmarł jego ojciec, o którym w dalszej rozmowie z wielkim żalem często wspominał. Był jeszcze kawalerem i właśnie bardzo spodobała mu się jedna z polskich piosenkarek występujących na festiwalu. Następnego dnia spotkaliśmy się w Sopocie w kawiarni przy molo i napisaliśmy do niej list, to znaczy, on dyktował po angielsku, a ja pisałem po polsku. List ten zanieśliśmy do Grand Hotelu w Sopocie, gdzie zamieszkiwali piosenkarze w dniach festiwalu. Wręczyliśmy go wraz z odpowiednim załącznikiem ludziom stojącym w wejściu i nie wpuszczającym w tym czasie osób postronnych do hotelu, którzy z wielką uprzejmością obiecali doręczyć list adresatce. O ile wiem, ów armator nie ożenił się z tą piosenkarką, ale czy odpisała mu do Grecji, tego nie wiem. Za mój trud i chęć pomocy otrzymałem niespodziewanie duże honorarium, w wysokości kilku moich miesięcznych pensji, po zamianie otrzymanej waluty na bony PKO, a następnie wymianie ich po wysokim kursie na złote. Kiedyś poznałem w restauracji Grand Hotelu w Sopocie norweskiego turystę wraz z żoną i córką, którzy, z braku wolnych miejsc, przysiedli się do zajmowanego przeze mnie stolika. Słysząc, iż mówię po angielsku, poprosili mnie, abym po obiedzie pojechał z nimi ich samochodem i pokazał najciekawsze miejsca i zabytki w Trójmieście, co chętnie uczyniłem. Po kilkugodzinnej, bardzo przyjemnej przejażdżce pożegnaliśmy się i choć nie chciałem za tę przyjemność brać jeszcze pieniędzy, to jednak nie mogłem wymówić się od przyjęcia, jak potem okazało się, dość pokaźnej sumki. Niekiedy zdarzało się również, zwłaszcza w czasie letnich sezonów, że schodząc z zagranicznego statku, po załatwieniu urzędowych formalności i zakończeniu pracy, zabierałem kapitana z żoną i ewentualnie dziećmi, albo z oficerami statku, do mojego samochodu i woziłem po Gdańsku, Gdyni i Sopocie, pokazując najczęściej odwiedzane przez turystów miejsca, sklepy i restauracje. Nie mogli oni sobie takiej przejażdżki poprzez jakieś biuro załatwić, choć często próbowali, więc do wykonania tej przysługi kapitan znajdował kogoś spośród osób, które go na statku odwiedzały, za co oczywiście zwracał koszty przejazdu, przeważnie jeszcze ze sporym zyskiem. Pamiętam taki bardzo sentymentalny przypadek, jak jeden kapitan włoskiego statku poprosił mnie, żebym po swojej pracy wieczorem zawiózł go z Nowego Portu do Gdyni. Podjechałem więc o umówionej godzinie pod statek i wziąłem kapitana do samochodu. Po drodze powiedział, że chce odwiedzić w Gdyni swoją dziewczynę, która bardzo mu się spodobała. Opowiadał nawet, że nosił jej węgiel z piwnicy do pieca w mieszkaniu. Trochę zdziwiło mnie to, że taki starszy, elegancki, przystojny i dostojny gość nosił dziewczynie węgiel z piwnicy do mieszkania, do tego w tym jasnym jego wystroju, ale przecież nie takie jeszcze rzeczy się w życiu słyszało i widziało. Gdy wjechałem na ulicę Świętojańską, musiałem potem skręcić na prawo w krótką uliczkę, gdzie, po jej lewej stronie, ta dziewczyna mieszkała. Weszliśmy na parter pod wskazany mi na karteczce numer mieszkania. Otworzyła drzwi młoda, może trzydziestoletnia kobieta i ja spytałem, czy mieszka tu pani... (której imienia i nazwiska już dzisiaj nie przypominam). Kobieta trochę zdziwiona odpowiedziała, że taka pani tu mieszkała, ale już zmarła. Powtórzyłem to kapitanowi, a on zapytał: Kiedy? Kobieta po chwili niezdecydowania odpowiedziała, że dwadzieścia pięć lat temu. Powtórzyłem to z niedowierzaniem kapitanowi, a on powiedział mi, że jest to możliwe. Po chwili milczenia na korytarzu kobieta oznajmiła, że jeszcze żyje w Chyloni siostra tej pani i podała nam ulicę i numer mieszkania. Kapitan chętnie zgodził się tam pojechać. Po drodze skojarzyło mi się to, że nos tej kobiety na korytarzu był trochę podobny do nosa kapitana i włosy też miała czarne, więc spytałem go, kiedy on właściwie u tej dziewczyny ostatni raz był? Odpowiedział, że około trzydzieści lat temu. Chciałem od razu do tej kobiety zawrócić, gdyż widziałem, że kapitan też się nad czymś zastanawia. Ale powiedział mi tylko, że tak długo u niej nie był, bo nie miał okazji tutaj przypłynąć, chociaż w Szczecinie kilka razy bywał. Dziewczynę tę poznał jeszcze jako młody marynarz, gdy przypływał statkiem po koks do Gdyni na początku lat pięćdziesiątych. Był u niej kilkakrotnie i tak mu się spodobała, że do tej pory nie spotkał jeszcze nigdzie tak wspaniałej, miłej i sympatycznej dziewczyny. Mówił, iż wtedy nie znał on nawet języka angielskiego, a ona włoskiego i nauczyła go wielu słów i zdań po polsku. Do tej pory pamiętał zdanie: Ja koham ciebie. Teraz kazał jechać do tej siostry w Chyloni. Przyjechaliśmy i windą podjechaliśmy na właściwe piętro. Drzwi otworzył młody mężczyzna. Był już przez telefon powiadomiony o gościu i kazał nam wejść do środka. Starsza kobieta ubierała się w drugim pokoju. Powiedziałem kim jesteśmy, a młody mężczyzna poinformował, że mówi trochę po angielsku, więc pozostawiłem wszystkich i przyjechałem do swojego domu. Bardzo zainteresowała mnie sprawa tej młodej kobiety, lecz nigdy niczego więcej na ten temat już się nie dowiedziałem. Wprawdzie miałem jeszcze szanse coś o niej od kapitana usłyszeć, bo zwykle pasażerowie za taką przysługę zwracali mi koszty przejazdu, przeto mogłem pod tym pretekstem do niego się udać. Ale następnego dnia statek odpływał, a ja akurat miałem wolne w pracy i nie wypadało więc specjalnie po pieniądze do kapitana pojechać. Jeśli chodzi o różne miłosne romanse marynarzy, to można byłoby o nich dużo napisać, bo niejednokrotnie też takie listy tłumaczyłem. Choć niekiedy jakieś nieuczciwości, zawody lub tragedie się zdarzały, to bardzo często historie takie wyglądały niezwykle ciekawie i romantycznie i ślubem się kończyły. Mimo że przepracowałem wiele lat, miałem odpowiednie wykształcenie, otrzymywałem dyplomy i odznaki za dobrą pracę, to jednak żadnej kariery urzędniczej nie zrobiłem. Może dlatego, że nigdy nie należałem do partii, a bez niej trudno było sobie wyobrazić znaczniejszy w pracy awans. Wszelako obywałem się jakoś bez "pomocy" partii, choć łatwo jest zauważyć, jak mocno utrudniła i skomplikowała ona moje życie. W 1968 roku ukończyłem sześcioletnie studia zaoczne w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie i uzyskałem dyplom magistra. Kilka lat później ożeniłem się ze studentką z tej uczelni, Marylą, ze studiów stacjonarnych. Zamieszkaliśmy w moim spółdzielczym mieszkaniu w Gdyni, które po kilku latach zamieniliśmy na większe. Niedługo po ożenku kupiłem działkę ogrodniczo-rekreacyjną, na której z żoną i dziećmi spędzaliśmy bardzo dużo czasu, gdyż nadzwyczaj tę działkę i rozmaite zajęcia na niej polubiliśmy. Małżonka miała pod swoją opieką szklarnię i kilka poletek, na których uprawiała kwiaty i cenne dla zdrowia warzywa, w czym - poprzez wnikliwe studia nad tym tematem i stosowanie różnych pomysłowych praktyk i zabiegów - osiągała bardzo cieszące rezultaty. Na naszej działce była dla dzieci piaskownica, huśtawka i inne ciekawe atrakcje, a starszy syn później przez wiele lat na świeżym powietrzu i wolnej przestrzeni zajmował się modelarstwem, córka haftowaniem i innymi robótkami ręcznymi, a młodszy syn lubił sobie pojeździć z kolegami rowerkiem. Posadziłem na działce dużo drzew owocowych, lecz moją szczególną pasją była uprawa rzadkich u nas krzewów ozdobnych. Nasadziłem ich wiele. Ileż to uciechy patrzeć, jak nie znany nam dotychczas krzew po raz pierwszy zakwita, potem wydaje piękne owoce, a na jesieni zmienia z zielonego na jakiś niezwykły kolor liście. Na działce zbudowałem bardzo użyteczny domek, który stał się zachętą do rozpoczęcia później budowy swojego własnego domu mieszkalnego. Działka jest przyrodą, z jaką od początku życia na ziemi jesteśmy nierozerwalnie złączeni, przez co miejsce to dla nas i dla naszego przebywania jest najbardziej naturalne, a zatem bardzo pożądane i zalecane. Natura zawsze była w życiu człowieka obecna w bezpośrednim jego otoczeniu - jest więc niezbędna dla naszego życia oraz fizycznego i psychicznego zdrowia. Jeśli ktoś już szuka ucieczki od jakiegoś uciążliwego problemu, to miast w nałóg czy w jakąś chorobę lepiej uciec na łono natury, jaką jest działka. Jeżeli się ją bardzo polubi i nią zainteresuje, to można znaleźć w niej wielkiego sprzymierzeńca w rozwiązywaniu swojego problemu. Działka daje dużo zadowolenia i radości z życia oraz zainteresowuje aktywną, ciekawą i wielce pożyteczną pracą, a ruch i praca na świeżym powietrzu są niezbędne i bardzo skuteczne w utrzymaniu dobrego stanu naszego zdrowia, przedłużania naszej młodości i życia. Niektórzy, wspominając o działce, mówią tylko o pracy, jakby ta praca była największym utrapieniem. Osobiście też twierdzę, że ogród jest nie tylko po to, aby ciągle na nim pracować, lecz również dla relaksu, wypoczynku, kontemplacji, podziwiania tego świata i natury. Często jednak mówię sobie, iż dzisiaj posiedzę spokojnie na działce tylko dla relaksu, lecz nawet nie zauważam kiedy, jak - miast siedzieć na ławce - jestem już gdzieś na grządce i coś robię i właśnie ta praca jest największą dla mnie przyjemnością, wypoczynkiem i relaksem. Ale jeśli ktoś chciałby sobie zaoszczędzić tej pracy na działce, to można ją urządzić i zagospodarować tak, że będzie ona również ładna i bardzo pożyteczna, a przy tym pracy będzie niewiele. Każdy kwiat, krzew, drzewo czy budowla na działce ma dla jej właściciela swoją historię, jaką najczęściej tylko on zna i którą bardzo kocha i szanuje. Człowiek uszlachetnia się tutaj przez polubienie przyrody i doglądanie roślin. Ponadto, by coś uprawiać lub zrobić na działce, trzeba wiele czytać, poznawać, zastanawiać się i eksperymentować. Wzrasta więc intelekt, zdrowie, zadowolenie z życia, zainteresowanie i zamiłowanie pięknem, naturą, pracą i racjonalnym wypoczynkiem. Działka moja dawała mi jednakże nie tylko dużo przyjemności, zadowolenia i korzyści w postaci relaksu, natury, ślicznych kwiatów, drzew i smacznych owoców, ale także często przysparzała wiele kłopotów, jak również i ubawu, humoru, atrakcji, emocji oraz różnych przygód. Można byłoby nakręcić niezły western z niektórych sporów z sąsiadami na działce lub podczas budowy altany w latach ubiegłych, a w szczególności z niesamowitości zabiegów o potrzebne na budowę materiały. Również poszukiwania i kupno ciekawszych sadzonek drzew, krzewów i rozsad kwiatów były nieraz okazją do wieczornej jazdy samochodem aż do Zakładu Doświadczalnego Polskiej Akademii Nauk w Kórniku koło Poznania i stania przez całą noc w kolejce, aby rano też niewiele co kupić. Trzeba tu jeszcze wspomnieć o stawianiu zasadzek, staniu na czatach i staczaniu istnych bojów z amatorami cudzych jabłek. Wszystko to pominąłem przy opisywaniu działki w pierwszym wydaniu niniejszych wspomnień, lecz jako że usłyszałem później wiele krytyki wobec zbyt poważnego charakteru tej opowieści i niedostatku zwykłego, życiowego humoru albo bardziej groźnych akcji, czy też mrożących w żyłach krew gangsterskich scen, zatem nadrabiam ten brak i opisuję również humorystyczne i trwożące zdarzenia, jakich w życiu miałem wcale niemało. Wracając do działki, przypominam sobie jeszcze jedną taką niezwykłą historię, ale już z 1991 roku. Któregoś popołudnia, w czerwcu lub lipcu owego lata, wziąłem kilka plastykowych worków i pojechałem samochodem za Chwaszczyno na fermy w poszukiwaniu kurzego nawozu do rozmoczenia w beczce i podlewania niektórych roślin. Zajeżdżam na jedną z ferm i zatrzymuję się przy kupie kurzego gnoju. Gdy tylko wysiadłem z samochodu, usłyszałem z tyłu krzykliwe wezwanie: - Stać! Ręce do góry! Myślałem, że ktoś zapewne żartuje. Być może trafiłem akurat na jakiegoś znajomego. Nic sobie z tego nie robiąc, obróciłem się twarzą do krzyczącego. Ujrzałem, iż bynajmniej nie jest to żaden wesołek ani znajomy, tylko dobrze zbudowany mężczyzna o czarnej czuprynie, bardzo przypominający sycylijskiego mafiosa, z pistoletem w ręku wycelowanym prosto we mnie. - Ręce do góry! Nie słyszysz, co do ciebie mówię! - powtórzył. Nie wyglądało to na żart, więc uniosłem ręce do góry. W tym momencie wyskoczył z kurnika następny podobny jegomość z pistoletem w ręku, a za nim jeszcze policjant lub przynajmniej jakiś facet w policyjnym mundurze. Gdy tylko podbiegli do mnie, zadyszany policjant zawołał: - Proszę o dowód osobisty! Po co tu przyjechałeś?Po wręczeniu (czy może było to jeszcze przed wręczeniem) dowodu osobistego jeden z cywilów przeciągnął rękami ze wszystkich stron po mojej marynarce i spodniach, widocznie szukając przy mnie broni, a drugi bez pytania otworzył bagażnik samochodu. Następnie wszyscy w trójkę, nie spuszczając ze mnie oka, zaczęli przeszukiwać cały samochód, czyniąc w nim straszliwy bałagan. - Do diabła, o co może chodzić na kurzej fermie? - myślę, zastanawiam się i nic nie pojmuję. Przecież tu tylko kury, jaja i nawóz. Jednakże nie chodziło im o nawóz, bo kiedy powiedziałem, że po to tu przyjechałem, wcale się tym nie zainteresowali, tylko skwitowali moje wyjaśnienie szyderczym uśmiechem. Gdy w samochodzie prócz pustych worków i narzędzi niczego nie znaleźli, zadali mi jeszcze wiele dziwnych pytań, spisali wszystkie dane z dowodu osobistego i kazali mi zmykać. Szybko więc wsiadłem do samochodu, póki coś jeszcze głupszego im do głowy nie przyszło, i pożegnałem owych kurzych gangsterów i najwidoczniej fałszywego policjanta, bowiem cała ta afera wydała mi się nadzwyczaj podejrzana. Po powrocie do domu i opowiedzeniu tego zdarzenia kilku moim znajomym - nikt nie chciał uwierzyć i poradzono mi, abym poszedł na policję i sprawdził, co to takiego było. Jakoś nie miałem chęci pójść na policję. Za to w nocy, we śnie, znowu spotykam całą trójkę facetów na fermie. Krzyczą, wyzywają i szarpią mnie, a ja zaciekle z nimi walczę. Słyszę okropną strzelaninę, widzę wszędzie bezlik skorupek jaj, a obok nas masę trupów i dużą kałużę krwi. Nie, to nie krew, tylko czerwony lakier, który się wylał z puszki wypadłej z mojego auta. I taki koszmar przez kilka następnych nocy i dni. W końcu, może po tygodniu, wyczytuję w gazetach, iż wytropiono wielką szajkę złodziei zagranicznych samochodów, którzy w kurzej fermie koło Chwaszczyna przerabiali je i przygotowywali do sprzedaży na Wschód, i że ową grupę już aresztowano. Mój udział w tej akcji jest oczywiście prawdziwy, a jeśli ktoś nie uwierzy, może przejrzeć policyjne protokoły i notatki z aresztowania tej szajki i na pewno znajdzie w nich moje nazwisko w to zamieszane, a może i poważnie podejrzane. * Kiedy minęło już dziesięć lat od chwili zapadnięcia mojego wyroku, napisałem do Sądu Powiatowego we Wrocławiu prośbę o zatarcie skazania. Otrzymałem taką oto odpowiedź: "Sąd Powiatowy we Wrocławiu na mocy art. 36 par. 1 kkw w związku z art. 2 ust. 1 ustawy (...) postanawia wniosek skazanego jako bezprzedmiotowy pozostawić bez rozpoznania, albowiem zatarcie skazania w związku ze sprawą V Kp. 97/55 nastąpiło z mocy prawa na podstawie art. 2 ust. 1 ustawy z dnia 27 IV 56 roku o amnestii." Po przeczytaniu tego pisma byłem bardzo ciekawy, w jaki sposób dyrektor hurtowni spożywczej w Gdyni dowiedział się, iż byłem karany? Sposób musiał być tylko jeden: poprzez wysłanie zapytania o moją ewentualną karalność do centralnego rejestru skazanych, z którego, jak wynika, nie zostałem skreślony. Czyżby też przez pomyłkę? Niemniej, od czasu otrzymania tego postanowienia czułem się pewniejszym, ponieważ nie musiałem już tak bardzo obawiać się ewentualnych konsekwencji za nieujawnienie mojej karalności w kadrach nowego zakładu pracy, bo gdyby nawet ta sprawa się wydała, to przedstawiając oświadczenie sądu, mogłem okazać nie tylko prawne zatarcie skazania, ale i zdziwienie, w jaki sposób zakład pracy jeszcze się o tym dowiedział. Miałem również sprawę moich wyjazdów za granicę w pewnym sensie otwartą i mogłem myśleć o realizowaniu zagranicznych podróży, przystępując tym do urzeczywistnienia chyba największego z moich marzeń. Czasy ku temu były też trochę bardziej sprzyjające. Opozycja była silna - nie można już było dłużej tłamsić i trzymać ludzi tylko w swoim kraju, nie pozwalając im nawet na wyjazd za granicę. Musiano liberalizować przepisy paszportowe i nie można już było tego trendu powstrzymać, chociaż tysiące wyjeżdżających nie powracało z różnych wycieczek oraz podróży i pozostawało w zachodnich państwach. Ba, z czasem nawet ówczesne władze wpadły na pomysł, iż może to być najlepszy sposób pozbywania się wszelkich "niezadowolonych buntowników i wrogów socjalizmu" i same zaczęły podsuwać wielu osobom propozycję wyjazdu na stałe z kraju. Jednakże w 1968 roku, kiedy to podjąłem zamiar zrealizowania mojego pierwszego wyjazdu za granicę, dokonanie tego nie było jeszcze sprawą taką pewną i prostą. Postanowiłem zatem wyjechać najpierw tylko do NRD z wycieczką na jeden grupowy paszport i swój dowód osobisty. Mimo że w tym czasie było mi już wiadome, iż ówczesny kontrwywiad swoimi drogami doszedł do tego, że byłem karany za ucieczkę za granicę, to jednak byłem zdania, że przy dalszym badaniu sprawy, które musi wtedy nastąpić, dojdzie on do wniosku, iż taka moja ucieczka teraz jest mało prawdopodobna. Przecież od kilku lat często przebywałem w porcie i na statkach, a kiedyś, przez tyle czasu, nie tylko pracowałem, ale również mieszkałem w porcie i nie uciekłem, choć zbiec za granicę w tych okolicznościach może już było przedsięwzięciem trochę łatwiejszym. Poza tym, kończyłem właśnie studia, przeto trudno byłoby sądzić, abym chciał je porzucić na kilka miesięcy przed ukończeniem. Ponadto wyjeżdżałem tylko do NRD, a właściwie do Berlina Wschodniego, skąd przecież uciec w tym czasie było już prawie niemożliwością. W końcu wszędobylscy agenci owego kontrwywiadu, który był wielką zmorą w naszej pracy, w razie wszczęcia tajnego dochodzenia rychło donieśliby, iż będąc zatrudniony w tym nowym przedsiębiorstwie, mogę już jakoś przeżyć w kraju. Oczekiwałem też na otrzymanie wkrótce swojego mieszkania spółdzielczego, znane były również moje zamiary ożenku, było więc mało prawdopodobne, abym chciał teraz uciekać z kraju. Chyba rzeczywiście moje rozważania okazały się trafne, bowiem zostałem wpisany na ten wspólny paszport i w dniu trzeciego maja 1968 roku udałem się samolotem w moją pierwszą podróż zagraniczną, którą była wycieczka na trzy dni do Berlina Wschodniego. Wycieczka ta bardzo się udała. Zamieszkaliśmy w hotelu "Berolina", naówczas dobrej klasy, w centrum miasta. Pogoda majowa, do tego jeszcze bardzo dopisała. Miasto piękne, a przygód było wiele. Drugą, już dwutygodniową wycieczkę, podjąłem jesienią tego samego roku do Moskwy i Leningradu. Chciałem z Moskwy sam polecieć samolotem na dwa dni do Irkucka, żeby zobaczyć Syberię i jezioro Bajkał. Jednakże okazało się, iż bezwzględnie konieczne jest "razreszenije" radzieckich władz na ten wyjazd, a moskiewski przewodnik powiedział, że będzie ono rzeczą niemożliwą do uzyskania. Musiałem więc z tej eskapady zrezygnować. W nocy, jadąc w wagonie sypialnym z Moskwy do Leningradu, przebudziłem się na chwilę. Wydało mi się, że pociąg, który całą trasę miał pokonać bez przystanku, zwolnił nieco biegu. Uchyliłem zasłonę i spojrzałem przez okno. Przejeżdżaliśmy przez jakąś niewielką stację. Akurat mignęła jej nazwa: Bierezajka. Spojrzałem na zegarek i obliczyłem, że może to być około trzysta kilometrów od Moskwy. Przypomniałem sobie to, co Andrzej w Serpelicach często powtarzał: "Stacja Bierezajka, komu nada wysiadajka". Wówczas myślałem, że znajduje się ona gdzieś daleko na Syberii. W czasie tej wycieczki zwiedziliśmy Kreml. Byliśmy w Teatrze Wielkim w Moskwie, gdzie oglądaliśmy "Jezioro łabędzie", w którym główną rolę grała Maja Plisiecka. Odwiedziliśmy wiele moskiewskich muzeów. W Leningradzie następne muzea, wśród których najładniejsze - Ermitaż. W sumie cała impreza bardzo ciekawa. Następnego roku, na przełomie maja i czerwca, pojechałem na trzytygodniową wycieczkę autokarem do Lwowa, Bukaresztu, Sofii, Belgradu, Budapesztu i Nitry - wracając przez Czechosłowację. Choć była to wycieczka na jeden wspólny paszport, to przejeżdżając już przez Jugosławię, przełamałem następną barierę i poczyniłem dalszy krok ku krajom Europy Zachodniej, gdyż wyjazd do Jugosławii był traktowany prawie tak samo jak do państw zachodnich. Nastał Gierek i dalsze rozluźnienia przepisów paszportowych. Można już było o wiele łatwiej wyjechać do tak zwanych państw kapitalistycznych, składając najpierw podanie o przydzielenie na ten cel 100 dolarów z państwowych rezerw dewizowych. Ponieważ wiele osób złożyło takie formularze, otrzymałem (podobnie jak wszyscy moi znajomi) 40 dolarów, ale to już wystarczyło, aby można było uzyskać paszport do zachodnich krajów. Tym razem jednak wspomniany kontrwywiad przed otrzymaniem paszportu wezwał mnie do swego biura i udzielił przestróg, nauczek i dobrych rad. Nie byłem tym skonsternowany, albowiem jego wścibską i "pouczającą" działalność odczułem i poznałem już dostatecznie w teorii i praktyce w pracy. Niemniej paszport otrzymałem i w czerwcu oraz lipcu 1972 roku urządziłem ponadmiesięczną indywidualną wycieczkę do Hiszpanii i Francji. Poleciałem najpierw samolotem do Madrytu. W tym nadzwyczaj zachwycającym mieście przebywałem przez osiem dni. Zamieszkałem w hotelu "Montalva" na ulicy Zaragoza, w pobliżu placu Mayor, a później przeniosłem się na prywatną kwaterę na ulicy de la Cruz, niedaleko Puerta del Sol - Bramy Słońca. Dużo wolnego czasu spędzałem na urokliwym placu Hiszpanii. Przemierzyłem wiele parków i ulic, a na Paseo de la Castellana miałem okazję zobaczyć przemykającą kawalkadę motocykli i samochodów z Generałem Franco. Zwiedziłem Prado i kilka następnych muzeów oraz odwiedziłem dużo innych wspaniałych i ciekawych miejsc. Obejrzałem oczywiście korridę na malowniczym Plaza de Toros - placu Byków. Pogoda przez cały czas była niezwykła. Porozumiewałem się z ludźmi po francusku i angielsku, ale w sprawach codziennych najwięcej rozmawiałem po hiszpańsku, którego to języka przez pół roku kiedyś się uczyłem i który teraz w Hiszpanii dość sobie przypomniałem i podszlifowałem. Z Madrytu w cudowną księżycową noc pojechałem pociągiem ekspresowym do Malagi. Tu przebywałem przez dwa dni, zamieszkując w hotelu Casanova. Dużo czasu spędzałem w tutejszym parku, bardzo bogatym w różne gatunki drzew, krzewów i prześlicznych kwiatów. Na plażę jeździłem autobusem do pięknego miasteczka Torremolinos. Z Malagi udałem się promem do Melilli, hiszpańskiej enklawy w Północnej Afryce. Mieszkałem tam przez trzy dni w hotelu "Banos" przy Avenida del Generalisimo. Codziennie chodziłem na plażę, odwiedzałem egzotyczny park miejski i wypoczywałem na ławkach wśród palm przy fontannie na Plaza de Espana. Z Melilli popłynąłem promem z powrotem na kontynent europejski, tym razem do Almerii, skąd następnego dnia pojechałem autobusem śliczną nadmorską trasą - przez wiele urokliwych miast - do Walencji. Po dwóch dniach pobytu w tym mieście pożeglowałem statkiem do Palma de Mallorca. Tu, przebywając przez cztery dni, czas głównie spędzałem na plażach w El Arenal i Palma Nova oraz na spacerach i zwiedzaniu miasta. Z Majorki popłynąłem promem do Barcelony, gdzie przez pięć dni chodziłem na plażę, podziwiałem miasto, wzgórze i park Montjuich oraz wielokolorową, a zarazem największą i najładniejszą fontannę, jaką w życiu widziałem i nie wiem nawet, czy gdzieś na świecie jest jeszcze piękniejsza. * Na wzgórzach Montjuich przeżyłem jeszcze jedną przygodę, jakich miałem wiele z różnymi funkcjonariuszami i innymi przedstawicielami władz w Hiszpanii w czasie podróży do tego kraju. Pierwszej z nich doświadczyłem zaraz po przylocie do Madrytu, w hali odpraw pasażerów na lotnisku. Otóż, udając się w tę podróż, zakupiłem w Peweksie w Gdyni kilka wazonów kryształowych, które wraz z kwitem zakupu mogłem bez cła wywieźć za granicę. Kryształy te kosztowały tutaj o wiele taniej, niż można było je sprzedać w Hiszpanii. Nie wiedziałem jednak, jak zachowają się celnicy w Madrycie, gdy zauważą te kryształy w mojej walizce. Wiadomo mi było tylko, że szczególnie Grecy, ale Hiszpanie także zakupywali w Polsce, w sklepach Peweksu, dużo więcej takich kryształów i potem na statku, samolotem lub autami wywozili do swoich krajów, bo na tego rodzaju artykuły, przewożone osobiście, nie zwracano tam na granicach takiej uwagi jak u nas. Jednak gdy podszedłem do odprawy granicznej w Madrycie, funkcjonariusze graniczni i celni, patrząc na mój paszport i na mnie, dość nieufnym wzrokiem jęli spoglądać na moją pękatą walizkę, napędzając mi tym trochę strachu. Ale nikt z nich nie zapytał, czy mam coś do oclenia lub co ja mam w tej dużej walizce. Po oddaniu mi paszportu czym prędzej chwyciłem więc moją walizkę i wyszedłem z hali na zewnątrz. Jak zbliżałem się już do taksówki, przypomniało mi się, iż miałem tu na lotnisku w informacji turystycznej spytać o dobry, tani, położony w atrakcyjnym miejscu w Madrycie hotel. Począłem rozglądać się za takim biurem i wkrótce znalazłem je i wszedłem do środka. Polecono mi hotel Montalva w centrum Madrytu, jednak nie pozwolono mi wyjść tymi samymi drzwiami, którymi wszedłem, tylko kazano wyjść innymi drzwiami, z powrotem przez halę odpraw. Kiedy znowu zbliżyłem się do owych funkcjonariuszy, oni ze zdziwieniem spojrzeli na mnie, jeden z nich jakby coś chciał powiedzieć, ale się odwrócili i odeszli, z czego skorzystałem skwapliwie i z duszą na ramieniu wyniosłem się z owego przybytku, postanawiając uczynić wszystko, aby tu więcej nie wrócić. Drugą przygodę z władzą miałem już w Madrycie. Akurat w dniu moich urodzin, 24.06.72 około godz. 10.00 na Paseo de la Castellana miałem okazję zobaczyć przemykającą kawalkadę motocykli i samochodów z Generałem Franco. Gdy po długich oczekiwaniach kawalkada już nadjeżdżała, a tłumnie oczekujący na chodnikach ludzie wydali głośny pomruk i jęli się wychylać, aby jak najszybciej i jak najwięcej zobaczyć, ja uniosłem trzymaną w prawej ręce kamerę, by ten orszak sfilmować. Wtedy nie wiadomo skąd pojawił się przy mnie policjant, którego przedtem tam nie widziałem, więc na wszelki wypadek spytałem go, czy mogę to wydarzenie sfilmować i on mi nie pozwolił. Pomyślałem, iż miałem pecha, że akurat nadszedł i może niepotrzebnie go pytałem, bo co on mógł odpowiedzieć. Jednak ja przez to na własne oczy, a nie przez wizjer kamery całe wydarzenie widziałem, choć nie wiem dokładnie i nikt chyba nie wiedział, w którym samochodzie jechał generał, gdyż samochodów tych przemknęło kilkadziesiąt i równie tyle z przodu i z tyłu motocykli. Lecz wydaje mi się, że generała w jednym aucie dostrzegłem i dobrze go widziałem. Następną przygodę przeżyłem, gdy wchodziłem na prom odjeżdżający z Malagi do Melilli - hiszpańskiej enklawy w Afryce Północnej. Wszyscy wchodzili po trapie, trzymając w ręku otwarty paszport, a ktoś ze służby granicznej w cywilu tylko spoglądał na okazywane mu tak paszporty i bardzo szybko i sprawnie to szło. Gdy ja podszedłem, on pewnie zauważył jakiś mało znany mu paszport i wziął go do ręki, a po chwili nawet coś jeszcze w swoim notesie zapisał. Jednak mnie też szybko przepuścił i po niedługim czasie było już po odprawie i statek wypłynął do Afryki. Na pokładzie nawiązałem rozmowę z Francuzem w moim wieku, który bardzo wychwalał obecne rządy generała Franco i wyliczał mi jego różne udane i uznane ostanie posunięcia gospodarcze i polityczne. Od czasu do czasu odchodziłem od mojego rozmówcy i filmowałem delfiny, gdy blisko promu się pojawiały. Chyba po ośmiu godzinach przypłynęliśmy szczęśliwie do Melilli. Przy schodzeniu z trapu podszedł do mnie elegancki mężczyzna i spytał, czy jestem Pedro, podając jeszcze moje nazwisko w niezbyt wyraźnym, hiszpańskim brzmieniu, co jednak szybko rozszyfrowałem i potwierdziłem. Poprosił, abym poszedł z nim. Przeszliśmy kilkaset metrów i weszliśmy do dużego budynku, gdzie w obszernym biurze siedział wojskowy oficer, może graniczny albo NATO. Przejrzał mój paszport i chwilę sobie porozmawialiśmy, chyba w języku angielskim. Powiedział, że dobrze zrobiłem, iż przypłynąłem do Melilli, a nie popłynąłem, jak miałem pierwotnie zamiar, do Tangeru, bo już bym nie mógł wrócić z powrotem do Hiszpanii i musiałbym starać się tam o nową hiszpańską wizę, o czym zresztą ja sam przedtem wiedziałem. Kiedy już chciałem wyjść, spytał mnie jeszcze, gdzie mam zamiar zamieszkać. Odpowiedziałem, że oczywiście w hotelu. On jednak powiedział, że w hotelu nie ma teraz w sezonie miejsc i inni przyjeżdżają tu z namiotami w plecakach albo hotel sobie przedtem rezerwują. Odrzekłem, że jeśli rzeczywiście nie dostanę miejsca w hotelu, to będę musiał tym samym promem wracać z powrotem do Hiszpanii. On mi wtedy powiedział, żebym chwilę poczekał i on gdzieś przedzwonił, a po chwili zorientowałem się, że usiłuje mi załatwić pokój w jakimś hotelu i że mi chyba załatwił, bo podziękował rozmawiającemu. Gdy z kolei ja podziękowałem za to oficerowi i przyszedłem do tego hotelu, mówiąc, że chcę tu przez kilka dni zamieszkać, przyjmujący od razu powiedział mi, że mam przyjechać w styczniu lub w lutym, to będą w hotelu wolne miejsca, a teraz ma już rezerwację zajętą na kilka tygodni. Jak powiedziałem, że przed chwilą dzwonił tu oficer w mojej sprawie, ten od razu skłonił się prawie we dwoje i odpowiedział, że wie o co chodzi i oczywiście ma dla mnie pokój, nawet trzy do wyboru. Następnie oprowadził mnie po tych pokojach. Wybrałem ten od ulicy, bo miał piękny widok. Jednak późno wieczorem wydało mi się, że popełniłem duży błąd, wybierając ten pokój od strony ulicy, bo tu życie rozpoczyna się dopiero wieczorem i trwa prawie do rana, póki jest trochę chłodniej. Nie było więc mowy o spokojnym spaniu, gdyż biesiadnicy hotelowej restauracji, którzy powynosili stoliki i krzesła na chodnik ulicy, do rana tak hałasowali, że usnąć byłoby niemożliwością. Wtedy pomyślałem, aby miast walczyć z hałasem i zamykać okna, pójść sobie do nich na dół, co też następnie uczyniłem i przy jakimś ochładzającym napoju "Africana" poznawałem biesiadujących tam ludzi z całego świata. Nad ranem, już bardzo zmęczony i znużony, wróciłem do hotelowego pokoju i szybko usnąłem i spałem chyba do południa, a wieczorem, po plażowaniu, zwiedzaniu miasta i parku znowu prawie do rana rozmawiałem z hotelowymi gośćmi i turystami w tej restauracji. Na mieście poznałem z widzenia jednego bardzo miłego starszego policjanta. Spotykałem go często na placyku przy fontannie, gdzie zawsze uprzejmie mi się kłaniał, i widywałem go w różnych innych miejscach. Raz byłem mu szczególnie wdzięczny, bo gdy w największym i najpiękniejszym parku oblegli mnie młodociani czyścibuci, żeby mi buty wyczyścić, które przed chwilą już inny czyścibut wyczyścił i z tymi miałem teraz kłopoty, nagle pojawił się mój znajomy policjant i ich ode mnie przegonił. Może w ten sam dzień albo dnia następnego, kiedy leżałem na plaży i rozmawiałem z bardzo urodziwą młodą Marokanką, też zauważyłem zbliżającego się i spoglądającego na mnie mojego znajomego, ale poszedł sobie dalej. Jednakże skiwnął do mnie głową z daleka, trochę przydając mi tym "powagi i znaczenia" w oczach leżącej obok mnie dziewczyny. Może swoją grzecznością chciał mi się trochę przymilić, żebym znowu tu jako turysta kiedyś przyjechał. Ostatnią, już trochę innego typu przygodę miałem na wspominanym wzgórzu Montjuich, gdy filmując park, piękne palmy na tle jeziora i inne takie romantyczne miejsca, zauważyłem na niewielkiej polanie wśród pięknych drzew i krzewów, stojących w szeregu dorosłych ludzi i przed nimi mężczyznę, który do nich coś mówił. Gdy tak sobie ten teren z trochę dalszej odległości filmowałem, jeden z mężczyzn stojących w szeregu zaczął do mnie coś mówić i pokazywać ręką, co zauważył mężczyzna, który do nich przemawiał i zaraz on do mnie w pośpiechu przyszedł. Spytał, kim jestem, a ja widząc jego zagniewaną minę, powiedziałem mu, że jestem Francuzem, sądząc, że jako ich sąsiada i przyjaciela potraktuje mnie bardziej łagodnie i ewentualnie zrezygnuje z jakichś kontroli. Ale on dalej pokrzykując, zadawał mi swoją marną francuszczyzną różne pytania i chciał, żebym wyjął z kamery i oddał mu ten film. Lecz ja powiedziałem, że jeszcze żadnych zdjęć z ich widokiem nie nakręciłem, co było rzeczywiście prawdą, więc w końcu coś bąknął na tych Francuzów i dał mi spokój, i na tym ta niezwykła przygoda w tym parku się zakończyła. Ponieważ na początku opisu tej wycieczki wspomniałem o kryształowych wazonach
przeznaczonych do sprzedaży, aby mieć trochę więcej hiszpańskiej waluty na różne
w tym kraju wydatki, więc, jeśli to kogoś zaciekawiło, opiszę jeszcze, jak te
kryształy sprzedałem. Otóż po zakwaterowaniu się w hotelu Montalwa około godz.
17.00 wyszedłem sobie na spacer ulicą Zaragoza, przy której zamieszkałem.
Niedaleko od hotelu zauważyłem na wystawie sklepowej stojące kryształy, zatem
wszedłem do środka i chciałem porozmawiać z właścicielem tego sklepu.
Sprzedawczyni powiedziała mi, że w tej chwili go nie ma, ale przed zamknięciem
sklepu, może za pół godziny lub za godzinę tu będzie. Poszedłem więc dalej tą
ulicą i doszedłem do Placu Major, niedaleko od wspomnianego sklepu. Siadłem pod
arkadami na początku tego pięknego placu i jąłem mu się z zainteresowaniem
przyglądać. Za chwilę nadeszło pięć pięknych dziewczyn i widząc obok mnie wolne
ławki (czy może to były jakieś krzesełka - tego już dobrze nie pamiętam),
rozsiadły się blisko mnie. Od razu nawiązaliśmy rozmowę. Powiedziały, że są
studentkami z Caracas w Wenezueli. Ten kraj mnie zawsze interesował, przeto te
kilkadziesiąt minut chętnie z nimi porozmawiałem i nawet zaśpiewałem przy ich
udziale ze dwie zwrotki bardzo lubianej przeze mnie piosenki Harry'ego
Belafonte, którą niekiedy sobie sam nuciłem: I met her in Venezuela Her linger was changed but the thought of her beautiful smile Potem poszedłem do sklepu. Był już w nim starszy, szpakowaty, bardzo elegancki pan, więc mu powiedziałem, że jestem Polakiem i że mam kilka takich kryształów, jakie on ma w sklepie i czy nie zechciałby mi je sprzedać, za marżą jaką on mi zaproponuje. Jednakże nie bardzo był on zainteresowany tymi kryształami, ale że był trochę gadułą, znał nieźle język francuski i angielski, zatem może chciał ze mną jeszcze trochę pogadać, bo powiedział, żebym mu przyniósł i pokazał te kryształy, skoro mieszkam tu niedaleko. Za dziesięć minut już byłem z powrotem z całą walizką kryształów. On brał z walizki wszystkie po kolei i je paznokciem, prztyczkiem opukiwał. Powiedział, że są to bardzo piękne czeskie kryształy, co mnie nieco zdziwiło, bo przecież mówiłem mu, że jestem z Polski i wiedziałem, że w Polsce również produkują takie wazony, bo nawet gdzieś na południu naszego kraju, będąc z jakąś szkolną wycieczką, byłem w hucie wytwarzającej takie kryształy i ich wyrób sam tam widziałem. Ale nie chciałem go sprostowywać ani rozpoczynać z nim jakiejś na ten temat dyskusji, żeby nie popsuć z nim rozmowy i mojego interesu. Na końcu ich przeglądania powiedział, że weźmie wszystkie kryształy z wyjątkiem jednego, który w czymś mu nie odpowiadał i włożył go z powrotem do mojej walizki. Od razu kazał ekspedientce wypłacić mi sumę, nawet wyższą niż sam to sobie wykalkulowałem. Był to dobry interes, bo mogłem już sobie teraz na wiele więcej na tej wycieczce pozwolić, niż gdybym tych kryształów zaraz nie sprzedał. Z owym pozostałym kryształem miałem sporo kłopotów, żeby go sprzedać i woziłem go ze sobą w walizce po wszystkich kolejnych miastach. Wszędzie, gdzie komuś go pokazałem, kryształ ten w czymś nie odpowiadał. Był nie takiego koloru, jak sklepikarz by chciał, lub dzwonił nie tak jak trzeba albo rozmiarem lub kształtem nie pasował. Nawet już go dwa razy sprzedałem, ale za pierwszym razem, nim jeszcze wyszedłem ze sklepu, kupujący rozmyślił się i mi go oddał z powrotem, a ja mu zwróciłem pieniądze. Innym razem sklepikarz dogonił mnie już na ulicy i całą transakcję cofnęliśmy z powrotem. Dowiozłem go aż do Palmy na Majorce i tu go sprzedałem, lecz za niską cenę, bo już nie chciałem z nim dłużej jeździć i trzymać go w swojej walizce. Wyszedłem ze sklepu i począłem iść pośpiesznym krokiem przed siebie, żeby przypadkiem ten sklepikarz mnie jeszcze nie dogonił i mi go nie zwrócił, bo już bym chyba wtedy oddał mu go za darmo w prezencie. Idąc tak szybkim krokiem przed siebie, zauważyłem na jednej pobliskiej ulicy jakieś dziwne nieswojskie widoki. Otóż zobaczyłem w otwartych na oścież oknach piękne kobiety z nagimi biustami lub siedzące na progach drzwi i ukazujące wszystkie swoje wdzięki, jakie tylko mogły. Gdy szedłem tak dalej przed siebie, podeszły do mnie dwie młode dziewczyny i jedna z nich powiedziała, żebym popatrzył, jaką ma piękną talię, a droga: jakie ma piękne nogi. Nie chciałem z nimi wiele rozmawiać, bo się trochę obawiałem, że ten sklepikarz z tym kryształem może tu jeszcze nadlecieć i dopiero sobie pomyśli, po co ja mu ten kryształ sprzedałem. W końcu wróciłem do swojego hotelu "Valencja", zadowolony, że już miałem z głowy ten wazon. * Z Barcelony udałem się pociągiem do Paryża, gdzie w czasie tygodniowego pobytu zwiedziłem Luwr, Wersal i dziesiątki innych zabytków i najciekawszych miejsc. Z Paryża przyleciałem samolotem do Warszawy. Cała wycieczka była niezwykle udana. Dużo słońca. Dużo muzyki i śpiewu przy każdej możliwej do tego okazji. Dziesiątki oglądanych ciekawych miejsc, atrakcyjnych miejscowości i kilka światowych miast. Mnóstwo pięknych gorących plaż, wiele poznanych wspaniałych dziewczyn z różnych stron świata. Po moim ożenku, w listopadzie 1973 roku, wyjeżdżałem za granicę z żoną. Najczęściej jednak jeździliśmy do Rumunii, Bułgarii i Związku Radzieckiego, przeważnie nad Morze Czarne. W 1978 roku przełożyłem mój urlop wypoczynkowy na rok następny i łącząc go z urlopem za 1979 rok, podjąłem zamiar wyjazdu indywidualnie w lutym i marcu do Tanzanii. Był to najodpowiedniejszy dla mnie okres, gdyż u nas w Polsce w tym czasie kończy się dłużąca się już trochę zima, a tam - według zebranych przeze mnie informacji - jest akurat kilkutygodniowa przerwa w porze deszczowej, jednak jeszcze nie tak sucha, aby zwierzęta opuściły wyschnięte już stepy i udały się na inne tereny. Przylatując do Dar es-Salaam, z biletem powrotnym, chciałem najpierw zobaczyć Ocean Indyjski, jego plaże i wybrzeże, a potem wjechać w głąb kraju. Zamierzałem wejść na szczyt Kilimandżaro, w jakim to celu na pół roku przed zaplanowanym wyjazdem zrezygnowałem z windy i po kilka razy dziennie wchodziłem piechotą na moje dziewiąte piętro, aby bardziej wyrobić sobie kondycję we wspinaczce na górę. Przygotowałem się też na jakąś zorganizowaną wycieczkę typu fotosafari po stepie Serengeti, na którym o tej porze miało przebywać ponad trzy miliony różnych afrykańskich zwierząt stepowych. Kupiłem nawet nową japońską kamerę "Canon" do sfilmowania tych zwierząt oraz całej wyprawy. Chciałem również zobaczyć Jezioro Wiktorii. W celu dokonania tego przestudiowałem kilka przewodników i książek na temat Tanzanii, lecz, niestety, miałem pecha, bo najbliższa ambasada tego kraju znajdowała się w Moskwie, co okazało się dla mnie wielkim utrudnieniem w zrealizowaniu tej wyprawy. Otóż, w połowie listopada wysłałem listem poleconym prośbę do Ambasady Zjednoczonej Republiki Tanzanii w Moskwie o przysłanie mi kwestionariuszy wizowych i informacji dotyczących wyjazdu do tego afrykańskiego kraju, tak jak to czyniłem, wyjeżdżając do innych państw, lecz do końca grudnia ta bardzo upragniona i oczekiwana odpowiedź nie nadeszła. Z początkiem stycznia wysłałem drugi list, tym razem zwykły - jako że słyszałem, iż takie szybciej dochodzą - z prośbą o przyśpieszenie załatwienia sprawy. W drugiej połowie tego samego miesiąca uzyskałem w ambasadzie brytyjskiej w Warszawie numer telefonu do ambasady tanzańskiej w Moskwie. Kiedy udało mi się tam dodzwonić, starsza już Rosjanka odpowiedziała mi, iż w sprawie otrzymania kwestionariuszy wizowych na wyjazd do Tanzanii trzeba pisać do... ambasady polskiej w Moskwie. Jednakże pisać już było za późno. W dodatku całą tą sprawą zainteresował się kontrwywiad, więc zrezygnowałem z tej wyprawy, choć uszyłem już specjalny strój typu safari na wyjazd do Afryki. Miesiąc urlopu przeniesiony z poprzedniego roku przesiedziałem mało użytecznie w lutym w domu, a drugi miesiąc urlopu, przypadający na 1979 rok, spędziliśmy latem z żoną w Mamai w Rumunii. W trzeciej dekadzie czerwca i przez trzy tygodnie lipca 1980 roku byliśmy z żoną w bardzo ciekawej podróży po Finlandii, Norwegii i Szwecji. Popłynęliśmy promem "Silesia" z Gdańska do Helsinek, a stamtąd swoim samochodem przepiękną trasą, wśród zachwycających jezior i soczystej zieleni ruszyliśmy na podbój Północy. Po przekroczeniu kręgu polarnego jechaliśmy dalej na północ przez baśniową, mało zamieszkałą tajgę i cudowne, niczym z westernowskich filmów osady i miasteczka, takie jak Kemijarvi, Sodankyla, Ivalo i Inari. W tym ostatnim zatrzymaliśmy się przez trzy dni nad wielkim jeziorem o tej samej nazwie - Inari. Nim dojechaliśmy tu, zaliczyliśmy po drodze parę fińskich saun i kopalnię złota w Tankavaara przed Ivalo. Wykopaliśmy i wypłukali w niej kilka małych grudeczek tego kruszcu, które nam na miejscu przyklejono przezroczystą taśmą na dwóch pamiątkowych kartonikach. Jadąc dalej na północ, gdzieś niedaleko za miasteczkiem Utsjoki, przejechaliśmy granicę fińsko-norweską, nie zauważywszy kiedy, gdyż nie było na niej nie tylko celników, strażników i rogatek, ale nawet nie spostrzegliśmy jakiegoś napisu, który by informował o jej przekraczaniu. Ponieważ od samego przyjazdu do Finlandii w nocy było widno, a teraz nawet o północy świeciło słońce, więc nie baliśmy się spać w najdzikszych okolicach, chociaż często rozbijaliśmy namiot tylko sami. Pewnego wieczoru mieliśmy wszak nie całkiem miłą historię związaną z nocnym biwakowaniem, kiedy byliśmy jeszcze w Finlandii, ale już na dalekiej północy, gdzie kempingi spotykaliśmy rzadziej. Zmęczeni wielogodzinną jazdą, dostrzegamy urocze jezioro, a przy nim kawałek wolnego od zarośli brzegu, do którego prowadzi polna, choć rozjeżdżona również samochodami droga. Przybywamy pod samo jezioro i rozkładamy namiot. Widzimy po pustych puszkach i innych opakowaniach, że nie jesteśmy pierwszymi gośćmi, którzy odwiedzili to miejsce w tym co i my celu. Gdy namiot mamy już rozpostarty, zauważamy, że podjeżdża do nas samochód z fińską rejestracją. Wychodzi z niego wysoki, tęgi mężczyzna i coś do nas mówi po fińsku. Niewiele co umiem w tym języku, ale pojmuję, iż jest on właścicielem tego terenu i nie podoba mu się to, że urządziliśmy tu sobie biwak na noc. Próbuję coś tłumaczyć po angielsku, niemiecku i po rosyjsku, ale on mało z tego rozumie. W końcu zaczynam po fińsku i mówię: - Camping matka pitka - co w tym języku oznacza: kemping daleko stąd (dosłownie: droga daleka). Chyba poskutkowało, bo Fin zaprzestaje wymachiwania rękami i mówienia podniesionym głosem. Może udobruchany tym, że spotyka zagranicznego turystę, który chociaż coś umie powiedzieć po fińsku, wyraża zrozumienie sytuacji i przyznaje: - Yes, camping pitka matka. Przyjaznym gestem i uśmiechem zezwala na pozostanie, mówi good-bye i odjeżdża. My kończymy rozkładanie swoich rzeczy i postanawiamy, że miejsce to pozostawimy takie, jak było - nie zostawimy po sobie nawet nie dopalonej zapałki. Rano wyzbieraliśmy jeszcze wszystkie puszki i opakowania pozostawione przez poprzednich "turystów", które potem wyrzuciliśmy gdzieś do przydrożnego kosza na śmieci. Wspominając o kempingach w Finlandii, przypominam sobie kilka z nich, na których była sauna. Czasami nie mogliśmy wtedy przy namiocie spokojnie posiedzieć albo nad czymś się skoncentrować, bo ciągle paradowali przed nami często zupełnie nadzy ludzie, udający się lub wracający już z tego przybytku albo wybiegający z sauny do zimnej wody w jeziorze. Jednak przyjemnie było na kempingu, po kolacji, siąść przed namiotem na kawkę i porozmawiać z ludźmi z różnych krajów; posłuchać ich poglądów, zainteresowań, co na trasie zwiedzili, czego żałują, że nie zobaczyli, dokąd następnie pojadą, gdzie już byli i co koniecznie muszą jeszcze zobaczyć. Mimo że nie jeździłem najnowszym modelem i najznakomitszej marki samochodem i nie miałem jakiegoś nadzwyczajnego namiotu, to często siedziało przy nim wielu turystów chętnych do pogawędki z nami przy kawce. Z każdym wszak, kto opanował chociaż jeden znany język europejski, mogłem się porozumieć i porozmawiać. Nierzadko w porozumiewaniu się pomagałem jeszcze innym uczestnikom naszych wieczornych pogawędek przy kawie, kiedy np. ktoś znał wyłącznie język angielski, a kto inny tylko francuski. Czasami było dużo osób znających po kilka języków i choć wyglądało to nieraz na istną wieżę Babel, to przynajmniej nikt się nie nudził i wszyscy brali udział w dyskusji. Potem pozdrawialiśmy się już na trasie czy spotykaliśmy się na innych kempingach lub biwakach. Później przesyłaliśmy poznanym osobom do domu widokówki albo listy z pozdrowieniami z miejsc, w których aktualnie przebywaliśmy, lub też wysyłaliśmy kartki na święta. W Norwegii pojechaliśmy do Vadso i Vardo nad Morzem Barentsa, potem zawróciliśmy i udaliśmy się po stromych i przepastnych nadmorskich zboczach i urwiskach do Berlevag. Tam nad morzem rozbiliśmy namiot na porośniętym chrobotkiem wzgórzu i obserwowaliśmy pasące się w oddali renifery. Po przespanej "nocy" ruszyliśmy przez prawie nagą, porośniętą tylko mchem tundrę w kierunku Nordkapp, czyli Przylądka Północnego. Dotarliśmy do niego po trzech dniach, jadąc nie najlepszymi drogami oraz tunelami i promami. Z tego wzniesionego kilkaset metrów ponad morze cypla wraz z setkami turystów z całej Europy i spoza naszego kontynentu oglądaliśmy piękne i wysoko świecące słońce o północy. Jadąc z przylądka na południowy zachód, odwiedziliśmy najbardziej wysunięte na północ Europy miasto, niezwykle oryginalny Hammerfest, a podróżując dalej, spędziliśmy kilka dni na cudnym kempingu w Alta. Podążając tą północną drogą, jechaliśmy wzdłuż brzegów ponad trzydziestu oczarowujących fiordów, niekiedy je całe okrążając, oraz obok wielu malowniczych, sino-zielonych, porośniętych tylko mchem wysokich wzniesień. Reisafjorden będę chyba szczególnie długo pamiętał. Otóż, kiedy po przejechaniu miasteczka Nordreisa zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocny biwak, ujrzeliśmy wąską drogę biegnącą w prawo od naszej trasy w kierunku tego fiordu. Wjechaliśmy więc w nią i przebyliśmy kilkaset metrów. W dogodnym miejscu zjechaliśmy na prawo z drogi i ustawiliśmy nasz namiot. Było to niezwykle urzekające, ale też bardzo dzikie ustronie. W dole przed nami huczał fiord uderzającymi o brzeg spienionymi falami. Obok, po prawej stronie, może ze dwadzieścia metrów poniżej nas, płynęła do niego niewielka rzeczka. Po lewej stronie drogi wznosiło się najpierw łagodnie, a potem bardzo stromo wysokie wzgórze, porośnięte z rzadka niskimi świerkami. Po sporządzeniu na gazowej kuchence kolacji poszliśmy zwiedzić najbliższe okolice. Jako że do brzegu fiordu trzeba byłoby schodzić kilkadziesiąt metrów po bardzo stromych zboczach i urwiskach, więc nawet nie próbowaliśmy tego czynić. Zeszliśmy przeto do płynącego wartko potoku i pospacerowaliśmy nad nim kilkanaście minut. Napotkaliśmy na jego brzegu około metrowej długości szkielet łososia. Zastanowiło mnie to, iż prócz głowy był on w całości i nie brakowało mu chyba żadnej kosteczki, jakby był objedzony przez ptaki albo owady. Po drugiej stronie drogi, niedaleko naszego biwaku, ujrzeliśmy wysoki kamienny nagrobek, stojący na rodzinnym grobie jeszcze z ubiegłego wieku. Cała okolica niezmiernie ciekawa, ale też niezwykle posępna i odosobniona. Po spacerze udaliśmy się do namiotu na nocny wypoczynek. Czując się trochę osamotnieni słuchaliśmy, jak fale fiordu mocno biją o brzeg, a silny, gwiżdżący wiatr zawodzi po wzgórzu, ponad nami i całą okolicą. Po kilku kwadransach usnęliśmy, a jako że byliśmy zmęczeni, spaliśmy mocno. Może po pięciu lub sześciu godzinach obudził mnie jakiś głos i ukazujące się w okienku namiotu słońce, które teraz świeciło prosto na nas. Wiatr się uspokoił, było cicho, tylko że coś we śnie usłyszałem w pobliżu namiotu. Gdy już przebudziłem się na dobre, znowu usłyszałem. Było to bardzo zawadiackie porykiwanie jakiegoś zwierzęcia, które dochodziło od strony wzgórza - akurat ze strony przeciwnej, niż znajdowało się okienko w namiocie. Maryla jednak nie słyszała i spała sobie spokojnie dalej. Zastanawiałem się, cóż to za zwierzę może być? Przypominając sobie moje częste wizyty w zoo i podglądanie zwierząt w klatkach przed cyrkami, najbardziej kojarzyło mi się to z porykiwaniem niedźwiedzia. Również jak tamte w klatkach nasz gość był bardzo oszczędny w tym porykiwaniu i trzeba było długo czekać, nim znowu raczy dać znać o sobie, napędzając mi już wielkiego strachu. Wszakże założenie, że jest to niedźwiedź, nasuwało pewne wątpliwości. Wybierając się w tę podróż, to oprócz oglądanych tu reniferów liczyłem się ze spotkaniem łosia, których w samej Finlandii miało być ponad siedemdziesiąt tysięcy, albo rosomaka, jednak żadnego z nich nie widzieliśmy. A tu masz - miałby się pojawić jakiś niedźwiedź, oczywiście że nie biały, tylko któryś z gatunku brunatnych. Ale cóż robiłby tu miś na tak dalekiej północy? Musiałby przecież ponad połowę swego życia przespać, a to nie wydawało mi się możliwe. Może na zimę schodzi gdzieś bardziej na południe półwyspu albo usypia tylko na czas silnych mrozów? - rozmyślałem. Wszelako przypomniałem sobie, że na Alasce - kraju o zbliżonej szerokości geograficznej - żyją niedźwiedzie, jak na ten temat nieraz czytałem. Jednakże Alaska na tej szerokości to kraina pokryta wiecznym lodowcem i niedźwiedzie brunatne żyć tam nie mogą. Ale tu przecież - kontynuowałem swoje rozważania - dzięki Golfsztromowi lodowca nie ma i zimy wcale nie są takie mroźne, więc niedźwiedzie brunatne żyć by mogły. Zatem musi to być miś, który może chciał zejść do potoku i połowić łososie. Jest pewnie teraz bardzo niezadowolony, że znajdujemy się na jego terenie, na jego drodze do potoku, i zastanawia się, co z nami zrobić. Dlatego też bałem się nawet poruszyć, żeby nie dodać mu jakiegoś impulsu do ataku na nas. Tym bardziej bałem się wyjrzeć z namiotu albo obudzić Marylę, aby rozmową nie narobić hałasu. Miałem wszak myśl, by szybko wyskoczyć z namiotu, wpaść do samochodu, zacząć trąbić klaksonem, jeździć i warczeć silnikiem na pełnym gazie i w ten sposób go wystraszyć. Ale nie bardzo mogłem sobie przypomnieć, gdzie położyłem kluczyk do samochodu i obawiałem się, czy przypadkiem jego szukanie nie zajęłoby mi chwilę czasu za długo, gdyż zwierzę mogło być bliżej niż pięćdziesiąt metrów od nas. Postanowiłem więc sytuację przeczekać i chyba rzeczywiście dobrze zrobiłem, bo pomrukiwania misia cichły, co oznaczało, że odchodzi do lasu. Gdy rano wstaliśmy i opowiedziałem tę historię Maryli - była nią niemało zatrwożona. Jak po drodze kogoś spytałem, czy bywają w tych okolicach niedźwiedzie, odpowiedziano mi, że tak, oczywiście. Ja wszak dalej nie mogę w to w pełni uwierzyć i gdy jestem w zoo czy w cyrku lub oglądam jakiś program telewizyjny o niedźwiedziach, czekam, kiedy miś zaryczy, i w myślach porównuję, czy to ten sam głos. W Skibotn zawróciliśmy na południe do Finlandii. Zanim przyjechaliśmy z powrotem do Helsinek, zwiedziliśmy Kirunę, wjeżdżając na dwa dni do północnej Szwecji, potem Rovaniemi w Finlandii i wiele jeszcze innych miast i miejscowości w tym kraju. Dwie noce spędziliśmy na jednej z Wysp Alandzkich, na którą dojechaliśmy przejeżdżając przez pięć czy sześć innych wysepek, a przestrzenie wodne między nimi przepływając promami. Wojażując przez Finlandię i Norwegię łowiliśmy łososie w tamtejszych rzekach, a na przydrożnych, bardzo oryginalnych i ciekawych straganach kupiliśmy poroże i skórę renifera. Z Helsinek wróciliśmy promem do Gdańska. Następnego roku pojechaliśmy samochodem na ponadmiesięczną wycieczkę do Włoch. Opisując krótko tę podróż, wspomnę tylko, że przez kilka dni przebywaliśmy w nadzwyczaj pięknej Genui i przez dwa tygodnie na Sycylii - w Palermo, Sciacca, Agrigento i jeszcze raz w Palermo, potem w Katanii, Taorminie i Messynie. Przebywając w Katanii, podziwialiśmy wspaniałą plażę z malowniczym widokiem na Etnę, na której zbocza jednego dnia wysoko weszliśmy. Dotarliśmy natomiast do samego wierzchołka i krateru Wezuwiusza, kiedy byliśmy w Neapolu i Pompei. W czasie tego wyjazdu zwiedziliśmy dziesiątki innych miast we Włoszech, Austrii, Szwajcarii i Jugosławii. Będąc w Rzymie, nie widzieliśmy Ojca Świętego, Jana Pawła II. Przebywał on w tym czasie na rekonwalescencji w letniej rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo po zamachu na Placu św. Piotra, a następnie przebytej operacji w maju tegoż 1981 roku. Bardzo nam było żal naszego papieża i że będąc w Bazylice św. Piotra, nie mogliśmy go zobaczyć. Jakby na domiar tej mrocznej historii, jadąc w tę podróż, zatrzymaliśmy się 13 lipca wieczorem w hotelu "Brda" w Bydgoszczy. Rano, gdy poszliśmy do hotelowej restauracji na śniadanie, usiadł przy następnym stoliku jakiś młody cudzoziemski zakonnik. Siedział sam, blisko nas. Od czasu do czasu spoglądaliśmy na niego. Widząc, że jest cudzoziemcem i siedzi samotnie, a innych gości w pobliżu nie ma, miałem chęć go jakoś pozdrowić, coś do niego powiedzieć, ale nie bardzo wiedziałem co, a może też nie wydawało mi się to stosowne. Później, chyba po roku, przeczytałem w gazecie i rozpoznałem na zdjęciu, iż był to ksiądz Juan Fernandez Krohn z Hiszpanii, który na tę noc również wynajął sobie pokój w tym hotelu. Jak wiadomo, był on następnym, na szczęście niedoszłym zamachowcem na papieża Jana Pawła II. Tak już bowiem jest, że wielkie i czyniące światu dużo dobrego osobistości czasami przez takie wydarzenia muszą iść, pragnąc tworzyć godniejsze i szczęśliwsze życie wszystkim ludziom. Ojca Świętego widzieliśmy jednakże przedtem, w czasie pierwszej wizyty w Warszawie i w Gnieźnie i wielokrotnie później podczas wspaniałych nabożeństw, modlitw, homilii i przemówień w różnych miastach w Polsce, w tym także w Gdyni i w Gdańsku. Dzisiaj już jest wiadome, że gdyby nie było naszego papieża Jana Pawła II i jego homilii w czasie pierwszej wizyty w czerwcu 1979 roku w Warszawie i kilku innych miastach w Polsce, to na pewno nie byłoby porozumień sierpniowych w Gdańsku i powstania oraz zalegalizowania NSZZ "Solidarności" w 1980 roku. Choć potem były jeszcze dalsze opory władzy, starcia, manifestacje, strajki oraz stan wojenny i strzelanie do protestujących górników w 1981 r., to w 1989 roku musiało już dojść do obrad "Okrągłego Stołu", a następnie do częściowo wolnych wyborów, podczas których Tadeusz Mazowiecki został pierwszym opozycyjnym, solidarnościowym premierem. Doszło do zmiany konstytucji, powstania Rzeczypospolitej Polskiej oraz zasadniczych zmian politycznych, społecznych i ekonomicznych w Polsce, o co tak długo i bohatersko walczono. Teraz nie mamy już tak wielkiego Anioła Stróża, jakim był dla nas papież Jan Paweł II, i musimy wszyscy sami być bardzo solidarni i mocno czuwać, aby wszystko dobrze działo się w naszym kraju. Od czasu tego wyjazdu do Włoch sam albo z żoną i starszym synem wyjeżdżałem prywatnie jeszcze kilka razy na wycieczki zagraniczne, ale były to już wyjazdy tylko do krajów demokracji ludowej, przeważnie do Rumunii. * Po napisaniu niniejszej książki (w sierpniu 1991 roku, pierwsze wydanie ukazało się we wrześniu 1995 r., a potem kilka następnych poprawionych oraz uzupełnionych przeze mnie wydań) pytano mnie, dlaczego ten ostatni rozdział potraktowałem bardziej ogólnikowo. Żądano różnych dodatkowych wyjaśnień, a między innymi pytano, skąd miałem pieniądze na tak częste wyjazdy zagraniczne, czy ktoś mi pomagał w ich realizacji lub co ja w czasie tych podróży faktycznie robiłem? Przeprosiłem więc za to w pierwszym wydaniu książki, pragnąc wyjaśnić, że ten ostatni rozdział potraktowałem jako epilog. Wydawał mi się on też mniej interesujący: bez jakiejś szczególnej walki życiowej i tych przeróżnych zrządzeń losu, doświadczanych tak bardzo we wczesnej młodości. Nie były to również lata, w których by się u mnie wiele widowiskowego coś działo i był to raczej spokojny okres mojego życia, jakie większość ludzi w tym wieku prowadzi. W dalszym ciągu bardzo interesowałem się sportem, chodziłem na mecze piłki nożnej, a przede wszystkim oglądałem w telewizji wszelkie mistrzostwa i mecze futbolowe naszej drużyny narodowej, która osiągała wielkie sukcesy na stadionach krajowych i światowych. Ani żona, ani ja nie paliliśmy tytoniu i prawie nie piliśmy alkoholu, więc towarzystwa było niewiele. Przyjęcia wyprawialiśmy tylko okazjonalnie i na takie też niekiedy chodziliśmy. Była więc tylko praca, wychowywanie dzieci, budowa domu, działka, wycieczki, pisanie moich wspomnień, szkoła i wywiadówki w szkole, nie zawsze cieszące. Życie codzienne, jakie zwykle się obserwuje. Zatem tę bardziej zaciszną część mojej biografii jedynie mniej lub bardziej dokładnie zarysowałem, aby tylko ogólnie i to co trochę ciekawsze, a przede wszystkim najważniejsze, ukazać. W niniejszym wydaniu dopiszę tu również, że w 2001 roku moja małżonka zmarła na przerzut nowotworu, podobnie jak na choroby takie zmarła jej babka i matka. Była na oddziale neurochirurgii pod obserwacją i badaniami wyśmienitego neurochirurga, ale zrezygnowano z trudnej, bardzo skomplikowanej i ryzykownej operacji, mogącej doprowadzić do większego powikłania choroby, choć długo rozpatrywano jej wykonanie. * Sądzę, że na pytanie: Skąd miałem pieniądze na tak częste kiedyś wyjazdy zagraniczne, większość ludzi żyjących niegdyś w PRL umie sobie łatwo odpowiedzieć, a tym, którzy nie są w tych sprawach dostatecznie zorientowani, podpowiadam, iż najczęściej wyjeżdżający wówczas za granicę rodacy zarabiali na swoje podróże tymi właśnie wyjazdami. Polacy wtedy, podobnie jak i obywatele innych państw Europy Wschodniej, wyjeżdżając na Zachód, imali się tam jakiejś pracy zarobkowej albo dla pozyskania twardych walut dopomagali sobie drobnym handlem. Nie można było przecież w minionym ustroju pozyskać dewiz w jakiś legalny i ogólnie, każdemu dostępny sposób (udało mi się tylko raz wykupić w banku 40 dolarów przy wyjeździe do Hiszpanii), więc dla ich zdobycia wyjeżdżający za granicą pracowali albo handlowali, a handlować wtedy nader się opłacało. Jadąc przykładowo do Rumunii, to podobnie jak udając się do wielu innych państw demokracji ludowej, można było wywieźć i dobrze tam sprzedać różne nie używane już swoje rzeczy, i tak jak do każdego innego kraju można było z Polski wywieźć 250 papierosów na jedną dorosłą osobę. I gdy nawet wwiózł ktoś do Rumunii tylko 200 sztuk (bo tyle tylko można było tam wwieźć), czyli jeden karton papierosów, szczególnie długich amerykańskich "Kentów" w twardych pudełkach, który mógł kupić u nas, przynajmniej w Gdyni, za 2000 zł, to sprzedając je tam, otrzymywał 600-700 lei. Za pieniądze te kupował w Rumunii 20 bawełnianych, chyba chińskich podkoszulek (bo z naszego obozu tylko Rumuni utrzymywali wówczas dobre kontakty polityczne i handlowe z CHRL), które, jeśli miały atrakcyjne wzory, mógł w Polsce, w 1982-84 latach, sprzedać za 80000 złotych, to jest po 4000 zł za sztukę. Pokrywał więc koszty całej wycieczki, wynoszące w tym czasie około 20000 zł, i jeszcze sporo na tym zarobił - o wiele razy więcej i swobodniej niż na niemal powszechnym kupowaniu tam dolarów czy innych zachodnich walut. Takie były wówczas dziwne czasy, a podobny handel stanowił dla większości turystów jedyną szansę podróżowania. Nie było to chwalebne, ale też nie w każdym przypadku było prawdą, że wyjeżdżający turysta nic za granicą nie widział, niczym innym nie zajmował się i o niczym więcej nie myślał jak tylko o handlu. Mógł on sprzedać karton papierosów i kupić dwadzieścia podkoszulek w piętnaście minut, najczęściej w tym samym sklepiku czy przyplażowym kiosku, i cały ten handel potraktować jako jeszcze jedną dodatkową przygodę na wycieczce. Muszę tu wszelako powiedzieć, że jeśli ktoś chciał coś sprzedać w Rumunii, czy nawet w innym, o wiele liberalniejszym kraju, to nie mógł tego dokonać zupełnie otwarcie, tak jak czynią to obecnie, prawie na każdym miejscu, obywatele obcych państw w Polsce. Gdy przeciętny turysta jechał na Zachód, to musiał kupić dewizy na czarnym rynku w Polsce. Na przykład za zarobione 60000 zł w Rumunii mógł nabyć 100 dolarów. Jeżeli tego nie starczyło, musiał na wyjeździe gdzieś zapracować albo sprzedać kolię z bursztynu lub wazon kryształowy. Artykuły te mógł bowiem dużo taniej kupić w "Peweksie" lub w "Baltonie" w Polsce, niż w krajach zachodnich one kosztowały, i wówczas wywieźć je z kraju z kwitem zakupu, lub też i bez takiego poświadczenia, ale wtedy w małych ilościach, nie wzbudzających sprzeciwu celników. Jeśli ktoś miał szczęście, mógł próbować gry w ruletkę, co też wielokrotnie udanie czyniłem w wielu europejskich kasynach. Ale, gdy raz dużo przegrałem, poniechałem tej zabawy. Wybierając się na Zachód, starałem się raczej o dewizy w kraju. Będąc za granicą, poza sporadycznym handlem i dogrywaniem trochę grosza w kasynach zajmowałem się tylko turystyką, gdyż żaden wywiad ani kontrwywiad nigdy za granicę mnie nie wysyłał ani na wyjazdach nie zlecał mi jakiegokolwiek zadania, co przecież dzisiaj można byłoby sprawdzić. Jeździłem, bo kiedyś było to moim największym marzeniem, na realizację którego musiałem przecież tak długo czekać. * Teraz wolny czas spędzam w swoim przydomowym ogródku lub na spacerach w różnych ciekawych miejscach w Trójmieście, albo nad morzem. W 1994 roku wyjechałem z rodziną w Bieszczady. Po drodze byliśmy w Mikołajkach i urokliwym Augustowie oraz w Puszczy Białowieskiej, gdzie zwiedziliśmy z przewodnikiem ścisły rezerwat przyrody. Puszcza ta jest bardzo wielkim obszarem leśnym o charakterze lasów pierwotnych, gdzie można spotkać multum gatunków drzew i innej roślinności oraz wiele różnych zwierząt. Największą atrakcją puszczy są żubry, które można czasami zobaczyć w lesie albo nawet natrafić na te zwierzęta przekraczające szosę prowadzącą do Białowieży lub drogę z Hajnówki do Narewki. Z dumą zauważyliśmy, że choć przejechaliśmy wiele rożnych lasów w całej Europie, to takiej ślicznej puszczy, z tak majestatycznymi zwierzętami jak żubry, nigdzie nie widzieliśmy. W Bieszczadach spędziliśmy ponad tydzień czasu w bardzo urzekających górach oraz dzikich ostępach i uroczyskach leśnych. Mieszkaliśmy w małym hoteliku w Ustrzykach Górnych i w kilku schroniskach Bieszczad. Przejechaliśmy się parę razy dużą i małą obwodnicą, bo tak bardzo nam się podobała. Następnie dwa dni spędziliśmy nad Jeziorem Solińskim, skąd udaliśmy się w drogę do jednego z najpiękniejszych miast Europy - Krakowa. Po kilku dniach spędzonych w tym mieście pojechaliśmy do byłego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, a po jego zwiedzeniu do byłego mojego obozu pracy w Wesołej, oddalonej o ponad dwadzieścia kilometrów od Oświęcimia. Niestety, gdy zatrzymaliśmy się na szosie, przy której był on kiedyś położony, nikt nie wiedział nawet, gdzie on się dokładnie znajdował. - To chyba było tam, gdzie obecnie rosną te drzewa - powiedział jeden z grupy pytanych mężczyzn. Ogarnęło mnie dziwne i irracjonalne uczucie. Po wyjściu z niego długo jeszcze koszmarnie śnił on mi się po nocach, ale teraz, jak już tu jestem, dałbym wiele, żebym mógł się przez chwilę przejść po zalanej słońcem drodze, niegdyś przebiegającej przez ten osobliwy obóz oraz przypomnieć sobie te ciężkie czasy. Na noc wyszukaliśmy pokój w hotelu w Katowicach, a rano pojechaliśmy do Zakopanego, w którym dawno nie byliśmy. Po kilku spędzonych tam dniach ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, zwiedzając po drodze Częstochowę i Jasną Górę oraz zatrzymując się na jeden dzień i dwie noce w Warszawie. W 1995 roku wybraliśmy się do moich dawnych miejscowości, aby po dłuższym czasie je znowu odwiedzić. Byliśmy w Kwidzie. Z naszej rodziny od prawie trzydziestu lat nikt już tu nie mieszkał. W miejscu, gdzie stał nasz dom, ktoś założył pasiekę i pszczoły latały po byłej naszej posesji, pobliskim polu i lesie. Odwiedziliśmy pana Bolesława i z nim oraz jego małżonką chwilę pogawędziliśmy. Dowiedziałem się, że mój jedyny kolega w tej wsi, Zygmunt, zginął, będąc jeszcze kawalerem w młodym wieku, przy wyrębie lasu. - A co z pozostałą rodziną? - spytałem. - Babcia ich - odpowiedział Bolesław - dawno już zmarła. Rodzice również w młodym jeszcze wieku poumierali, najmłodszy Jasio zmarł w Kętrzynie, a najstarszy brat, Genek, mając dwadzieścia kilka lat powiesił się w Kruszewcu koło Kętrzyna. Nikt już z nich nie pozostał. Przejeżdżaliśmy przez Karolewo. Wydało mi się teraz jakieś niewielkie, choć przybyło dużo nowych budynków. Wszedłem do kancelarii szkoły, aby odebrać pozostałe tam moje dokumenty, ale, niestety, ktoś je uprzątnął i sekretarka nie mogła ich znaleźć, mimo że szukała długo i wszędzie. Jednakże spotkała mnie w szkole bardzo miła niespodzianka, bo ówczesnym naczelnym jej dyrektorem był pan Ryszard Artysiewicz z Kwidy, młodszy brat Edka, o którym przedtem wspominałem. Zaprosił mnie do swojego gabinetu, gdzie serdecznie sobie porozmawialiśmy. Następnie pojechaliśmy do Serpelic. Po wyjściu Janki za mąż ojciec z macochą przenieśli się z Kwidy w 1968 roku z powrotem do tej wsi. Macocha jednak niedługo potem uległa nieszczęśliwemu wypadkowi, po którym, zabrana przez córki na Mazury, wkrótce zmarła i została tam pochowana. Ojciec dożył osiemdziesiątki. Zmarł w grudniu 1978 roku i został pochowany przy grobie matki na cmentarzu w Konstantynowie. W 1994 roku zmarła również Cześka. Ją też pochowano na tym cmentarzu, dokąd zaraz po przyjeździe udaliśmy się. Po śmierci matki głównie Cześka przejęła rolę opiekunki nad młodszym rodzeństwem w domu. Później wyszła ona szczęśliwie za mąż i wychowała pięcioro udanych dzieci. Ojciec po owdowieniu również dzielnie stawił czoła zwiększonym obowiązkom w gospodarstwie i w domu. Był dla nas bardzo czuły, opiekuńczy i we wszystkim zaradny. Po moim wyjeździe z domu często odwiedzałem ojca w Kwidzie, a później także w Serpelicach po jego przeprowadzce do tej wsi. Ojciec nie otrzymywał emerytury ani żadnej renty czy innej zapomogi i żył z niewielkich oszczędności, z szewstwa, uprawy swojego ogródka i hodowli drobiu. Kiedy był już starszy, przez sześć ostatnich lat przysyłałem mu regularnie pieniądze na utrzymanie. Bardzo radował się, gdy go odwiedzałem w Serpelicach i w szpitalu w Łosicach. Z każdej podróży wysyłałem mu widokówki z pozdrowieniami, które on mi potem z wielką uciechą pokazywał. Nieszczęśliwie, z powodu poważnej awarii samochodu na trasie, trochę spóźniłem się na jego pogrzeb, czego do dzisiaj nie mogę sobie zapomnieć. Całość pola i gospodarstwa po matce i ojcu w wielkiej rodzinnej zgodzie pozostawiliśmy Cześce mieszkającej w sąsiedniej wsi, w Zakalinkach. Nikt niecierpliwie nie oczekiwał na ojca spuściznę i nikt teraz się nie spierał o pozostawiony spadek. W Serpelicach, które bardzo od naszego wyjazdu zmieniły się, nie spotkałem mojego najbliższego w młodości druha, Antka. Podobnie jak wielu innych byłych kolegów wyjechał ze wsi. Mieszkał już od dłuższego czasu ze swoją rodziną w Chełmie, gdzie - jak mówił jego starszy brat Stach - został elektrykiem i dobrze mu się powodzi. Widywałem go parę razy przedtem, kiedy odwiedzałem Serpelice. Spotkałem jednak kilku moich kolegów z tamtych lat, z którymi mile porozmawiałem. Opisując dalsze losy moich braci w Kwidzie, wspomnę, że Stach po powrocie z wojska i niedługim czasie gospodarowania przy ojcu wyjechał na Górny Śląsk, ożenił się i podjął pracę w kopalni węgla kamiennego, a potem - jak to kiedyś ciotka Helena wywróżyła - został kolejarzem. Po kilku latach uległ jednak wypadkowi przy przetaczaniu wagonów i przeszedł na rentę, do której jął dorabiać jako kaletnik w swoim warsztacie. Zbyszkowi wróżka też przepowiedziała dość trafnie przyszłość, gdyż wśród wielu miejsc pracy najdłużej, bo ponad dwadzieścia lat, pływał jako marynarz na statkach handlowych i pasażerskich po morzach i oceanach. Mnie ciocia Helcia tylko częściowo przepowiedziała prawdę, bowiem pilotem nie zostałem, ale samolotami dużo po świecie latałem. Jednakże nikt z nas nie wygrał - jak zostaliśmy zasugerowani przez wróżkę - dużej sumy pieniędzy, nie znalazł ani nie wykopał skarbu, ale jakoś tam sobie żyjemy, choć i owszem, niejeden szczęśliwy przypadek nam się w życiu zdarzył. * 1 lutego 1996 roku przeszedłem na emeryturę. Nastąpiło to akurat w tych kilku latach, kiedy emerytury obliczano od zaniżonej kwoty bazowej, ale mają to kiedyś wyrównać do emerytur z innych lat, choć stracone kwoty i procent od nich nie będą zrekompensowane. Przeszedłem na emeryturę po czterdziestu latach pracy zawodowej - w tym prawie trzydzieści dwa lata bardzo ciekawej pracy w przedsiębiorstwie maklerskim w Gdyni. Rozpocząłem pracę jako zwykły urzędnik (klark), a skończyłem na stanowisku dysponenta zmiany klarującej. Najbardziej jednak pamiętam klarowanie statków, kiedy to przez całą dwunastogodzinną zmianę chodziłem lub jeździłem po porcie i, wraz z funkcjonariuszami Urzędu Celnego oraz oficerami Granicznej Placówki Kontrolnej (GPK, przedtem WOP-u), odprawiałem na wejściu do portu lub na wyjściu w morze statki handlowe, pasażerskie, turystyczne i tylko obce statki rybackie. Odprawy takie zwykle odbywały się w bardzo przyjemnej atmosferze, zazwyczaj przy zastawionym stoliku, z "whisky and soda" lub "Courvoisierem" włącznie, chociaż ja akurat za alkoholem nie przepadałem, zresztą często jeździłem samochodem. Bardzo przyjemnie było w czasie takiego klarowania załatwiać swoje sprawy służbowe i rozmawiać z kapitanem - ewentualnie jeszcze z armatorem lub jego przedstawicielem - oraz z oficerami i pozostałą załogą statku. Przebywając przez cały okres mojej pracy (również przy innych okazjach niż klarowanie) na kilkudziesięciu tysiącach statków wszelkich bander, poznałem chyba obywateli z wszystkich państw świata i setek narodowości. Ale przede wszystkim poznałem wielu wspaniałych ludzi zatrudnionych w tym przedsiębiorstwie, zarówno pracujących w biurze portowym i głównym w Gdyni, jak i w Gdańsku - Nowym Porcie, w którym pracowałem przez ponad dwadzieścia lat. W ramach naszej pracy wypływaliśmy w rejsy szkoleniowe w celu zapoznania się z organizacją, zwyczajami i systemem pracy agentów i maklerów morskich w zagranicznych portach. W 1974 roku wypłynąłem na takie szkolenie statkiem m/s "Syrenka", zawijając do Goeteborga, Malmoe, Hoegeness i Kopenhagi, a w 1984 r. odwiedziłem w ten sposób Kilonię, Rotterdam i Antwerpię. Wyjeżdżaliśmy też na kilkumiesięczne praktyki szkoleniowe do biur tych maklerów i agentów, zwłaszcza w dużych portach europejskich, na jakiej ja również byłem. Myślę, że to moje przedsiębiorstwo było takim zakładem pracy, jakiego poszukiwałem, i spełniłem w nim wiele z moich młodzieńczych dążeń i marzeń. Wielce zainteresowała mnie praca w tym przedsiębiorstwie i przepracowałem w nim ponad trzydzieści lat, z czego byłem i jestem bardzo zadowolony. Często więc teraz, na emeryturze, idę do portu w Gdyni lub jadę do Nowego Portu w Gdańsku i mile sobie wspominam to bardzo ciekawe życie i najróżniejsze przeżycia z tych lat. * Od początku stycznia do połowy kwietnia 1986 roku przebywałem na praktyce zawodowej w GAL-u (Gdynia America Shipping Lines Ltd) w Londynie. Poza godzinami spędzonymi w biurze zwiedzałem miasto, zabytki, galerie, muzea i spisywałem wspomnienia z moich młodych lat, przygotowując się do napisania w przyszłości swojej biografii. W marcu i kwietniu, gdy było już cieplej, dużo spacerowałem także po miejskich parkach i nad jeziorem Serpentine, znajdującym się między Kensington Gardens a Hyde Parkiem. Spacerując patrzyłem na budzącą się z zimowego snu przyrodę i przypominałem sobie piękne wiosny i różne ciekawe przeżycia z moich rodzinnych stron, pragnąc stworzyć z nich moją opowieść. A teraz, tymi słowami, kończę już pisanie kolejnego poprawionego wydania autobiografii i chociaż nie jestem pewny, czy dobrze to zrobiłem, jestem wszak zadowolony, że podjąłem się jej napisania. KONIEC Wydanie niniejsze istnieje tylko w wersji elektronicznej. Jest ono o wiele atrakcyjniejsze i bardziej poprawione od poprzednich wydań książkowych. Można je kopiować tylko na własny użytek. Mam zamiar opublikować nowe poszerzone, bardzo atrakcyjne wydanie książkowe, które będzie można nabyć w księgarniach.
Wszelkie uwagi krytyczne, spostrzeżenia i opinie są mile widziane. Gdynia, 20 października 2005 r. Od autora Zapowiadane nowe wydanie tej książki, uzupełnione, ciekawsze i bardziej atrakcyjne, ukazało się w czerwcu 2009 roku. Na razie można kupić ją tylko w księgarni Vademecum w Gdyni na Placu Kaszubskim. Zainteresowanym mogę przesłać książkę pocztą - w cenie 15 zł (po najniższych kosztach) + koszty przesyłki, razem 20 zł (za granicę trochę więcej, zależnie od rodzaju i kosztu przesyłki). Wpłacić najpierw tę sumę na moje konto: Powszechna Kasa Oszczędności Bank Polski S.A. 79 1020 1853 0000 9002 0143 5593 i ewentualnie skontaktować się ze mną emailem: centauri1@vp.pl lub centauri2@poczta.neostrada.pl Można w Internecie kupić tę książkę taniej (drukowaną przez kogoś ??? z mojego brudnopisu), trochę z błędami oraz innymi sformułowaniami kilku tematów). Gdynia, 5 stycznia 2010 r. |